DAVID GILMOUR
25.06.2016
Plac Wolności
Wrocław
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
08.07.2016

Na tym koncercie miało mnie w ogóle nie być. Gdy bilety pojawiły się w sprzedaży, bardziej prawdopodobne wydawało się, że pod koniec czerwca będę już z powrotem w Londynie. Bardziej więc nastawiałem się na jesienną powtórkę z genialnego koncertu w Royal Albert Hall. Poza tym wrażenia z poprzedniego spotkania z Gilmourem były nadal świeże, więc uznałem, że nie jest to koncert, na którym muszę być za wszelką cenę.

W międzyczasie okazało się jednak, że sprawy tak się ułożyły, że w momencie, gdy Sir David Gilmour zawita do Europejskiej Stolicy Kultury 2016, ja nadal będę przebywał nieopodal. Zacząłem więc nawet leniwie przeglądać serwisy aukcyjne w poszukiwaniu biletów. Nie będę w tym miejscu po raz kolejny rozpisywał się nad katastrofą, jaką była oficjalna sprzedaż biletów na to wydarzenie. Cieszę się tylko, że nie musiałem uczestniczyć w tej farsie, gdyż bilety dosłownie spadły mi z nieba na kilka dni przed gigiem. Wprawdzie na najdalszy sektor, ale po face value i w doborowym towarzystwie, a to na przyjemność odbierania gigu ma kolosalny wpływ.

Na miejsce udaliśmy się jeszcze przed otwarciem bram, ale nie dużo wcześniej, gdyż pogoda tego dnia wyjątkowo nie sprzyjała długiemu sterczeniu w kolejce. Wystarczyło, żeby zająć przednie rzędy naszego sektora, zarazem nie umierając z wycieńczenia na upale. Nieco zaskoczyła mnie, w kontekście ostatnich wydarzeń w Europie, bardzo pobłażliwie potraktowana kwestia bezpieczeństwa. Kontroli osobistej w zasadzie w ogóle nie było, za to były niedziałające czytniki kodów kreskowych znacząco spowalniające wpuszczanie na sektory. Nie były to jedyne powody, dla których można się było przyczepić do organizacji tego olbrzymiego przedsięwzięcia.

Duże zastrzeżenia można mieć do rozmieszczenia przestrzennego sektorów, wynikającego w dużej mierze ze zdecydowanie zbyt małego jak na skalę wydarzenia venue, którego prawdopodobnie w ogóle nie dało się optymalnie dostosować. W naszym przypadku, pomijając oczywisty fakt, że siłą rzeczy znajdowaliśmy się bardzo daleko od sceny (mimo zajmowania czołowych rzędów naszego sektora!), kroplę przelał sektor dla niepełnosprawnych i... kobiet w ciąży (sic!) w postaci sporego tarasu na podwyższeniu, który częściowo znajdował się na linii łączącej punkt, w którym staliśmy i środek sceny. Wszystko było jeszcze w porządku, póki balkonik ów był pusty. Pomyślałem sobie, że pewnie wjadą tam 1-2 wózki i na tym się skończy. A gdzież tam. Sektor jeszcze na długo przed rozpoczęciem koncertu wypełnił się dziesiątkami wózkarzy, ciężarnych, weteranów wojennych, ofiar wypadków, honorowych dawców krwi, niewidomych, niesłyszących i ich opiekunów, skutecznie przysłaniając nam połowę sceny! Nie mam nic przeciwko specjalnym sektorom dla uprzywilejowanych, ale zgodnie z obrazkiem na nim umieszczonym, wjazd powinien być zarezerwowany wyłącznie dla nich, w końcu byłoby im ciężko coś zobaczyć siedząc na wózku wśród stojącej widowni. Ale nie kosztem ludzi w innych sektorach, którzy w końcu zapłacili za bilet! Nie spotkałem się z takim rozwiązaniem organizacyjnym na żadnym innym koncercie i był to największy minus organizacyjny tego eventu.

