VARIUS MANX
09.04.2016
Stary Klasztor
Wrocław
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
04.06.2016

Zaczęło się od minionego sylwestra, gdzie podczas corocznych koncertów, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, zespół Varius Manx wystąpił z okazji 25 rocznicy istnienia zespołu gościnnie z Kasią Stankiewicz. Występ ten miałem okazję obejrzeć na żywo w telewizji i już po kilku sekundach stwierdziłem, że gdybym wiedział wcześniej, że coś takiego będzie miało miejsce, ruszyłbym tyłek do Wrocławia, by zobaczyć i posłuchać tego na własne oczy i uszy. Niedługo później okazało się jednak, że nic straconego - zespół bowiem zapowiedział całą jubileuszową trasę koncertową z Kasią, a rozpoczęła się ona 9 kwietnia we wrocławskim Starym Klasztorze.

Przyznam, że hype na ten koncert miałem ogromny, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to polski zespół. Ci, którzy mnie trochę znają wiedzą, że rzadko potrafię się zachwycić polskim zespołem, zwłaszcza takim z pogranicza rocka i popu. Polska scena muzyczna złote czasy (czyli lata 90-te) ma już dawno za sobą i niewielu artystów nadal trzyma fason (chociaż i z tym różnie bywa - jak pokazał nieco rozczarowujący koncert Hey, który odbył się ledwie tydzień wcześniej). Wprawdzie w czasach, gdy Varius Manx święciło triumfy niespecjalnie jeszcze interesowałem się muzyką, ale gdy już zacząłem, szalenie spodobało mi się kilka piosenek z początkowego okresu działalności zespołu, zwłaszcza z płyt nagranych jeszcze z Anitą Lipnicką. Hity stworzone z Kasią Stankiewicz na wokalu pozostają w moim rankingu tylko nieznacznie w tyle i nie ma wątpliwości, że jest to kawał historii polskiego (pop)rocka. Varius Manx jako jeden z bardzo nielicznych zespołów zbliżył się poziomem kompozycji, aranżacji, wykonania i brzmieniem do poziomu światowego.

Znając jednak nieco trudną historię zespołu, rozmaite mroczne momenty i nieco niszową, daleką od splendoru celebryctwa karierę, jaką wybrała solowo Kasia, jeszcze do niedawna absolutnie nie pomyślałbym, że kiedykolwiek będę miał okazję zobaczyć ten zespół na żywo z nią na wokalu i to na pełnoprawnym koncercie. W dodatku w bardzo małym, wręcz kameralnym venue, bo Stary Klasztor to klub wyjątkowo niewielki. Ekscytuację nadchodzącym gigiem hamował niestety wspomniany już ostatni koncert Hey, który odbył się tam raptem tydzień temu. Ten legendarny i nadal mój ulubiony polski zespół wypadł tam wyjątkowo przeciętnie, głównie ze względu na fatalne nagłośnienie, za które winiłem fatalną akustykę sali koncertowej. Na szczęście okazało się, że można w Starym Klasztorze zabrzmieć naprawdę dobrze!

Przyjemnym akcentem był fakt, że nie było żadnego supportu. Wprawdzie w ten sposób odkryłem kilku wartościowych artystów, ale przez 13 lat jeżdżenia na koncerty mógłbym chyba policzyć ich na palcach jednej ręki. Statystyka wskazuje więc, że na ogół jest to zło konieczne, przez które trzeba się po prostu przemęczyć. Tutaj nie było tego problemu, obyło się też bez przaśnej konferansjerki, którą zostaliśmy zaatakowani tydzień temu, ale to był akurat skutek uboczny urodzin obchodzonych wówczas przez venue. Zaczęło się więc najzwyczajniej w świecie - w pewnym momencie zgasły reflektory, na scenie zaczęli stopniowo pojawiać się muzycy i rozbrzmiało intro, zagrane w charakterystycznym, Variusowym stylu. Wzrok cieszyła zaś prosta, acz bardzo efektowna oprawa graficzna - scenę nieznacznie przesłaniały półprzezroczyste prześcieradła przestrzennie zwisające z sufitu, na których wyświetlano proste animacje z projektora. Stworzyło to znakomitą atmosferę i nadało lekko teatralny posmaczek wyjątkowo zapowiadającemu się wieczorowi.

