THE PRETTY RECKLESS
10.10.2016
Scala
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
18.10.2016

Z The Pretty Reckless miałem tylko jeden problem. Ich fantastyczne dokonania studyjne nie szły w parze z jakością koncertów. Te, nie dość że krótkie, wywoływały we mnie silny niedosyt także z powodu rozczarowującej zawartości i intensywności. Brzmienie pozostawiało sporo do życzenia, podobnie jak wykonania i atmosfera - introwertyczna, jakby niepewnie czująca się na scenie i zdecydowanie zbyt spokojna jak na ten gatunek muzyki Taylor Momsen miała przed sobą jeszcze sporo pracy jako lider hard rockowego zespołu. Takie refleksje towarzyszyły mi dwukrotnie po wyjściu z ich koncertów w Londynie w 2014 roku, kiedy to promowali swoją nową wówczas płytę Going to Hell.

Do londyńskiej Scali zawitali przy okazji trzech rozgrzewkowych klubowych koncertów w Europie (pozostałe dwa odbyły się w Berlinie i Paryżu) przed właściwą trasą promującą nadchodzący album Who You Selling for. Z olbrzymią przyjemnością przekonałem się, że po 2 latach, jakie minęły odkąd widziałem ich ostatni raz na żywo, jest to niemal zupełnie inny zespół!

Scala to jeden z bardziej znanych londyńskich klubów, w którym jeszcze nie miałem przyjemności być. Zaskoczył mnie fakt, jak mały jest to klub. Na miejscu zjawiłem się na mniej więcej godzinę przed otwarciem bram, co wystarczyło, by znaleźć się w jednym z pierwszych rzędów pod sceną. Okazało się, że czekał mnie najmniejszy jak dotąd gig The Pretty Reckless, chociaż Electric Ballroom, w którym widziałem ich po raz pierwszy, też do wielkich hal nie należy. Kolejną rzeczą, która mnie zaskoczyła, był poziom ochrony i kontroli bezpieczeństwa przy wejściu do venue. Od czasu tragicznych wydarzeń w Paryżu w ubiegłym roku spodziewałem się czegoś takiego na każdym koncercie, na jaki pojadę, tymczasem dopiero przed wejściem do Scali obmacano dokładnie każdy przedmiot, jaki miałem w kieszeniach, a nawet kazano mi zdjąć nakrycie głowy na chwilę. Bardzo pozytywnie i szkoda tylko, że wszystkie kluby nie idą za tym przykładem - człowiek czułby się przynajmniej choć trochę bezpieczniej.

Kolejnym pozytywem była doskonale działająca klimatyzacja w klubie. Spotykam się z tym już od dłuższego czasu w londyńskich klubach i nie pamiętam już, kiedy ostatnio umierałem z duszności i gorąca na małym koncercie. Być może zmieniły się przepisy "BHP", nie mam pojęcia, ale od jakiegoś czasu w klubach jest wręcz zimno i można w ścisku wystać w kurtce cały koncert i się nie spocić. Wielki plus za to - w końcu chyba lepiej się przeziębić niż zemdleć na drugiej piosence i przegapić większość koncertu.

Przed Gangiem Momsena wystąpił support, którego nazwy nie pamiętam i o którym nie mam zbyt wiele dobrego do powiedzenia. Całkiem solidne podstawy rockowo-gitarowe kompletnie zrujnował pedalski chłoptaś z kolczykiem w uchu na wokalu, który śpiewał piskliwym głosikiem zupełnie jak ktoś, kto rozpoczął karierę muzyczną w Poznańskich Słowikach. Śmiesznie słuchało się niby-faceta, który brzmiał bardziej dziewczęco niż jego sceniczna następczyni, dziewczyną będąca.

