AMY MACDONALD
21.11.2016
Islington Assembly Hall
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
12.01.2017

Po KT Tunstall przyszła pora na kolejną artystkę ze Szkocji, której słucham już od paru lat, ale jeszcze nie miałem okazji zobaczyć jej na żywo. Na kilka miesięcy przed premierą swojego nowego albumu, Under Stars, Amy postanowiła zagrać dwa małe koncerty na wyspach, w tym jeden w Londynie. Była to moja pierwsza wizyta w Islington Assembly Hall i z miejsca venue to stało się jednym z moich ulubionych w Londynie!

Pomyślałem, że nie wypada nie skorzystać z okazji, by zobaczyć artystkę tego formatu w tak małym venue. Hala pozwoliła mi dochować mojej ulubionej tradycji i czekając pod sceną wprowadzić się w dobry nastrój racząc się przepysznym Tuborgiem z baru mieszczącego się niedaleko niej. Publiczność zgromadzona w hali była w różnym wieku, ale przeważały osoby dojrzałe, nie było więc żadnego głupiego ścisku ani przepychania się pod scenę. Zająłem więc sobie dogodne miejsce w trzecim rzędzie dokładnie na wprost głównego mikrofonu Amy.

Z miejsca urzekła mnie dekoracja - minimalistyczna, ale niezwykle skuteczna w budowaniu kameralnego klimatu: tył sceny przykryty był materiałem, a z góry zwisały żarówki. Przypomniało mi to oprawę koncertów Paramore z ich najlepszej trasy promującej Brand New Eyes w 2009 roku.

Gdy Amy wraz z zespołem pojawiła się na scenie, wiedziałem, że to będzie wyjątkowy wieczór. To jedna z tych osób, dysponujących niezwykłą aurą, których sama obecność w pomieszczeniu poprawia samopoczucie. Efekt ten tylko się umocnił, gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki otwierającej set piosenki The Rise and Fall z nadchodzącego albumu. Wszystko brzmiało znakomicie: Amy towarzyszą dobrze zgrani muzycy, brzmienie było ciepłe i przestrzenne, a wokal nie odbiega od tego z wersji albumowych. Pełen profesjonalizm!

Widać, że Amy ma dużo wiary w swój nadchodzący czwarty album, gdyż odważyła się otworzyć set nową, nieznaną jeszcze zbyt dobrze ludziom piosenką. Szybko jednak poczęstowała nas także klasykami ze swoich starszych płyt: Poison Prince z debiutanckiego albumu This Is the Life oraz Spark z A Curious Thing.

Kolejną nową piosenką było wydane kilka tygodni później oficjalnie jako singiel Dream On, które świetnie wypadło na żywo - muzycy towarzyszący Amy są skuteczni w chórkach, będącymi nieodzowną częścią tej piosenki. Mi jednak o wiele bardziej przypadł do gustu kolejny klasyk z pierwszej płyty - Mr. Rock & Roll, który z miejsca stał się moją ulubioną piosenką w repertuarze Amy. W tym momencie już wiedziałem, że zapamiętam ten koncert jako jeden z najlepszych, na jakich byłem, a Amy pewnym krokiem dołącza do grona moich ulubionych artystów, na których koncerty chodzę przy każdej możliwej okazji.

Przyszła pora na Slow It Down z trzeciego albumu Life in a Beautiful Light, od którego zaczęła się moja przygoda z Amy. Przed piosenką Amy przeszkoliła publiczność z zakresu śpiewania wokaliz, będących nieodłączną częścią utworu. Zrobiła to w dowcipny sposób i nie był to jedyny moment, kiedy Amy zamieniała się w solidnego żartownisia na scenie.

Opowiadała między innymi o tym, że minęły już 4 lata od premiery jej ostatniego albumu i przez ten czas grała na coraz większych scenach, miło jest więc znów dla odmiany być na tak małej scenie - wystarczy się odwrócić do perkusisty i on tam jest, nie trzeba do niego iść 5 minut.

W tym czasie na ramieniu Amy pojawił się także ogromny tatuaż. Gdy po dłuższej przerwie pojawiła się w wytwórni po raz pierwszy, myśleli że jest z Metalliki.

To właśnie ze sceny Amy zapowiedziała swoją trasę w 2017 i ogłosiła, że zagra także w Royal Albert Hall. Z charakterystycznym dla siebie urokiem stwierdziła, że ma nadzieję, że dzisiejszy koncert spodoba się publiczności i że wszyscy przyjdą także na ten kolejny, ale jeśli nie... to też w porządku.