Ciekaw byłem, jak ta nowa-stara formacja na scenie zostanie przywitana przez fanów. Trasę koncertową solidnie promowano w mediach, tak internetowych jak i tradycyjnych, jednak reakcja fanów wydawała się nieco powściągliwa. Nie byliśmy nawet pewni, czy gig we Wrocku był wyprzedany, a ludzie niespiesznie wypełniali salę. Ostatecznie jednak można powiedzieć, że w momencie rozpoczęcia koncertu, cała sala w Klasztorze była wypełniona. Ludzie jednak chyba nie bardzo potrafili się w tym wszystkim odnaleźć. Pojawienie się Kasi na scenie wywołało umiarkowany entuzjazm, chociaż może akurat zawiniła oprawa, która sprawiła, że w tych ciemnościach, poprzysłanianych prześcieradłami nie było jej zbyt dobrze widać. Podczas pierwszych utworów reakcja publiczności także była średnio-umiarkowana, niechętnie wtórowali Kasi w śpiewaniu piosenek, a oklaski między utworami były bardzo nieśmiałe. W pewnym momencie pomyślałem sobie wręcz, co za niewdzięczna polska publiczność. W podobnych okolicznościach w Londynie, artyści byliby witani skrajnie euforycznie. Na szczęście, ten stan kompletnie odmienił się mniej więcej w połowie gigu.

Można przyjąć, że w związku z okolicznościami, na gig przybyło wielu dawnych fanów Varius Manx, którzy po odejściu Kasi przestali śledzić karierę zespołu, który nagranie najwspanialszych utworów miał już za sobą. Żadna z późniejszych wokalistek nie była w stanie zdobyć takiej popularności, jak pierwsze dwie i to z nimi utożsamiane są te dobrze znane wszystkim hymny lat 90-tych. Zespół świadom tego, stosownie dostosował repertuar. Mimo, że Janson zapowiadał, że grane będą utwory przekrojowe z całej kariery zespołu, przedział czasowy zamknięto na roku 2000, kiedy to ukazała się na rynku składanka Najlepsze z dobrych, czyli ostatnie wydawnictwo zawierające premierowe utwory ze Stankiewicz na wokalu.

Nie będę udawał, że jestem wielkim fanem Varius Manx i znam na pamięć wszystkie teksty, ale kilka wybranych utworów darzę olbrzymią estymą, jako jedne z najwspanialszych piosenek, jakie kiedykolwiek napisano w Polsce. Tak się zdarzyło, że wszystkie cztery moje ulubione kawałki zagrano dosyć wcześnie w secie, jeden po drugim. Pierwszą z nich jest Kiedy mnie malujesz - chyba najweselsza piosenka w na ogół mocno lirycznym i spokojnym Variusie. Ale takie kawałki, przy których człowiek po prostu ma sobie ochotę poskakać lub pokręcić bioderkiem też są potrzebne, a ten w swojej prostocie i bezpretensjonalności jest urzekający. Wspaniale zagrał basik w refrenach. No i ten charakterystyczny teledysk, z młodą, pełną energii Kasią w krótkich włosach. Tego się nie da nie pamiętać. Tutaj jeszcze jednak publiczność była nieco drętwa i nieśmiało wtórowała Kasi w śpiewaniu refrenów. Ja bym trochę inaczej ułożył setlistę - takim energetycznym kawałkiem otwiera się koncert, albo gra go gdzieś pod koniec. Tymczasem zespół zaczął od spokojnego instrumentalnego intra, po którym nie nastąpiła żadna eksplozja - zaczęło się od dosyć spokojnego A Prisoner, którego pewnie sporo osób nawet nie znało. A zagranie na otwarcie takiego Kiedy mnie malujesz z miejsca rozkręciło by imprezę.