Na kolejną próbę cierpliwości wystawiła mnie tzw. publiczność. Przed przybyciem na obiekt naiwnie łudziłem się, że na tak zacnym koncercie, również widownia będzie zacna. Ale chyba nie doceniłem mocy tanich biletów i oddziałującej silnie na Polaków kombinacji upału i napojów alkoholowych. O efektach nie będę się szeroko rozpisywał, bo chyba każdy potrafi sobie wyobrazić, w jak różne i absurdalne sposoby mogło się to przejawiać. Wspomnę tylko o jednej sytuacji, która miała miejsce w trakcie krótkiego, otwierającego wieczór setu Leszka Możdżera. Z uwagu na charakter imprezy, pianista przemawiał ze sceny do publiczności w dwóch językach - po polsku i po angielsku. Co w pewnym momencie szanowny pijaczek stojący tuż obok nas skwitował głośno "mów po polsku, buraku!".

Swoją drogą wybór Leszka Możdżera do roli, jakby nie było, supportu, może również budzić pewne wątpliwości. W końcu supporter powinien "rozgrzać" publiczność przed daniem głównym, ale solowy koncert ledwo widocznego na wielkiej scenie pianisty na tak wielkim stojącym koncercie nie był chyba najlepszym pomysłem. Nie mówiąc już o tym, że muzycznie też wstęp ten nijak miał się do dalszej części koncertu, przepełnionego bogactwem brzmień, atmosferą, głębią i przestrzenią. Lepiej już by chyba było pozbawić wieczór "rozgrzewacza" publiki, która i tak była rozgrzana do czerwoności nie tylko meczem Szwajcaria-Polska, ale też najgorętszym dniem tygodnia.

Na początek występu Davida musieliśmy czekać aż do 21:45 i domyślam się, że powody były co najmniej dwa. Koncert był w całości transmitowany na żywo w TVP, więc brane pod uwagę mogłby być względy ramówkowe i zapewne chciano także aby ten plenerowy setting zapewnił odpowiednie warunki dla oszałamiającej produkcji, która wymaga kompletnej ciemności. W świetle zachodzącego słońca produkcja ta nie robiła by nawet w połowie takiego wrażenia. Plusem tej sytuacji był fakt, że o tak późnej porze było już całkiem chłodno i można było delektować się wspaniałą muzyką bez obawy o utratę przytomności bądź odwodnienie.

Repertuar był oczywiście bardzo podobny do tego, który David przedstawiał na trasie w ubiegłym roku, jednak pokuszono się nie tylko o wymianę kilku piosenek, ale także znaczące wydłużenie całości. Ponadto sporą zmianą w spektakularny sposób wzbogacającą dochodzące ze sceny dźwięki była obecność orkiestry NFM Filharmonii Wrocławskiej pod batutą Zbigniewa Preisnera, który już po raz drugi przygotował orkiestracje na solowy album Davida. Poprzednio zdarzyło się to oczywiście przy płycie On an Island w 2006 roku. Wówczas również gościnnie pojawił się w kilku miejsach Leszek Możdżer, a ukoronowaniem tamtej współpracy z polskimi muzykami był wyjątkowy koncert w Stoczni Gdańskiej, wydany później na DVD. Można więc powiedzieć, że po 10 latach doszło do "powtórki z rozrywki", kiedy to David na specjalnym koncercie w Polsce celebruje wydanie swojej kolejnej solowej płyty wraz z polskimi muzykami.

Pierwszy set otworzyło punktualnie otwarcie z albumu w postaci 5 A.M. przechodzącego płynnie w tytułowy Rattle That Lock. W obu utworach Gilmourowi towarzyszyła orkiestra Zbigniewa Preisnera, nadając kompozycjom niesamowitej głębi brzmieniowej. Choćby dla usłyszenia tych dramatycznych różnic w brzmieniu warto było wybrać się na ten koncert. Na klasycznym, okrągłym telebimie pamiętającym jeszcze czasy Pink Floyd pojawiła się zaś bardzo ciekawa animacja będąca zarazem klipem do tej kompozycji. W kolejnym Faces of Stone, orkiestra także uzupełniła brzmieniowo charakterystyczne intro prowadzone przez klawisze niezmiennie nasuwające mi skojarzenia z jednym z motywów muzycznych Hansa Zimmera z Incepcji. W samym utworze orkiestra pełniła raczej rolę kontrapunktu, niż przestrzennego wypełniacza brzmieniowym tłem. Ja zaś z radością przyjąłem na telebimie sygnał z kamer, pozwalający dostrzec cuda, które wyczynia z gitarą Gilmour, no bo na scenie z tego punktu w którym się znajdowaliśmy widać było tylko małe figurki ludzików i to też jak akurat nie chowały się za kołem wózka inwalidzkiego.

