WITHIN TEMPTATION
01.05.2016
Hala Stulecia
Wrocław
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
09.06.2016

Nie uczestniczyłem w obchodach gitarowego święta Thanks Jimi we Wrocławiu już od 4 lat, korzystając więc z pobytu w Polsce, postanowiłem odświeżyć dawne nawyki. Od tamtego czasu sporo się jednak zmieniło. Koncerty nie odbywają się już na Wyspie Słodowej, a w Hali Stulecia i na Pergoli. W tym roku na plenerowej scenie wystąpili Status Quo i DragonForce, a w hali Within Temptation i Guano Apes. Postanowiliśmy spędzić ten wieczór w hali, głównie ze względu na Within Temptation, ale gdy zapowiedziano występ Guano Apes, ucieszyłem się, bo nie miałem jeszcze okazji zobaczyć tego zespołu na żywo, a zawsze dobrze mi się kojarzył. Pozornie te dwa zespoły różni dosłownie wszystko, ale we wspólnym mianowniku są dwa kluczowe elementy. Z punktu widzenia charakteru imprezy były to gitary jako instrumenty napędzające obie formacje. Z mojego punktu widzenia doszły do tego żeńskie wokale w roli liderów (liderek?), do których jak powszechnie wiadomo mam słabość.

W hali zjawiliśmy się krótko przed planowaną godziną rozpoczęcia występu Guano Apes, a ten rozpoczął się wcześniej niż podawano. W efekcie ledwo zdążyliśmy wejść do środka, w totalnych ciemnościach utorować sobie drogę pod scenę (jakim cudem w przerwie między koncertami nie świeciły się house lights?), a już na scenie pojawili się Sandra i chłopaki. W czasie godzinnego setu zaprezentowali materiał przekrojowy, chociaż dominowały utwory z albumów Walking on a Thin Line z 2003 roku i Bel Air z 2011 roku. Występ bardzo przypadł mi do gustu pod każdym możliwych względem. Zespół reprezentuje starą szkołę grania i oprawy koncertowej - bez przesadnych fajerwerków i wymyślnych scenografii. Na scenie pojawia się trzech kolesi w podkoszulkach i Sandra w gustownej kurteczce. Przesterowane gitary, soczysty bas, masywna perkusja i mocny głos Sandry - te podstawowe elementy złożyły się na pełen energii show, podczas którego w czasie największych hitów rozpętał się pod sceną całkiem solidny mosh pit.

Sandra, jak na nie pierwszej świeżości Niemkę, prezentowała się na scenie młodo i żywiołowo. Pewnie z bliska widać by było upływ lat, ale z odległości kilku rzędów to wciąż ta sama, pełna entuzjazmu i dzikości dziewczyna, która potrafi zarówno melodyjnie zaśpiewać, jak i ryknąć bardziej harczącym głosem. W repertuarze oprócz kilku hardrockowych klasyków znalazły się także nowe rzeczy, które niektórzy fani uważają za zdradę (ziew). Przykładem takiego utworu jest Sunday Lover, w którym pokuszono się o skromną domieszkę elektroniki w zwrotkach. Wystarczy jednak dotrwać do pierwszego refrenu, by zrozumieć, że nadal mocne gitary są na pierwszym planie, a zespół nie utracił zdolności pisania wpadających w ucho refrenów, podczas których trudno nie potupać sobie przynajmniej mocno nogą.

Oczywiście najcieplej przez publiczność przywitane zostały największe hity, które powodują zawsze euforyczne reakcje. Pierwszym takim utworem, wykonanym pod koniec głównego setu, było Open Your Eyes, które na żywo po prostu masakruje. Genialne w swej prostocie przejście łączące zwrotki z refrenami oparte na progresji dwóch power chordów i prostym przejściu perkusji daje od razu jasny sygnał do poderwania się w przestworza. Wykonany na zakończenie głównego setu cover Alphaville - Big in Japan, z którego Guano Apes zrobiło w 2000 gigantyczny przebój spotkał się z jeszcze bardziej ekstremalną reakcją. Takie kawałki wypadają znakomicie na żywo, a tutaj już otwierający riff jest tak charakterystyczny, że nie sposób pomylić go z jakimkolwiek innym utworem i zespołem.

Trzyutworowy segment bisowy rozpoczął się od smakowitego instrumentala Lez, podczas którego swoje niebagatelne umiejętności zaprezentowali niepozornie wyglądający towarzysze Sandry. Po powrocie wokalistki zespół zaprezentował świeże Close to the Sun z najnowszej płyty Offline (wcześniej zagrali jeszcze jeden nowy kawałek - Fake). Na sam koniec zaś tradycyjnie Lords of the Boards, podczas którego jak zwykle rozpętało się pod sceną opętańcze pogo. Trzeba przyznać, że atmosfera była wesoła, bardzo pozytywna i miło było w tym uczestniczyć, nawet nie będąc jakimś ekstremalnie gigantycznym fanem zespołu.

