BLACK SABBATH
02.07.2016
Tauron Arena
Kraków
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
16.07.2016

Dziadzio Ozzy to niezły figlarz. Koncert Black Sabbath, na którym byłem 2 lata temu w londyńskim Hyde Parku, miał być ostatnim w ich karierze. Ale Ozzy'emu wciąż mało, więc wraz z kolegami Tonnym i Geezerem zebrali się jeszcze raz do kupy, przygotowali nową płytę zatytułowaną The End, dostępną jedynie na stoisku z merchem w trakcie oficjalnie pożegnalnej trasy koncertowej nazwanej w ten sam sposób. Mimo że na wydawnictwie znalazły się cztery premierowe utwory (i cztery wykonania koncertowe), zespół na koncertach wykonuje wyłącznie klasyczne utwory.

Polski przystanek na tym sporym, biorąc pod uwagę wiek i formę muzyków, tournée, odbył się w krakowskiej Tauron Arenie i podobno pobił rekord frekwencyjny w tym obiekcie. Dokładnych danych nie znam, ale można przyjąć, że na Czarnym Sabacie bawiło się ok. 20 tysięcy fanów ciężkiego grania. Ku mojemu wielkiemu (i bardzo pozytywnemu) zaskoczeniu, nie byli to jedynie starzy, brudni faceci w długich włosach, którzy przyjechali na koncert Harley'ami. Tauron Arena gościła tego wieczoru osoby w każdym możliwym wieku, od rówieśników występujących na scenie muzyków, po kilkulatków dźwiganych przez rodziców "na barana", żeby mogli cokolwiek zobaczyć. Mężczyźni i kobiety. A nawet dużo kobiet i to takich całkiem młodych. Gdzie one wszystkie były, kiedy ja chodziłem do liceum i nie miałem z kim porozmawiać o muzyce?

Mimo długiego stażu koncertowego weterana, nieco zaskoczył mnie podział na sektory. Tak się bowiem złożyło, że na ten koncert miałem zwykły bilet stojący. Bezpośrednio pod sceną było tradycyjnie Golden Circle. Nowością jednak był dla mnie podział, w którym to Golden Circle zajęło większość powierzchni płyty, na oko tak ok. 70%. Rozumiem, że takie rozwiązanie jest korzystne dla organizatorów z perspektywy ekonomicznej, ale jest chyba nieco w sprzeczności z założeniem, że oddziela się sektor bezpośrednio pod sceną od reszty płyty, a nie na odwrót. W efekcie nieszczególnie był sens przychodzić dużo wcześniej i pchać się pod barierkę, bo ta była i tak relatywnie daleko od sceny i wrażenia zarówno słuchowe jak i dźwiękowe były zbliżone niezależnie od tego, w którym miejscu sektora się stało.

Co nie przeszkodziło tuż przed koncertem kilku rozgorączkowanym nastolatkom na zuchwałe przepychanki, tak jakby odległość od tej i tak bardzo oddalonej od sceny barierki miała jakiekolwiek znaczenie. Ogólnie zachowania ludzi w tłumie były różne i jak zwykle stanowiłyby interesującą podstawę pod solidną rozprawkę z dziedziny socjologii, ale ogólnie można powiedzieć, że ludzie bawili się dosyć żywiołowo jak na tyły hali. Będąc na ogół blisko sceny zawsze miałem wrażenie, że ostatnie rzędy stoją jak słupy, ale przynajmniej tego wieczoru tak nie było.

Jako jedyny support wystąpili Rival Sons, kapela wprawdzie relatywnie niedawno uformowana, ale grająca absolutnie klasycznego rocka. Najbardziej zaskoczył mnie wokalista, momentami do złudzenia brzmiący jak Robert Plant. Słuchając po raz pierwszy występu tego zespołu, nie miałem wątpliwości skąd czerpali inspiracje. Niestety, mimo solidnego, energicznego występu, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że słucham czegoś bardzo, bardzo odtwórczego. Zespół został bardzo ciepło przyjęty przez publiczność zebraną w krakowskiej hali.

Najważniejsza jednak była oczywiście gwiazda wieczoru w postaci największej legendy ciężkiego grania - Black Sabbath. Kapela, która wyznaczyła standardy, którymi podążają do dziś niezliczone ilości mniej i bardziej znanych kapel, w tym Metallica. Zespół, który widziałem dopiero drugi raz na żywo, chociaż tak naprawdę jeden z klasycznych składów Black Sabbath (także z Tonnym i Geezerem) widziałem na żywo jeszcze w 2007 roku przed Metalliką, jako Heaven and Hell. Wiadomo jednak, że z tą marką kojarzy się przede wszystkim jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny, władca ciemności - pan Ozzy Osbourne!

Wokaliście nadal nie sposób odmówić charyzmy i olbrzymiej, jak na swój wiek i kondycję, ilości energii na scenie. Ale to już nie jest ten sam Ozzy, który jeszcze 2 lata temu biegał i skakał po scenie jakby miał o połowę mniej lat. Teraz większość czasu spędza zawieszony oburącz na mikrofonie i zdecydowanie rzadziej opuszcza to stanowisko. Nadal zdarzają się stare dobre figle w rodzaju polewania ludzi w pierwszych rzędach wodą z wiadra, ale zdarzył się też moment, w którym Ozzy powiedział, że potrzebuje przerwy i na kilka minut zszedł ze sceny. I oczywiście ma do tego pełne prawo, tak samo jak już od dawna ma pełne prawo, by przejść na zasłużoną emeryturę i w ogóle nie bawić się w koncerty, które w tym wieku są przecież sporym zagrożeniem dla zdrowia. Dlatego kłaniam się do samej ziemi, że muzycy nadal przełamują własne limity i nadal wychodzą na te 90 minut na scenę, dając z siebie absolutnie wszystko i ciągle przedłużając tę pożegnalną trasę, która ostatecznie ma zakończyć się w Anglii na początku 2017 roku.