Po Faces of Stone charakterystyczne "radiowe" intro - czyli bez niespodzianek, Wish You Were Here, pierwszy tego wieczoru monumentalny klasyk Pink Floyd. Ogólnie rzecz biorąc, nagłośnienie tego koncertu było w sam raz, nie wymagając używania stoperów w celu chronienia mocno nadwyrężonego słuchu. Ale w takich spokojnych momentach, jak w pełni akustyczne intro do Wish You, było jednak ciut za cicho i brakowało muzyce tzw. "powera". Kiedy David zaczął śpiewać pierwszą zwrotkę przestało to mieć jednak jakiekolwiek znaczenie, bo jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki cała zgromadzona publiczność chóralnie odśpiewała każde słowo tego pięknego utworu. Śpiewali dosłownie wszyscy - mimo tego, że znajdowaliśmy się w dalszym sektorze, śpiew dobiegał zewsząd dookoła nas, a nie tylko z sektora pod sceną. Tutaj polska publiczność zdecydowanie na plusie - znacznie bardziej powściągliwi Anglicy w Royal Albert Hall potrzebowali więcej czasu, by się rozkręcić.

Czas na pierwszą zmianę w setliście względem zeszłego roku, a było nią dodane do repertuaru What Do You Want from Me z ostatniego wielkiego dzieła Davida pod szyldem Pink Floyd - The Division Bell. Na obu utworach orkiestra zamilkła, ale może to i dobrze, bo tutaj łatwo byłoby o przesadę. W końcu tym piosenkom muzycznie niczego nie brakuje, a w dobrze gruwiącym i opierającym się na fikuśnej zagrywce basowej drugim utworze orkiestra mogłaby wręcz przeszkadzać. Następnie bardzo spokojne, wręcz powolne The Blue, które w warunkach koncertowych sprawdza się tak sobie, chociaż kończąca utwór długa, hipnotyzująca solówka jednak robi wrażenie.

Atmosfera zdecydowanie ożywiła się na Money, z porywającą solówką na saksofonie, fajną jamową sekcją w środku utworu i wreszcie znakomitą grą świateł i stosownymi animacjami na ekranie. Potem zaś delikatne zwolnienie tempa i kontynuujemy kolejnym wielkim utworem z The Dark Side of the Moon - Us and Them. Po chwili David wrócił jednak do repertuaru z Rattle That Lock utworem In Any Tongue, w który znów włączyła się z pełną mocą orkiestra. To był dopiero jednak wstęp przed dramatycznym zwieńczeniem pierwszej połowy koncertu majestatycznym High Hopes. Ten rozpoczynający się od charakterystycznych uderzeń dzwonu 10-minutowy kolos absolutnie zachwycił wrocławską publiczność i zdziwiłbym się gdyby kogoś pozostawił obojętnym. Był to także pierwszy tego wieczoru przypadek włączenia się orkiestry w repertuar Pink Floyd, chociaż aranżcja była bardzo powsciągliwa, delikatnie wypełniajac dźwiękową przestrzeń tego klasyka z katalogu późnego Pink Floyd.

Na otwarcie drugiego setu spodziewałem się granego rok temu w tym miejscu Astronomy Domine... Tymczasem czekała mnie pierwsza tego wieczoru duża niespodzianka, David zagrał bowiem One of These Days z albumu Meddle. Należy w tym miejscu wspomnieć, że było to pierwsze wykonanie na żywo pod szyldem David Gilmour, a utwór ostatnio był grany w 1994 przez Pink Floyd. Pojawił się wreszcie ten bardzo pożądany efekt psychodelii i energii, oczywiście żywo przyjętej przez publiczność. Cóż za niespodzianka, a przy okazji świetne nawiązanie do koncertu sprzed 10 lat, kiedy to absolutnie rewelacyjnym momentem gigu było wykonanie w całości suity Echoes z tej samej płyty.

Potem było klasycznie - utwór, którego nie mogło zabraknąć: Shine on You Crazy Diamond. Co prawda zabrakło zabawy ze szklankami, ale to, co zachwyciło mnie rok temu w Royal Albert Hall, pozostało - czyli znakomicie zgrana z muzyką gra świateł, chociaż w otwartym settingu nie wyglądało to aż tak spektakularnie, co w hali. Podobnie jak w Money, powaliło solo na saksofonie w upbeatowej kodzie.