Występ The Pretty Reckless rozpoczął się, podobnie jak oba koncerty w 2014 roku, od charakterystycznego intra do Follow Me Down, wypełnionego odgłosami nocnej natury, wyjącej w tle syreny i jęków zaspokajanej kobiety. To nieco usypiające tło dźwiękowe przerwało zdecydowane nabicie rytmu na hihacie i przecinający powietrze mocny riff otwierający utwór. Atmosfera pod sceną fantastyczna od pierwszych chwil - cała płyta poderwała się do skakania i skandowania wraz z Taylor charakterystycznych refrenów.

Następnie bez żadnej przerwy niespieszne, długie nabicia na hihacie i towarzyszące temu zagrywki gitarowe wraz z wyraźnie rozkręcającą się Taylor rozpoczęły jeden z moich ulubionych utworów w dyskografii TPR - rewelacyjny zawsze na żywo Since You're Gone. Cieszyły nie tylko nowe smaczki muzyczne, zarówno perkusyjne, jak i gitarowe, ale przede wszystkim Taylor jakiej jeszcze nie widziałem - wreszcie swobodnie czująca się na scenie, ruszająca się po niej jak przystało na frontmankę zespołu rockowego, śmiało nawiązująca kontakt z publicznością i zwyczajnie delektująca się tą fantastyczną chwilą i mocą energii płynącą od entuzjastycznie reagującej publiczności. Zaraz po utworze usłyszeliśmy powitanie wzięte jakby prosto z koncertowego nagrania opublikowanego na EPce Hit Me Like a Man - "London, how the fuck are you doing tonight?".

Atmosfera rozkręcona na pełny gwizdek, po krótkiej przemowie elokwentnej i uśmiechniętej od ucha do ucha Taylor zespół zaprezentował pierwszy tego wieczoru kawałek z nadchodzącego, nowego albumu - Oh My God. Wiodący riff stylistycznie nie odbiega od Sweet Things, jako jeden z najszybszych i wręcz thrashowych momentów gitarowych w dorobku zespołu. Ostre jak żyletka zwrotki przeplatane są zwolnieniami tempa z brudnymi gitarami i ochrypłym, szorstkim wokalem, które mogłyby znaleźć się na albumie Nirvany. Kawałek nie powala w wersji studyjnej, ale na koncercie sprawdził się świetnie.

Nadeszła pora na porcję hitów z pierwszej płyty - refreny Make Me Wanna Die były oczywiście chóralnie odśpiewane przez wszystkich zgromadzonych w Scali, a Taylor po raz kolejny odważnie podchodziła do krawędzi sceny i zachwycała swobodą sceniczną, której jeszcze u niej nie widziałem. Na okoliczność kolejnego My Medicine Momsen przerzuciła sobie przez szyję pasek z zawieszoną na nim gitarą i po raz kolejny publiczność nie zawiodła śpiewając "Somebody mixed my medicine".

Następnie zespół przeszedł do płyty Going to Hell z ostrym i dynamicznym Sweet Things. Koncertowy killer i jeden z najmocniejszych utworów w dorobku zespołu. Świetnie wypadły wokalne harmonie a'la Alice in Chains, nie wspominając o krótkiej, ale dynamicznej solówce w środku i opętańczym krzyku Taylor. Kolejne Fucked Up World słusznie przeniesione zostało z utworu zamykającego set w jego środek. Fajnie się wtóruje Momsen w śpiewaniu wpadających w ucho refrenów, ale ogólnie nie jest to ich najlepszy kawałek. Cieszy także, że pozbyto się półgodzinnego, męczącego sola na perkusji sztucznie wydłużającego koncert. Nie pozbyto się za to Taylor przygrywającej sobie na tamburynie, tym razem ze znacznie większą swobodą i figlarnością. Fantastycznie wypadło otwarte zakończenie, ubarwione satysfakcjonującą solówką na gitarze i krótkim (!) solem na perkusji.