Generalnie Macdonald jest świetna w nawiązywaniu kontaktu z publicznością. Gdy między piosenkami ktoś do niej coś krzyknie, ta na ogół odpowie. Podczas wykonywania piosenek nie unika kontaktu wzrokowego z pojedynczymi osobami i potrafi przytrzymać wzrok na kimś dłużej, co zamienia się w swoistą batalię o to, kto pierwszy wymięknie i odwróci wzrok. Z racji tego, że stałem blisko i dokładnie na wprost niej, nie ominęła mnie ta atrakcja i przypomniało mi to podobne wymiany z Katy Perry w 2010 roku.

Innym razem Amy wypatrzyła na balkonie dziewczynę, która non stop energetycznie tańczyła do jej piosenek, co artystka skomentowała krótko, że tańczyć do takiej muzyki do niezły wyczyn i że jest pod wrażeniem.

Wracając do muzyki - po Slow It Down usłyszeliśmy kolejny utwór z trzeciego albumu, 4th of July, ale w nowej aranżacji. Amy wspomniała, że inspiracją do nieco spokojniejszej, "smutnej" wersji utworu stały się niedawne wybory prezydenckie w USA. Absolutnie oczarowała mnie ta nowa wersja 4th of July. Bardzo często wersje "akustyczne" rozczarowują, bo muzykom brakuje na nie pomysłu - ot, gra sobie jedna lub dwie gitary akustyczne i na tle takiego akompaniamentu wokalista odśpiewuje sobie utwór w ten sam sposób. Amy i jej zespół pokazali, jak się robi tego typu "przeróbki" - brzmienie gitary akustycznej i bardzo subtelne tło muzyczne wraz z bezbłędnym, delikatnym wokalem Amy na pierwszym planie zesłały ciary na mój kręgosłup.

Wracamy do A Curious Thing - This Pretty Face, Don't Tell Me That It's Over i Love Love. Po nich przyszła pora na światową premierę kolejnej nowej piosenki, Automatic. Spośród wszystkich wykonanych tego wieczoru nowych piosenek, ta wypadła nieco monotonnie.

Następnie kolejna porcja starych hitów: Pride, Run i This Is the Life. Przy tej ostatniej piosence "impreza" rozkręciła się na dobre. Nic dziwnego, to jeden z najlepszych utworów i fantastyczna koncertowa piosenka. Główny set zamknęło Life in a Beautiful Light, po którym przyszła pora na euforyczne wywoływanie na bis i oczywiście, Amy wraz z zespołem pojawili się ponownie na scenie.

Co ciekawe, zarezerwowany na ogół dla największych hiciorów segment bisowy składał się w większej części z nowych piosenek: wykonanego solo przez Amy jedynie przy akompaniamencie gitary akustycznej Prepare to Fall (ten definitywny test na prawdziwego artystę Amy zdała na szóstkę z plusem) oraz Down by the Water, przy którym Amy wspomogła wokalnie Juliet Roberts. Czarnoskóra wokalistka została także na scenie na zamykający cały wieczór Let's Start a Band, który całkiem słusznie wybrany został na ostatnią piosenkę.

Cóż to był za fenomenalny wieczór. Każda sekunda tego koncertu dopracowana była do perfekcji i wypełniała mieszanką zachwytu i wzruszenia. Aranżacje utworów są przemyślane i doskonale dopasowane do koncertowych warunków. Niczego nie można zarzucić akustykom, technikom, brzmieniu i oprawie.

Jak to dobrze, że są jeszcze prawdziwi artyści, którzy potrafią wypełnić całą przestrzeń muzyczną organicznymi dźwiękami prawdziwych instrumentów i wspaniałego głosu, któremu nie trzeba pomagać technologią. Barwa i specyficzna maniera śpiewania Amy nie każdemu musi przypaść do gustu, ale nie da się zaprzeczyć, że to prawdziwa artystka, która na żywo jest równie dobra co w studiu, a w dodatku jest jak najbardziej charakterystyczna, rozpoznawalna i niepowtarzalna. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć ją ponownie na żywo w tak wyjątkowym miejscu, jak Royal Albert Hall - Amy zasługuje, by otrzymać tę scenę na wyłączność.

 

blog comments powered by Disqus