Następnie czekała nas kolejna niespodzianka - koncertowy debiut kolejnego utworu z Rattle That Lock: Dancing Right in Front of Me, oczywiście z orkiestracją Zbigniewa Preisnera. Jak to określił sam David, był to "eksperyment", ale chodzi przecież o zabawę. Ten bardzo spokojny i mający niewiele wspólnego z estetyką Pink Floyd utwór może specjalnie nie porwał, tym niemniej miło było doświadczyć tego wiekopomnego momentu, w końcu Gilmour bardzo rzadko zmienia repertuar swoich koncertów w trakcie trwania trasy.

Kolejnym utworem było Coming Back to Life z The Division Bell, które zastąpiło innego klasyka, Fat Old Sun z płyty Atom Heart Mother. W jakimś sensie utwory te są do siebie zbliżone, bo chociaż zupełnie inne muzycznie, mają jedną wspólną cechę - jak na repertuar Pink Floyd, są wyjątkowo ciepłe. Miłe, melodyjne intro z tradycyjną Gilmourową solówką wprowadza w błogi nastrój, a David po raz kolejny tego wieczoru udowadnia, że nie ma sobie równych w tworzeniu niepowtarzalnej atmosfery za pomocą pojedynczego instrumentu, a wirtuozeria to nie tylko szybkie przebieranie palcami po gryfie.

Dalej już było zgodnie z tym, co przedstawiono w ubiegłym roku - na początku nieco smętne On an Island, chociaż sam byłem zdziwiony tym, jak porwała mnie długa, bujająca, kończąca utwór solówka. Muszę przyznać, że rozbujałem się w tym momencie solidnie. Ale to jest właśnie moc tych utworów - nawet, jeśli zwrotki i refreny zdarzają się być nieco usypiające, jak na koncertowe warunki, tak potem zawsze następuje ożywienie, które przynoszą te niepowtarzalne solówki, którymi nie sposób się nie zachwycić.

Następnie na scenę zaproszony został ponownie Leszek Możdżer (czy też raczej, według słów Davida, był to "Leszek Mozdzew"), by wykonać z Davidem gościnnie The Girl in the Yellow Dress. Rzeczywiście, wybór utworu był aż nadto oczywisty - w końcu to jedyny tego wieczoru w repertuarze numer o wyjątkowej jazzowej otoczce. Możdżer miał więc sporo okazji do wplecienia tu i ówdzie charakterystycznych dla siebie, szybkich i wręcz orzeźwiających pasaży. Dzięki temu ten bardzo spokojny i inny od wszystkich pozostałych utwór nabrał dodatkowych rumieńców i był to kolejny powód dla którego warto było wybrać się do Wrocławia. Chociaż oczywiście dyskutować można, czy Leszek w paru miejscach jak zwykle nieco nie przesadził.

Kolejnym utworem było Today - najbardziej przypominający późne dokonania Pink Floyd kawałek z ostatniej płyty Gilmoura. Świetnie wypadło nietypowe, sielankowe chóralno-orkiestrowe intro, będące w całkowitym kontrapunkcie względem reszty dosyć energetycznego, maszerującego, napędzanego slapującym basem utworu. Today nadało właściwy ton temu, co miało nadejść, a był to chyba moment, który wywarł na mnie największe tego wieczoru wrażenie.

Tym momentem zaś było Sorrow z płyty A Momentary Lapse of Reason. Ściślej zaś, jego intro i outro, które po prostu zmiotło mnie z powierzchni ziemi i wystrzeliło na orbitę. To niby tylko przesterowana gitara elektryczna z ambientowym, basowym tłem, ale całość zabrzmiała jak apokalipsa. Świetnie sprawdziło się nagłośnienie, które mimo nie podkręconej na maksimum głośności, potrafiło w spektakularny sposób podkreślić ten moment. Gitara Gilmoura wypełniła całą możliwą przestrzeń dźwiękową, poruszyła ziemię i w najbardziej możliwy pozytywny sposób zmasakrowała moje uszy. Po tym wykonaniu nie miałem żadnych wątpliwości - nikt nie ma lepszego brzmienia, niż David Gilmour. Warto w tym miejscu podkreślić, że świetnie sprawdza się prosty patent, na powtórzenie intra na koniec utworu, czego nie ma w wersji płytowej. Brzmienie gitary w tym momencie jest tak spektakularne i potężne, że ma się wrażenie, że gdzieś niedaleko odlatuje samolot.