Na Within Temptation przyszło nam czekać absurdalną ilość czasu. Stało się tak dlatego, że zdecydowano się na ostatnią chwilę zmienić rozpiskę czasową imprezy. Uznano chyba, że ludziom nie podoba się pomysł, żeby dwa headlinowe koncerty tej samej imprezy odbyły się w tym samym czasie. Dlatego Within Temptation zaczęło grać dopiero, gdy skończył się koncert Status Quo na Pergoli. My jednak zostaliśmy w Hali, bo początkowo nie chcieliśmy stracić dobrych miejsc pod samą sceną. Ostatecznie jednak postanowiliśmy przejść trochę dalej, bo ludziska pod sceną ustawili się ciasno jak sardynki, a wentylacji w tym cholernym obiekcie nie ma żadnej, a przynajmniej nie działa jak należy. Stwierdziliśmy więc, że nie ma sensu się dusić, w końcu gorset Sharon wypełniony obfitym biustem będzie widać także z daleka :)

Within Temptation widziałem na żywo jak dotąd raz - rok temu na festiwalu Rock im Revier w Gelsenkirchen, gdzie zagrali przed Metalliką i Faith No More. Nie zostali tam jednak zbyt ciepło przyjęci, publiczność okazała się mieć nieco wąskie horyzonty. Wielka szkoda, bo to solidny zespół, który robi dobrze to co robi, ale nie jest to podgatunek rocka, który dobrze leży ortodoksyjnym metalowcom. Miło było więc się przekonać, że do Hali Stulecia zjechało mnóstwo fanów zespołu i zgotowali im takie przyjęcie, na jakie zasługują.

Holendrzy dali pełnoprawny, headlinowy gig, z pełną setlistą i produkcją. Na scenie więc postawiono setup z trasy promocyjnej płyty Hydra - były dwa wielkie ekrany i wielki podest z tyłu, na którym zresztą Sharon pojawiła się na samym początku koncertu z gargantuicznym pióropuszem na głowie. Po pierwszym utworze na szczęście wyswobodziła swoją głowę, bo wyglądała nieco karykaturalnie. Rozumiem, że takie teatralne elementy są niejako wpisane w stylistykę reprezentowaną przez zespół, ale byłoby jej chyba niewygodnie paradować w tym przez niemal 2 godziny, jakie trwał koncert.

Setlista składała się z 18 kawałków i chociaż zabrakło mojego ulubionego koncertowo Iron, były też inne udane kawałki, takie jak Faster czy Mother Earth. Sporą niespodzianką okazało się zagranie The Howling, którego zespół nie wykonywał na żywo od 2011 roku - w czasie intra kilka osób w tłumie zareagowało na pierwsze dźwięki wręcz histerycznie. Miłym akcentem było także zagranie The Last Dance. Piosenka ta była requestem polskiego fanklubu, o czym wspomniała nawet ze sceny Sharon. Świetny moment, miło widzieć że grupa ma kontakt z fanami i umieszcza w repertuarze niespodzianki.

Koncert wypadł rewelacyjnie, nagłośnienie było bardzo solidnie, motoryczne gitary będące sercem wielu energetycznych, galopujących kompozycji brzmiały soczyście i satysfakcjonująco. Spore wrażenie zrobiła na mnie fantastyczna gra świateł, doskonale zgrana z muzyką i tworząca odpowiedni klimat do każdego utworu. Było to wszystko bardzo kreatywnie zaaranżowane i wraz z przestrzenną sceną i pozostałymi elementami dekoracji robiło naprawdę spore wrażenie. Bardzo profesjonalnie zagrany i wyprodukowany spektakl. Zespół ma w Polsce liczne, wierne i zaangażowane grono fanów, co było widać jak na dłoni tego wieczoru w Hali Stulecia.

Ja zaś opuszczałem venue z myślą, że chętnie zobaczyłbym Guano na headlinowym - klubowym lub halowym koncercie. To musi być ekstremalnie intensywne doświadczenie. Chociaż trzeba przyznać, że jest to też taki zespół, który opisałbym lakonicznie: "w sam raz na wczesny slot na dużym festiwalu". Nie przeszkadzaliby mi przez taką na przykład Metalliką, chociaż potrafię sobie wyobrazić, że ortodoksyjni metalowcy zachowaliby się niewiele lepiej, niż na Within w Gelsen. A przecież nie samymi Slayerami człowiek żyje.

 

blog comments powered by Disqus