DEEP PURPLE
22.07.2016
Junge Garde
Dresden
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
14.09.2016

Deep Purple to niekwestionowanie jeden z najważniejszych zespołów nie tylko w historii rocka, ale także w moim życiu. Mimo że wciąż trzymające świetną formę dinozaury nadal intensywnie koncertują, tak się jakoś złożyło, że jak dotąd widziałem ich tylko dwukrotnie na żywo. Pierwszy koncert odbył się 1 maja 2009 roku na wrocławskich Polach Marsowych i zbiegł się czasowo z rozpiętą na przeróżne muzyczne wydarzenia celebracją moich urodzin. Drugi set był częścią koncertu poświęconego pamięci Jona Lorda w londyńskiej Royal Albert Hall 4 kwietnia 2014 roku. Każdy z tych dwóch koncertów był więc wyjątkowym wydarzeniem spędzonym w wyjątkowym towarzystwie. Nie inaczej było także i tym razem, a na swój trzeci gig Deep Purple wybrałem się do drezdeńskiego amfiteatru Junge Garde.

Amfiteatr ulokowany jest w ogromnym, zielonym parku niemalże w samym centrum Drezna. Spokojna aura i mnóstwo każualowych spacerowiczów z wózkami wzbudziło moje wątpliwości, czy aby na pewno zjawiliśmy się we właściwym parku. W końcu jednak dojrzałem grupę ludzi ubraną w nieco ciemniejszy kolor koszulek i setki samochodów ustawione wzdłuż pobocznych osiedlowych uliczek znacząco utrudniające poszukiwania miejska parkingowego.

Venue to przypomniało mi stare dobre amfiteatry berlińskie, w których dawno temu 2 razy udało mi się zobaczyć Metallikę, a także całkiem niedawno Green Day. Czasy "kameralnych" koncertów plenerowych tak dużych zespołów chyba jednak bezpowrotnie minęły, przynajmniej na razie, miło zatem zobaczyć w podobnym kontekście tak kultowy zespół, jak Deep Purple. Optymalny kształt i rozmiar amfiteatru sprawił, że nawet pojawienie się na miejscu w trakcie trwania występu supportu i zajęcie miejsc siedzących nieco z boku nie wpływało negatywnie na odbiór. Przeciwnie - miło było dla odmiany zasiąść sobie wygodnie na trybunach z napojem w ręku i komfortowo delektować się tą muzyczną ucztą.

Występ rozpoczął się klasycznie od intra puszczonego z taśmy: The Planets, Op. 32 Gustava Holsta, przy akompaniamencie którego na scenie pojawili się kolejno Ian Paice, Don Airey, Roger Glover i Steve Morse. Po otwierającym akordzie usłyszeliśmy charakterystyczny rytm wygrywany przez Paice'a na werblu. Po chwili dołączył do niego wyrazisty, galopujący motyw basu Glovera. Rozpoznawalna progresja akordów nie pozostawiła wątpliwości, że panowie zaczną klasycznie - od Highway Star. Ian Gillan kazał na siebie czekać niemal do momentu rozpoczęcia pierwszej zwrotki. I o ile z nimi radził sobie całkiem nieźle, tak już pierwszy refren bezlitośnie pokazał, że lata świetności wokalnej ma już za sobą. Nie było jednak na tyle źle, by psuło to odbiór koncertu. Biorąc pod uwagę wiek, panowie są nadal w świetnej formie, a ze sceny sączyły się hektolitry energii.

Wystrój sceny skromny, ale odpowiednio funkcjonalny: perkusja i klawisze ustawione w jednej linii zapewniały wszystkim muzykom odpowiedni kontakt wzrokowy w czasie częstokroć karkołomnych instrumentalnie scenicznych wyczynów. Z tyłu średniej wielkości ekran, na którym na zmianę pojawiały się proste wizualizacje lub obrazy z kamer umieszczonych na scenie, pozwalających przykładowo lepiej przyjrzeć się temu, co wyczynia poczciwy Ian Paice na perkusji.

Początek koncertu był jak najbardziej klasyczny, a panowie oprowadzali nas po swoich najsłynniejszych dokonaniach z lat 70-tych i usłyszeliśmy kolejno aż dwa utwory z albumu In Rock: Bloodsucker i Hard Lovin' Man. Tutaj już Gillan wypadł znacznie lepiej, tak jakby zaczął się rozkręcać, a zarazem stopniowo poprawiało się nagłośnienie, które początkowo nie było optymalnie zbalansowane. Drugi ze wspomnianych utworów stał się znakomitym pretekstem do porywającej solówki na klawiszach Dona Airey'a, których zresztą tego wieczoru nie brakowało. Dłużny nie pozostał mu Steve Morse, który po tak wielu latach sprawia wrażenie, jakby był z grupą od zawsze. Gillan w tym czasie gdzieś uroczo zrównał się z tyłu z perkusją i klawiszami, by charakterystycznie podrygując dorwać się do tamburyna.