Drugą piosenką było Najmniejsze państwo świata, czyli najlepsza w moim odczuciu ballada z czasów Kasi Stankiewicz. Trudno się przy takiej muzyczce nie rozczulić. Podobały mi się drobne zmiany w aranżacji, ale nie na tyle inwazyjne, by kompletnie zmienić klimat utworu. Przed każdym refrenem zagrano charakterystyczną, nieco middle-eastern zagrywkę, która w ciekawy sposób urozmaiciła ten dosyć jednostajny pod kątem dynamiki utwór. Refreny bardzo przyjemnie "pływały" i słuchanie tego było absolutnie ogromną przyjemnością.

Następnie usłyszałem dwa ulubione utwory nagrane oryginalnie z Anitą Lipnicką. Żałowałem trochę, że nie było takiej możliwości, aby Anita pojawiła się na scenie, ale usłyszenie tych utworów w wykonaniu Kasi było bardzo ciekawym doświadczeniem. W końcu jest to genialna wokalistka, dla której nie ma chyba rzeczy niemożliwych, więc poradziła sobie z tymi niełatwymi piosenkami znakomicie. Pierwszą z nich było Zabij mnie - chyba najbardziej hardrockowy kawałek muzyki w repertuarze Variusów. Niestety, refrenom trochę zabrakło pazura, zarówno ze względu na łagodniejszy głos Kasi, jak i złagodzone brzmienie instrumentarium. Ja bym tu wyeksponował mocno przesterowane gitary na pierwszym planie, taki ostrzejszy moment koncertu zdecydowanie podbiłby jego dynamikę.

Czwartą piosenką była największa perełka tego wieczoru - Oszukam czas. Moja ulubiona piosenka w całej dyskografii Varius Manx. Niestety, uproszczono nieco aranżację i zabrakło m.in. fajnie grającej, połamanej perkusji. Na szczęście Kasia zaśpiewała piosenkę zgodnie z oryginałem i wszelkimi niuansami wspaniałej linii melodycznej oryginalnie zaśpiewanej przez Anitę. Ba - nie zabrakło także wisienki na torcie, czyli genialnej solówki gitarowej, zagranej praktycznie co do nuty jak płycie. Wspaniale było wreszcie usłyszeć ten utwór na żywo - kolejna rzecz z koncertowej "bucket list" odhaczona.

Na resztę repertuaru złożyły się pozostałe wielkie utwory z czterech pierwszych płyt: Emu, Elf, Ego i End, a ponadto Ruchome piaski ze ścieżki dźwiękowej do filmu Nocne graffiti oraz dwie premierowej piosenki ze składanki wydanej w 2000 roku: Wolni w niewoli oraz Najlepszy z dobrych. W połowie koncertu część muzyków zniknęła ze sceny i zagrano klasyczny akustyczny segment, w większości w wersji na gitarę akustyczną i głos Kasi. Tutaj pojawiły się te bardziej znane przeboje, takie jak Zanim zrozumiesz i Orła cień, zresztą obie pojawiły się raz jeszcze, pod koniec koncertu, w wersji full band. W części akustycznej dało się dostrzec jakieś nieporozumienia między Kasią, a kolegami z zespołu, czekającymi z boku sceny. W pewnym momencie Kasia gestem dłoni próbowała ich jakby uciszyć, co bardzo mnie zdziwiło.

