PVRIS
20.04.2016
Postbahnhof
Berlin
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
07.06.2016

PVRIS poznałem w zeszłym roku na festiwalu w Reading, kiedy to nie wiedząc o zespole zupełnie nic poszedłem na ich koncert i urzekli mnie energetycznym występem, porywającą, mroczno-industrialną atmosferą i świetnym kontaktem z żywiołowo reagującą publicznością. Na drugi ich koncert, tym razem w ramach klubowej trasy headlinowej, miałem pierwotnie wybrać się do Londynu. Ostatecznie jednak tak się złożyło, że wybrałem się do Berlina, co wyszło tylko z korzyścią dla odbioru koncertu.

Powróciłem bowiem do legendarnego venue - małego klubu Postbahnhof, w którym 6 lat temu bawiliśmy się na niezapomnianym, prywatnym koncercie Katy Perry. Rozmiar gigu i tym razem był bardzo kameralny. W sali, w której odbywał się koncert, na moje oko nie zmieściłoby się więcej, niż 500 osób. Gdy zjawiliśmy się na miejsce niezbyt wczesnym popołudniem, pod wejściem czekała ledwie garstka fanów. Nie było żadnej kolejki która uformowałaby się na długie kilometry wokół obiektu. To zagwarantowało nam świetne miejsca tuż pod sceną i bardzo bezpośredni odbiór występu młodych amerykanów.

Zanim to się jednak stało, czekała mnie miła niespodzianka w postaci bardzo interesującego supportu. O odpowiednie rozgrzanie atmosfery zadbało ekscentryczne trio Bones z artystycznej dzielnicy Camden po sąsiedzku. Młodo wyglądający murzyn Filippo Cimatti na perkusji skojarzył mi się z pewnym gejowskim polskim zespołem, ale zapewnił solidny, tłusty beat pod bardzo różnorodne stylistycznie kawałki. Sercem formacji jest Rosie Bones, obdarzona ciekawym, wysokim, a zarazem mocno zachrypniętym, żeńskim rockowym głosem. Przy okazji zapewnia sobie odpowiednie tło muzyczne pełniąc jednocześnie służbę gitarzysty rytmicznego. W moim odczuciu prawdziwą gwiazdą grupy jest jednak Carmen Vandenberg - fantastyczna gitarzystka prowadząca, urzekająca nie tylko porywającym tańcem palców po gryfie wiosła, ale też ciepłym, zaraźliwym uśmiechem i naturalnym, swobodnym wizerunkiem scenicznym. Muzycznie było bardzo różnorodnie: zaczęło się bardziej klasycznie, od kawałków opartych na bluesowej tradycji, z niespiesznym beatem i melodyjnym wokalem przeplatanym smakowitymi zagrywkami gitarowymi. Im dalej w las, tym bardziej alternatywnie się robiło. Z komputerka leciał tłusty basik z wtrętami elektronicznymi, a wokal ukierunkowywał się na mocno zrytmizowaną melorecytację. Było ciekawie, świeżo, energetycznie i mięsiście - jak wrócę do Londynu, zamierzam zobaczyć dziewczyny na jakimś ciasnym, przepoconym headlinowym koncercie i dać się... skościować. (?)

Przejdźmy jednak do gwiazdy wieczoru, tą bowiem była Lynn Gunn i jej chłoptasiowaci koledzy, szerzej znani publiczności jako PVRIS. W Reading zespół zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie, potem jednak posłuchałem płyty i okazało się, że tam... jest nieco inaczej. Generalnie jeszcze lepiej, a czasem wręcz zbyt dobrze. Nie zdarza się często, by na debiutanckiej płycie zabrzmieć tak fantastycznie. Nie tylko instrumentalnie, ale przede wszystkim wokalnie - te są bowiem nie z tej ziemi. Uderza to tym bardziej, gdy doświadczy się dysonansu wsłuchując się w głos Lynn na koncercie. Niestety, od sierpnia zeszłego roku niewiele się pod tym względem zmieniło. Może to dlatego, że zespół jest dosłownie non stop w trasie i Lynn nie ma czasu pracować nad głosem. Ale potrzebna jest jej profesjonalna pomoc, bo zupełnie nad tym głosem nie panuje i nie potrafi zachować równego poziomu wykonania podczas niedługich w końcu występów.

Są takie momenty, że ryknie porządnie do mikrofonu i wtedy można aż dostać ciar. Ale znacznie częściej gubi oddech, nie wyciąga końcówek, zmienia, wręcz dramatycznie upraszcza linie melodyczne. Niektóre kawałki brzmią tak odmiennie od swoich płytowych odpowiedników, że gdyby nie doskonale zrealizowane instrumentarium (organiczne instrumenty na scenie w postaci perkusji, basu i gitary uzupełniane są przez urządzenia elektroniczne i backing tracks z uwzględnieniem chórków), momentami można by tych piosenek nie rozpoznać.

To jednak jedyny poważny mankament, jaki można zarzucić obecnie występom PVRIS. Wprawdzie ich koncerty są dosyć krótkie, ale ciężko mieć do nich pretensje, skoro mają jak na razie na koncie tylko jeden krążek długogrający. Który grają w dodatku w całości, plus dwie bonusowe piosenki: nowiutkie You and I z edycji deluxe White Noise i Only Love z akustycznej EPki. W segmencie akustycznym zresztą była jeszcze jedna piosenka - Ghosts, stosownie przearanżowana. I w tym momencie Lynn wypada wokalnie znacznie lepiej - kiedy nie dekoncentruje się fikaniem po scenie i nadmiernym kontaktem z fanami. A ten ostatni należy do jednego najjaśniejszych aspektów każdego występu. Co każdą zwrotkę i refren Lynn podchodzi do publiki, zaczepia, prowokuje do hałasowania i wspólnego śpiewania, przybija piątki. A nawet podaje wodę dziewczynie w pierwszym rzędzie, której zrobiło się słabo - upewniając się, że butelka trafi do adresata. Tak więc charyzmy, osobowości i wizerunku scenicznego odmówić jej nie można, ba - ogoliła nawet ręce. Ale będzie musiała popracować nad wokalem, jeśli zespół ma za kilka lat wypełniać największe hale na wyspach.

No właśnie, PVRIS ma wszelkie zadatki na płynną, dynamiczna karierę niczym Paramore. Już teraz widać, że budują stopniowo i wytrwale lojalną bazę fanów grając tyle koncertów, ile się da. Reakcja publiczności jest euforyczna i świadczy o dobrej znajomości piosenek i tekstów. Na wyspach PVRIS już mają status wschodzącej gwiazdy, pisze się o nich w prawie każdym Kerrangu, a koncerty grają w venues mogących pomieścić kilka tysięcy fanów. Na kontynencie nadal są to małe kluby, ale może się okazać, że to już ostatnia tak mała trasa. Tym milej było zobaczyć ich w tak małym berlińskim klubie, jakim jest Postbahnhof podczas ledwie godzinnego występu. Nie pozostaje nic innego, jak wnikliwie śledzić ich dalszą karierę - teraz pora na jeszcze lepszy, bardziej eklektyczny album, który pozamiata na listach przebojów.

 

 

blog comments powered by Disqus