FARRO
29.11.2016
The Borderline
London
____________________

GALERIA

____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
26.04.2017

Sporo czasu zajęło Joshowi wydanie swojego pierwszego solowego krążka. Pierwsze informacje o nowym projekcie Josha zaczęły pojawiać się jeszcze na początku 2011 roku, bardzo krótko po jego odejściu z Paramore. Zespół, którego perkusistą był wówczas jego brat Zac, który w imię braterskiej solidarności także opuścił szeregi macierzystej kapeli, nazywał się Novel American i wkrótce miał wydać pierwszy materiał w formie EPki. Tak się jednak nie stało.

5 lat później, wreszcie ukazał się pierwszy solowy długogrający krążek, wydany pod prostą nazwą - Farro. Jesienią Josh wybrał się po raz pierwszy ze swoim projektem do Europy, by promować koncertami płytę Walkways. Postawił na Wielką Brytanię, gdzie Paramore ma chyba najszersze grono fanów poza Stanami Zjednoczonymi. Biorąc to pod uwagę, na jego koncert przyszło zadziwiająco mało ludzi. Wydaje się, że do małego klubu Borderline zjawiła się zaledwie garstka najbardziej zagorzałych fanów Paramore, którzy jeszcze o Joshu nie zapomnieli.

Nie mam jednak nic przeciwko małym koncertom; przeciwnie - świetnie jest móc zobaczyć w tak intymnym settingu muzyków, których występy wcześniej podziwiało się na dużych scenach. Koncert przygotowano pieczołowicie i można powiedzieć, wyciśnięto "ostatnie soki" z małych rozmiarów venue i sceny. Gig miał bardzo ładną, przemyślaną oprawę z różnymi animacjami wyświetlanymi z projektora w tle i częściowo na muzykach. Brzmieniowo było bardzo dobrze i profesjonalnie, ale czego innego możnaby spodziewać się po Joshu?

Kuleje niestety odrobinę muzyka. Na repertuar złożyły się w większości piosenki z debiutanckiego krążka Walkways, uzupełnione nowymi utworami i coverami. Album nie zrobił na mnie większego wrażenia, a do tego wywołał dosyć mieszane uczucia i wersje koncertowe nic w tym względzie nie zmieniły. Muzyka jest dosyć nijaka, melodie nie wpadają w ucho i ciężko tak naprawdę powiedzieć, czy wywołują radość, czy smutek. Raczej przedziwną mieszankę dwóch powyższych i obojętności. W przypadku muzyka z takim dorobkiem, jak Josh, to niestety zdecydowanie za mało.

Dziwi trochę styl, w którym Faroo zdecydował się pójść jako kompozytor. W końcu Paramore z okresu jego panowania jako głównego kompozytora ocierało się momentami o punk, a nawet metal. Jego wspierające Hayley wokale w kilku utworach były bardzo agresywne. Tymczasem na Walkways słyszymy Josha śpiewającego bardziej po dziewczęcu niż Hayley. Czy to jest właśnie muzyka, o której napisaniu i wykonywaniu marzył zawsze ciemiężony w Paramore Josh?

Koncertowe wykonania, chociaż bardzo poprawne, nie zmieniają w żaden sposób odbioru muzyki. Są to niemal doskonałe repliki swoich studyjnych wersji i chociaż taki rezultat jest jak najbardziej imponujący i niedostępny dla wielu muzyków, tak brakuje tutaj czegoś, czym wielu z takich muzyków maskuje niedociągnięcia techniczne i warsztatowe - energii, wyniesienia tej muzyki na inny poziom. Ot, wychodzi na scenę Josh w towarzystwie kolegów, bardzo uzdolniona grupa muzyków, grają płytę i schodzą ze sceny. A my po koncercie nadal nie pamiętamy niczego poza nieco irytującymi melodyjkami z Cliffs i Color Rush.

Na szczęście był jeden moment tego koncertu, który sprawił, że zapamiętałem z niego coś więcej. Był to króki segment akustyczny, wykonany przy akompaniamencie jedynie gitary akustycznej i ze wsparciem wokalnym dwóch braci grających z Joshem w zespole. Wspólnie wykonali oni zaaranżowane na trzy głosy utwory, harmonizując w bardzo imponujący sposób. To naprawdę nie jest łatwe i cała zgromadzona w Borderline publiczność była pod wielkim wrażeniem, gdyż właśnie te wykonania wywołały największe oklaski.

Jednym z akustycznych utworów było Home z krążka Walkways. Jego wykonanie Josh poprzedził nieco smutną wypowiedzią, że ostatnimi czasy coraz rzadziej komunikuje się ze swoim bratem i że to sprawia, że jest mu smutno. W świetle całej przeszłości a także koncertu, na który przyszła garstka dawnych fanów, wyśpiewywane przez niego melancholijnym głosem słowa "Starting again, starting it over/I was told to let go, let go of you" brzmiały niezwykle autentycznie.

Miło było zobaczyć po latach starego znajomego - członka Paramore, który w 2010 roku podczas M&G w Londynie poznał mnie jako fana z Polski. Darzę go szczególnym sentymentem, więc zobaczenie go wreszcie na żywo po 6 latach od ostatniego wspólnego gigu z Paramore było ważnym przeżyciem. Wsłuchując się uważnie w jego muzykę, nadal można odnaleźć w niej elementy jego dawnego stylu - progresje akordów, charakterystyczne zagrywki gitarowe, a nawet ścieżki perkusji nie pozostawiające wątpliwości że stoją za nimi bracia Farro. A jednak, muzyce tej brakuje charakteru, esencji, czegoś, co odróżniałoby ją od całej masy podobnej muzyki. Mam wrażenie, że większość tych utworów najlepiej odnalazłaby się przygrywając nieinwazyjnie w supermarkecie podczas niedzielnych rodzinnych zakupów, a to nie jest najlepsza rekomendacja dla rockowej muzyki.

Czekam na następny krok Josha i mam nadzieję, że będzie w nim więcej odwagi, pazura, jaj. Jeśli tym krokiem ma być pójście w ślady brata i powrót do Paramore, niech tak będzie.

 

blog comments powered by Disqus