Takich niesnasek było więcej. Z racji tego, że był to pierwszy koncert w trasie, nie ominęły go problemy "wieku dziecięcego", jakich często doświadcza się na pierwszym gigu z nowym repertuarem, czy też odmienionej konfiguracji osobowej. Zdarzyło się więc, że Kasia nie weszła w porę z wokalem, gdzieś tam zapomniała słów, gdzieś tam miała problem ze znalezieniem tonacji i ogólnie czasem był po prostu "bałagan", bo nie na każdej setliście leżącej na scenie widniały dokładnie te same utwory (!). Do tego nie mam pewności, czy wszyscy muzycy byli w stu procentach trzeźwi. Mam też jedno małe zastrzeżenie do repertuaru - zabrakło nowego singla Ameryka, pierwszej piosenki nagranej z Kasią Stankiewicz na wokalu od 16 lat. Taki powiew świeżości idealnie pasowałby do repertuaru tego wieczoru i podkreśliłby znakomicie ten sceniczny comeback.

Mimo tych paru niedoskonałości, koncert ten był wspaniałym przeżyciem. Nie tylko było to zrealizowanie marzenia, które jak sądziłem, już nigdy nie będzie mogło się spełnić, przynajmniej dopóki wehikuły czasu nie wejdą do komercyjnej sprzedaży. To był także po prostu cholernie dobry koncert, wypełniony po brzegi dobrymi piosenkami i wspaniałą atmosferą. Wszyscy zdawali się świetnie bawić na scenie, nawet jak zawsze skryty za czapeczką z daszkiem nieśmiały do bólu Robert Janson. Pozostali muzycy cały czas z bananami na twarzy, ale oczywiście najbardziej ekstrawertyczna była Kasia, która nie kryła radości z powrotu na "świecznik". Cieszyła się jak dziecko żywą reakcją na dawne hity, których nie wykonywała na żywo od niemal 20 lat. Poza tym to wspaniała wokalistka i genialna, bezpretensjonalna osobowość sceniczna, która nawiązuje świetny kontakt z publiką i której aura udziela się każdemu na sali, tak na scenie jak i pod nią. Ktoś z publiczności, w pewnym momencie między utworami wrzasnął "WRÓCIŁAŚ!!!" i reakcja zarówno samej Kasi, jak i publiczności była euforyczna.

Oto zespół, który nie ucieka przed przeszłością, nie boi się tego, że napisał wielkie hity, które może już nie przystają do naszych czasów. W brzmieniu Varius jest wiele nie tylko z lat 90-tych, ale też i 80-tych. Można więc powiedzieć, że muzyka się dawno przeterminowała i teraz się tak nie gra. Hey przechodzi już samego siebie w coraz to bardziej wymyślnych aranżacjach starych utworów, byle tylko nie grać "tak jak kiedyś", bo trochę "siara". Raz na jakiś czas coś im się odwidzi, na przykład jak jest jakiś jubileusz, albo jak promują reedycje, no bo wtedy nie wypada przecież nie zagrać nic starego. Ale takie uciekanie od własnej spuścizny trochę chyba mija się z celem, bo to rozczarowuje sporą rzeszę fanów. Tak jak The Rolling Stones nie przestaną grać Satisfaction, tak jak Metallica nie przestanie grać Enter Sandman, tak i rodzimi artyści nie powinni się wstydzić swoich największych sukcesów.

I tak, Orła cień to jest taka przaśna, milusia piosenka o niczym. Ale to był też gargantuiczny hit, który do dziś pamięta cały kraj i ludziska chcą to usłyszeć, płacąc za bilet. Variusi nie uciekają przed tym, nie udają, że było inaczej niż było - i grają Orła cień dwa razy, a na koniec koncertu długo kłaniają się fanom i żegnają, nie udając, że nie zasługują na euforyczne oklaski.

Kurczę, muszę się wybrać na jeszcze jeden koncert, zanim wydarzy się katastrofa i obchody jubileuszu się skończą, a do zespołu wróci dziewczyna, której nazwiska nawet nie znam. A może to jednak początek nowego rozdziału w karierze zarówno zespołu, jak i Kasi i czeka nas cała nowa płyta z nią na wokalu... Byłoby pięknie.

 

 

blog comments powered by Disqus