Oczywiście to nie był koniec koncertu, a nawet jeszcze nie koniec głównego setu - ten bowiem zamknęło Run Like Hell, jak zwykle oprawione w taniec stroboskopowych świateł, z której to okazji muzycy przywdziali gustowne okulary przeciwsłoneczne. Publiczność zaś zmotywowała się do energetycznego klaskania i było to godne zwieńczenie drugiej części głównego setu.

Oczywiście czekały nas jeszcze bisy, podczas których zgodnie z planem zagrano Time, drugą część Breathe i na sam koniec Comfortably Numb, gdzie aktywowane zostały w odpowiednich momentach zaprogramowane w różny sposób lasery, tworzące nad głowami publiczności przestrzenne kształty. Czy naprawdę muszę się rozpisywać, że ciężko sobie wyobrazić bardziej trafiony segment bisowy tego koncertu? Kultowe intro do Time z zegarami, płynne przejście w liryczny fragment mojego ukochanego Breathe no i oczywiście jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza, solówek gitarowych w historii muzyki rocka wieńcząca monumentalne Comfortably Numb, przy którym wraz z całą ekipą i pozostałymi dwudziestoma tysiącami zgromadzonych fanów zdzieramy gardła. To taki oczywisty bis, na który nie sposób się gniewać, bo nic innego nie wypadało po prostu zagrać.

Tak oto zakończył się ten trwający niemal 3 godziny koncert (wliczając przerwę między setami, chyba wyszłyby te 3 godziny). Z racji tego, że nie tak dawno temu widziałem Davida w Londynie, nie sposób nie porównywać tych dwóch koncertów. Początkowo nastawiałem się na to samo doświadczenie, tylko pod otwartym niebem, zamiast pod kopułą najsłynniejszej hali koncertowej w Europie. Tymczasem zagrano dwa utwory więcej (What Do You Want from Me i Dancing Right in Front of Me), dwa wymieniono (One of These Days zamiast Astronomy Domine i Coming Back to Life zamiast Fat Old Sun). Nie sposób nie podkreślić obecności Leszka Możdżera i przede wszystkim Zbigniewa Preisnera i wrocławskiej orkiestry. Produkcja wizualna robiła dużo większe wrażenie obserwowana w ciasnej, ale pojemnej hali, w dodatku z dużej wysokości - lasery robiły wtedy piorunujące wrażenie, bo miało się wrażenie, że jest się pośrodku utkanej z nich pajęczyny. Tutaj te światełka latały nad głowami i nie wyglądało to aż tak spektakularnie. Nagłosnienie było świetne - podobało mi się, że nie było za głośno, a mimo to nawet w odległym od sceny sektorze wszystko było dobrze słychać i nawet można było delektować się brzmieniem (wiatr czasem wykrzywiał ten dźwięk, ale ogólnie nie było źle, zwłaszcza, że spodziewano się tej nocy jakiegoś kataklizmu pogodowego). Opisany już przeze mnie obszernie sektor dla niepełnosprawnych bardzo przeszkadzał, ale w końcu nie to jest najważniejsze - najważniejsze jest celebrowanie tego wielkiego wydarzenia muzycznego i wspaniałego koncertu w gronie przyjaciół, którzy z tego faktu potrafili się tak samo cieszyć, co uczciliśmy wraz z Pizurem i Szymem drąć się w niebogłosy na takich utworach jak Wish You Were Here czy Comfortably Numb. Nie zabrakło oczywiście opętańczego pisku po wbiciu igły, po którym odwróciła z przerażeniem głowę w naszym kierunku stojąca tuż obok babinka.

No i David Gilmour, prezentujący rewelacyjną formę instrumentalną i wokalną siedemdziesięciolatek, który już dawno mógłby sobie odejść na emeryturę i żyć w dostatku z tego, co stworzył wieki temu - tymczasem on już drugi rok z rzędu intensywnie koncertuje i promuje swoje ostatnie dziecko. Chciałbym wierzyć, że to jeszcze nie koniec, ale jeśli to miałby być mój ostatni koncert Gilmoura, to nie będę płakał, gdyż byłoby to pożegnanie bardzo satysfakcjonujące.

blog comments powered by Disqus