Koncert rozpoczął się mrocznym, groteskowym intrem z zabawną animacją na telebimie przedstawiającą diabelską maszkarę. Przy dźwięku euforycznych oklasków na scenie pojawili się Ozzy, Tommy, Geezer i towarzyszący im od czasu promocji płyty 13 perkusista Tommy Clufetos. Set otworzono majestatycznym utworem Black Sabbath i chociaż wolałem bardziej energiczne otwarcie War Pigs 2 lata temu, również ten klasyczny moloch sprawdził się w tej roli całkiem nieźle. Od pierwszych minut zaatakowani zostaliśmy znakami rozpoznawczymi klasycznego Sabatu - ciężkimi, mozolnymi riffami, druzgocącymi przejściami na perkusji (kapitalnie nagłośnione tomy) i opętańczym wokalem szaleńca będącego liderem tego cyrku. Wszystko brzmi masywnie, soczyście, aczkolwiek nie tak potężnie i selektywnie, jak w otwartej przestrzeni Hyde Parku.

Kolejnym utworem było dynamiczne i nieco połamane Fairies Wear Boots, które absolutnie urzekło mnie na poprzednim koncercie. Tutaj zabrakło jednak pewnego kluczowego elementu produkcji - na ekranie nie wyświetlono bardzo fajnie zrealizowanego teledysku. Generalnie na tej trasie zrezygnowano z ciekawych animacji, których zespół używał w 2014 roku. Zamiast tego, postawiono na ujęcia muzyków z kamer rozmieszczonych na scenie i wokół niej, co jeszcze byłoby całkiem fajnym rozwiązaniem (ekran był przyzwoitej wielkości), gdyby nie przesadne użycie dziwnych filtrów i efektów graficznych, przywodzących na myśl czasy świetności Winampa i jego słynnych pluginów.

Muzycy zagrali tego wieczoru łącznie 14 piosenek, czyli o jedną więcej niż 2 lata temu. Dwa utwory z nowego wówczas albumu 13, a więc Age of Reason i God Is Dead?, wymienione zostały na klasyki w postaci After Forever i Hand of Doom. Ponadto zagrane zostało Dirty Women, jako przedostatni kawałek w secie. Ogólnie repertuar skupiony został wokół pierwszych trzech płyt zespołu: Black Sabbath (3 utwory), Paranoid (6 utworów) i Master of Reality (3 utwory). Dodatkowo usłyszeliśmy Snowblind z Vol. 4 i wspomniane już Dirty Women z Technical Ecstasy. Jak widać jednak, zespół nie wykroczył poza ramy lat 70-tych. I chyba tego właśnie oczekiwali fani na pożegnalnej trasie, chociaż mi zabrakło kilku ulubionych utworów, ale w końcu zespół ma tak dużo znakomitych piosenek w repertuarze, że nie sposób dogodzić każdemu.

Tak czy owak, potęga Black Sabbath wciąż robi kolosalne wrażenie na żywo. Niby to grupa dziadków, którzy resztkami sił wychodzą na scenę, ale jak zaczynają grać, to mogliby siłą płynącą ze sceny obdarzyć dziesiątki młodych grup. Do tego współczesna produkcja i nagłośnienie nadają tym nagranym 40 lat temu klasykom zupełnie nowego oblicza. Szkoda tylko, że przez drobne niedostatki produkcyjne, ta potęga była odrobinę przytępiona. Niestety można się było trochę przyczepić do nagłośnienia, mimo ogólnej mocy i odpowiedniego ciężaru, było też nieco za głośno (zwłaszcza w średnich i górnych rejestrach), a dźwięk bywał bardzo nieselektywny i rozmyty. Może to kwestia akustyki hali i miejsca w którym staliśmy, z drugiej strony znajdowaliśmy się na długości konsoli dźwiękowej, powinno być więc optymalnie. Zespół zabrzmiał zdecydowanie lepiej w Hyde Parku w 2014, kiedy to wyróżniłem ten koncert jako jedyny, który poziomem brzmienia był w stanie zbiżyć się do Metalliki. Także produkcja podobała mi się bardziej na ówczesnych koncertach plenerowych - fajnie przygotowane klipy dodawały smaczku, tutaj dziwne efekty nałożone na sygnał z kamer i trochę zbyt prymitywne oświetlenie stanowiły zdecydowanie słabszy punkt wieczoru.

Nie miało to jednak znaczenia, skoro człowiek przepełniony był wdzięcznością za jeszcze jedną szansę zobaczenia na scenie żywej legendy w bardzo dobrej formie. Muzyka nie zestarzała się ani trochę, ba - wręcz zyskała z wiekiem, niczym dobre wino. Czy to rzeczywiście będzie koniec, czy też starczy Ozzy'emu jego niespożytych sił, by nadal przedłużać tą już ostatnią trasę - czas pokaże. Póki co zapuszczam Zeitgeist - utwór z płyty 13, który rozbrzmiał w wersji albumowej już po zejściu muzyków ze sceny - i oddaję się fantastycznym wspomnieniom zrealizowanego marzenia, o spełnieniu którego nawet nie myślałem, gdy w wieku nastoletnim poznawałem magnificencję Black Sabbath z płyt podsuwanych mi przez tatę.

blog comments powered by Disqus