Jako czwarte bez żadnej przerwy zagrane zostało Strange Kind of Woman, jak zwykle niezwykle ciepło przyjęte przez słuchaczy. To pierwszy z naprawdę szeroko rozpoznawalnych utworów tego wieczoru, które znał dosłownie każdy zgromadzony tego ciepłego wieczoru w Junge Garde osobnik i to dało się momentalnie odczuć, gdyż poziom entuzjazmu gwałtownie się podniósł. Chociaż podkreślić trzeba, że mimo rozpiętości wiekowej, publiczność zdominowana była jednak przez pokolenie zbliżonego wiekiem do samych muzyków. Siłą rzeczy nie było więc pod sceną tak dzikich harców, jak chociażby 7 lat temu we Wrocławiu, gdzie młodzież (jeszcze wówczas sami się do niej zaliczaliśmy, heh) rozkręciła konkretną imprezę na Polach Marsowych.

Dziwny Rodzaj Kobiety zakończony został bardzo ciekawym dialogiem gitarowo-wokalnym pomiędzy Stevem a Ianem. Przy czym słowo dialog jest tu jak najbardziej zasadne, bo wymienione zostały nie tylko melodie, Ian pokusił się także o uwzględnienie tekstu w swoich wokalnych improwizacjach. Był to pierwszy z wielu tego wieczoru przejawów figlarności Deep Purple. Panów mimo wieku nie opuszcza wspaniałe poczucie humoru, przejawiające się zarówno w muzyce, jak i dialogach scenicznych.

Pierwszy z nich nastąpił podczas dłuższej przerwy po Strange Kind of Woman. Ian Gillan przywitał się z publicznością i od razu dowcipnie skomentował fakt, iż niemiecki amfiteatr obficie obstawiono straganami, przy których wyposażyć się można w wszelkiego rodzaju trunki i inne udogodnienia. Zapytał więc kolegów z zespołu, kto co zamawia, po czym ustawił się tyłem do Rogera, by ten podrapał go po plecach. Następnie zapowiedział "coś absolutnie przerażającego", czyli pierwszy tego wieczoru utwór z ostatniej płyty Purpli - wydanej w 2013 roku Now What?! - Vincent Price. Decyzja o pozostawieniu właśnie tego utworu w repertuarze była jak najbardziej słuszna - mimo swojego charakterystycznego brzmienia, wypada on świetnie na żywo, nawet jeszcze lepiej niż na albumie. Charakterystyczny, niemal sabbathowy riff ma odpowiedni ciężar, a niepokojące klawisze wypełniają przestrzeń dookoła.

Kolejną przerwę wypełniło dowcipne przedstawienie Steve'a Morse'a, który swoje popisy rozpoczął od gitarowej miniatury z wydanej w 2003 roku płyty Bananas - Contact Lost. Ta zaś płynnie przeobraziła się w kolejny "nowy" utwór - siedmiominutowy Uncommon Man, który miałem okazję usłyszeć na żywo także 2 lata temu w Royal Albert Hall. Dzięki charakterystycznej zagrywce, to jeden z bardziej monumentalnych i zapadających w pamięć utworów Purpli. Fascynująco wypadło długie, klawiszowe solo wsparte prostymi animacjami na telebimie.

Segment "gitarowy" zakończyła kolejna gitarowa miniatura, The Well-Dressed Guitar, gdzie tym razem Steve wsparty był przez kolegów z zespołu, którzy akompaniowali mu podczas jego gnającej niczym pociąg towarowy popisowej solówki. Przy pomocy Gillana udało się także rozkręcić publikę, z zadowoleniem klaskającą do rytmicznych wyczynów scenicznych zacnych Brytyjczyków. Korzystając z chwili ciszy, Gillan podziękował za czynny udział fanów w koncercie.

Nadeszła pora na kolejną porcję purpurowej klasyki. Kolejne długie i figlarne solo, tym razem w wykonaniu Dona Airey'a, otworzyło Lazy, które po raz pierwszy miałem także okazję usłyszeć podczas krótkiego setu w Royal Albert Hall. Podczas tego luźnego, bluesowego klasyka Gillan zaprezentował swoje umiejętności gry na harmonijce ustnej. Kolejnym klasykiem było Demon's Eye, które tym razem usłyszałem na żywo po raz pierwszy, a zaraz potem dynamiczne i zapadające w pamięć Hell to Pay z Now What?!

