BONES
22.09.2016
Water Rats
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
08.11.2016

Trio Bones sprawiło, że oczekiwanie na gig PVRIS w Berlinie kilka miesięcy temu zamiast być udręką, było bardzo przyjemną częścią wieczoru. To jeden z tych rzadkich momentów, kiedy udało się odkryć bardzo ciekawy zespół dzięki będącemu na ogół smutnym obowiązkiem slotowi supportującemu artystę, na koncert którego się wybraliśmy. Akapit dotyczący ich występu w relacji z Berlina skwitowałem wówczas następująco: "jak wrócę do Londynu, zamierzam zobaczyć dziewczyny na jakimś ciasnym, przepoconym headlinowym koncercie i dać się... skościować. (?)"

No i proszę - koncert Bones był pierwszym, na jaki wybrałem się po powrocie do Londynu latem tego roku. I było dokładnie tak, jak sobie to wyobraziłem - malutki klubik mogący pomieścić niespełna 100 osób (na szczęście nie był "przepocony" - klimatyzacja dawała radę) i gorąca, intensywna atmosfera pełnego energii headlinowego gigu!

Ciepłą aurę dało się wyczuć od razu po wejściu do środka, gdzie Carmen z serdecznym uśmiechem osobiście witała przybywającą publiczność, która zapewne w dużej mierze składała się z przyjaciół zespołu. Po jednej stronie niewielkiej sali stoisko z merczem, w którym po gigu wyposażyłem się w najlepszą muzyczną koszulkę w mojej kolekcji, a po drugiej stronie bar, w którym u skrajnie wyluzowanego murzyna zamówiłem chyba moje ulubione angielskie piwo - Fuller's London Pride.

Podczas mrocznego intra, w którym całą przestrzeń muzyczną wypełnił elektroniczny bas, pojawili się na scenie kolejno perkusista Filippo Cimatti, gitarzystka Carmen Vandenberg i liderka formacji Rosie Bones. Intro zamieniło się w pełnoprawną, masywną piosenkę opartą na przetłustym beacie perkusyjnym, podczas których Rosie skandowała zachęcająco "Do you wanna get BONED?". No pewnie, że I wanna!

Kolejne było nieco bardziej przebojowe Electric z wpadającymi w ucho refrenami, oraz Creature z atmosferycznymi zwrotkami. Carmen nieśmiało wtórowała Rosie w wokalu ze swoimi chórkami, ale jej mikrofon był ustawiony w miksie na tyle cicho, że prawie w ogóle jej nie było słychać. Ba, prawie nie było słychać nawet jej rzadkich i nieśmiałych wtrąceń pomiędzy kawałkami.

Hero to kawałek, który zaczyna się dosyć spokojnie, ale szybko zamienia się w intensywne, przepełnione niecenzuralnymi wyrazami refreny. Przyznać trzeba, że tutaj zupełnie bezpretensjonalne i nieodciągające uwagi od tego, co najważniejsze - muzyki i atmosfery. Clue piosenki jest jednak potężne, jazgotliwe solo w wykonaniu Carmen zamykające utwór - pierwszy dla niej tego typu moment w tym secie i - na szczęście - nie ostatni.

Świetnie wypadło lubiane przeze mnie Fat - chociaż zabrakło mi myku rytmicznego na początku drugiej zwrotki, który pełni dla mnie rolę centralnego smaczka w wersji studyjnej. Podczas refrenów rozkręciła się publiczność, wtórując Rosie w skandowaniu: "Let's get fat, get fat, get fat!".

Następnie Bones pokazało swoje bardziej lyriczne i melodyjne oblicze podczas spokojnych piosenek Robin i Life is for the Living. Okazuje się, że dzikuska Rosie zdolna jest także do melodyjnego śpiewania i potrafi poddać się melancholijnemu nastrojowi. Podczas tej drugiej piosenki Carmen znów miała okazję zabłysnąć porywającą solówką.

Zespół zaczął znów stopniowo rozkręcać atmosferę za pomocą Beautiful Is Boring i żartobliwego hymnu Girls Can't Play Guitar, do napisania którego bezpośrednią inspiracją była słynna już anegdotka, jak to Carmen usłyszała od pewnego samca, że nie może potrafić dobrze grać na gitarze, bo przecież jest dziewczyną. Trudno o lepszy komentarz do tej scenki niż fakt, że dziewczyny właśnie wróciły z trasy koncertowej po USA promującej nowy album gitarowej legendy - Jeffa Becka, w którego powstaniu czynnie uczestniczyły.

Atmosfera na dobre rozkręciła się przy chyba najbardziej znanym jak na razie kawałku Bones - Pretty Waste. Tutaj Rosie pozbyła się gitary by móc z pełną werwą szaleć po scenie. Perfekcja wykonania absolutnie ustąpiła energii, która kipiała ze sceny i w kameralnym gronie bawiącym się bezpośrednio pod nią.

Wieczór zamknął fantastyczny cover Beatlesów - Helter Skelter. Tego klasyka Rosie i Carmen świetnie zaadoptowały do swojego uniknalnego formatu i ciężko sobie wyobrazić lepsze zwieńczenie tego krótkiego, acz niezwykle intensywnego wieczoru. Podczas drugiej zwrotki na scenie wylądował... stanik.

Po takim udanym gigu, wychodząc z klubu nie mogłem nie zatrzymać się przy stoisku z merczem. Oprócz wspomnianej koszulki, z radością kupiłem EPkę na CD. Jednak najbardziej wartościowy przedmiot jaki wyniosłem pochodził prosto ze sceny - a była to markowa fiolka z shotem whisky, zabrana dla mnie ze sceny spod nóg Carmen zaraz po tym, gdy z niej skorzystała. Bezcenna pamiątka!

Takie zespoły, jak Bones, najlepiej wypadają w takich settingach - malutkich klubach, w których scena i parkiet publiczności stanowią nieprzedzieloną żadnymi barierkami jedność. Tutaj można zauważyć każdy najdrobniejszy gest muzyków, którzy są wręcz zmuszeni do fizycznych interakcji ze sobą, bo wielkość sceny nie pozwala im siebie uniknąć. Na gigach Bones ze sceny sączy się hektolitrami najprawdziwsza muzyczna chemia. Z jednej strony człowiek chce dla nich jak najlepiej: żeby zdobyli popularność, na jaką zasługują; a z drugiej strony - to właśnie ta intymność małego klubu pozwala w pełni odczuć intensywność ich występów. Ciężko mi sobie wyobrazić, by działało to równie skutecznie w wielkiej hali gromadzącej nie 80, a 25000 osób.

blog comments powered by Disqus