To jednak była dopiero (już?) połowa setu, a prawdziwy - przynajmniej jak dla mnie - rarytas miał dopiero nadejść. To Just Tonight, absolutny majstersztyk z Light Me Up, którego tak bardzo brakowało mi na obu koncertach 2 lata temu. Wypadło absolutnie genialne, zarówno brzmieniowo jak i wokalnie ze strony Taylor. Do tego mimo że był to najspokojniejszy, w zasadzie jedyny balladowy utwór na całym gigu, nie przeszkodziło to Taylor w kilkukrotnym podejściu do krawędzi sceny i przybijaniu piątek z publicznością. Był to dla mnie punkt kulminacyjny tego koncertu, definiujący wrażliwość melodyjną The Pretty Reckless.

Dalej zespół wrócił do zawrotnego, hardrockowo-metalowego tempa i zaprezentował kolejną perełkę, a zarazem dawno nie grany kawałek z pierwszej płyty - Goin' Down. To tutaj, lata temu, Taylor zwykła zapraszać na scenę dziewczęta i zachęcać je do pozbywania się wierzchniej odzieży. Okazuje się jednak, że muzyka broni się sama i nie potrzeba ani Momsen w bieliźnie, ani fanek bez staników. Kolejny mocny punkt koncertu i kolejna piosenka, której jeszcze nie słyszałem na żywo.

Zbliżając się do końca koncertu, usłyszeliśmy Heaven Knows, które wprawdzie mnie nie zachwyca, to jednak ciężko przecenić funkcję koncertową tego kawałka. Cała Scala skandowała wpadające w ucho refreny. Ja jednak bardziej czekałem na Going to Hell, ale zanim to nastąpiło, zespół zagrał jeszcze jeden utwór z nowej płyty, czyli nieźle radzący sobie na listach przebojów Take Me Down. To jak najbardziej poprawny rockowy przebój w stylu Guns n' Roses czy AC/DC, w średnim tempie i z wpadającymi do ucha po pierwszym przesłuchaniu, łatwymi do śpiewania na koncertach refrenami. Nie mam nic do tego kawałka, ale czekam na to, czym jeszcze The Pretty Reckless mnie muzycznie zaskoczy.

Set zamknęło - całkiem słusznie - Going to Hell, ze zwyczajowo wydłużoną partią ostatnich refrenów, gdzie Taylor bardzo skutecznie wchodzi w zaawansowaną interakcję z publicznością, zachęcając ją do coraz głośniejszego darcia mordy i skandowania "I'm going to hell!". 2 lata temu był to w zasadzie jedyny moment koncertu, podczas którego Taylor zmuszała się do wyjścia zza statywu z mikrofonem, odsłonięcia twarzy spod blond pukli i nawiązania kontaktu z publiką. Tym razem było to po prostu doskonałe zwieńczenie bardzo wyrównanego pod tym względem występu.

Oj, zaskoczyło mnie tym razem The Pretty Reckless. Zaskoczyła mnie Taylor Momsen. Po lekturze jednego z niedawnych wywiadów, w którym przyznała, że zmaga się z depresją i lękami, spodziewałem się że być może na scenie będzie jeszcze bardziej spięta i zamknięta, niż kiedyś. Tymczasem Scala doświadczyła tego wieczoru wokalistki radosnej, ekstrawertycznej, chętnie nawiązującej kontakt nie tylko wzrokowy, ale i fizyczny z fanami, obecnej w 100% tu i teraz, cieszącej się spektakularną atmosferą i ciepłym przyjęciem ze strony podobno wymagającej londyńskiej publiczności. Ciekaw jestem, czy to właśnie małe rozmiary Scali tak ją ośmieliły, czy też może Taylor rzeczywiście nareszcie się "wyrobiła" i stała się znakomitą frontmenką, na którą ta formacja zasługuje. Przekonamy się o tym najpewniej, gdy zespół zawita z właściwą trasą koncertową do Europy i zagra ponownie w Londynie w znacznie większej sali.

Do tego czasu będę wspominał ten koncert z ciepłym uśmiechem, ciesząc się, że nie straciłem zainteresowania bardzo dobrą kapelą, która wreszcie dała koncert, na którym doskonale bawiłem się przez każdą minutę jego trwania pod samą sceną.

 

blog comments powered by Disqus