Kolejna wymyślna zapowiedź Iana Gillana poprzedziła jeszcze bardziej wymyślny segment solowy Dona Airey'a. Tego się nie da opisać - tego trzeba posłuchać na własne uszy. Takiego bogactwa brzmień, cytatów, atmosfer i emocji próżno szukać u 99% zespołów. Oczywiście Jon Lord to była zupełnie inna klasa i muzyk absolutnie niezastąpiony, ale po jego odejściu ciężko wyobrazić sobie, by ktokolwiek inny mógł z równym powodzeniem tak doskonale wpasować się w ten specyficzny purplowy klimat.

Don rozpoczął także charakterystycznym intrem Perfect Strangers, które z kolei otworzyło cały segment największych przebojów Deep Purple. Segment, który nie zmienia się od wielu lat i który wyglądał tak samo na moim pierwszym koncercie w Polsce w 2009 roku. Ale nie sposób gniewać się za to na muzyków, bo są to utwory, które znudzić się nie mogą i bez których ciężko wyobrazić sobie wesoły, plenerowy koncert tej formacji.

Perfect Strangers to także jeden z najlepszych momentów i riffów w całym repertuarze - ten charakterystyczny, nieco połamany rytm w samym środku utworu. W prosty i skuteczny sposób moment ten podkreślony był zmianą oprawy: scenę spowił mrok, obraz zniknął z telbimu i tylko pojedyncze reflektory rytmicznie podkreślały narastającą atmosferę tej melodii.

Z każdą chwilą robiło się coraz bardziej energetycznie, a jak zaczęło się Space Truckin', to atmosfera sięgnęła punktu wrzenia. Na pierwszy plan wyskoczył Roger precyzyjnie dawkując akcenty z Ianem Paicem. Na telebimie pokazały się stosowne "kosmiczne" animacje, a scena mieniła się kolorowymi światłami, które dodatkowo w fajny, płynny sposób "falami" oświetlały publikę w trakcie refrenów. Space Truckin' idealnie rozgrzało atmosferę przed momentem, na który zapewne czekało wielu - Smoke on the Water, które było ostatnim kawałkiem głównego setu. Oczywiście odpowiednio wydłużone, by dać szansę publice zaśpiewać zarówno melodię najsłynniejszego riffu świata, jak i jeden z najsłynniejszych refrenów w historii rocka.

Po kilku minutach serdecznych braw muzycy zjawili się z powrotem na scenie, by po krótkim bluesowym otwarciu przejść do najstarszego tego wieczoru utworu i swojego (chociaż wcale nie napisanego przez nich) pierwszego przeboju - Hush! Oczywiście publika nie zawiodła w charakterystycznych zaśpiewach po każdej zwrotce. Nie zabrakło porywających solówek w tym emocjonującego dialogu między klawiszami i gitarą. Hush przeobraził się w solo na basie, podczas którego Rogerowi wtórował na perkusji Ian Paice. Wybryki na basie płynnie przeobraziły się w jeden z najsłynniejszych riffów w repertuarze Deep Purple, czyli Black Night, który tradycyjnie już zamknął koncert. Po raz kolejny nie obyło się bez różnych wariacji głównego riffu i wspólnych zaśpiewów z publiką, która już cała na stojąco z pełnym zaangażowaniem żegnała w ten sposób legendę rocka goszczącą tego ciepłego wieczoru w małym drezdeńskim amfiteatrze.

Wspaniale było wybrać się kolejny raz na Deep Purple, zwłaszcza w tak zacnym towarzystwie. Można im zarzucić, że główna struktura setlisty standardowych koncertów plenerowych nie zmieniła się od wielu lat, ale przy mojej częstotliwości uczęszczania na ich koncerty zupełnie mi to nie przeszkadzało. Zresztą, ciężko wyobrazić sobie gig bez Strange Kind of Woman, Perfect Strangers czy Black Night. To są takie evergreeny, które zawsze miło usłyszeć na żywo, w dodatku w wykonaniu wciąż przyzwoicie ruszających się na scenie autorów. Mam nadzieję, że przed nimi jeszcze mnóstwo koncertów, chociażby promujących kolejną płytę, która podobna już jest nagrana. Czekam!

 

blog comments powered by Disqus