GŁÓWNA

NEWS

GALERIA

MUZYCY

KOT

____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

Kot
17.05.2017

Rok 2016 był niezwykle zróżnicowany pod względem artystów, których miałem przyjemność zobaczyć i usłyszeć na żywo. Od "dinozaurów" rocka, przez ulubione współczesne zespoły, spotkania ze starymi znajomymi, po nowe fantastyczne odkrycia i pierwsze koncerty artystów, których od dawna słucham, ale jeszcze nie miałem okazji zobaczyć na żywo. Pod względem geograficznym odwiedziłem klasyczne miejsca, poza Polską i Anglią pojawiły się więc także Niemcy i Czechy.

Listę koncertów otwiera wizyta w Berlinie, gdzie po raz pierwszy na żywo zobaczyłem Halsey promującą debiutancki album Badlands. Ta młoda artystka bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie nie tylko świetnie wyprodukowanym koncertem, ale przede wszystkim pełnym profesjonalizmem na scenie - nie zawiodła zarówno wokalnie, jak i osobowościowo. Specyficzny styl mrocznego, niespiesznego electropopu i wielka śmiałość w nawiązaniu kontaktu z publicznością sprawiły, że wychodziłem z Huxley's Neue Welt złakniony kolejnych wrażeń spod znaku Halsey.
HIGHLIGHT: Control i niepokojące partie śpiewane przez publiczność.

Raptem tydzień później wybrałem się ponownie do Niemiec, na trzecie spotkanie z Sivertem Høyemem. Mój ulubiony norweski artysta ponownie zawitał do klubu Beatpol w Dreźnie, w którym 5 lat temu zagrał pamiętny koncert promujący Long Slow Distance. Mimo że część nowych utworów w środku setu nieco zmuliła, w pełni wynagrodził to dobór klasyków spod znaku Madrugady: What's on Your Mind?, Honey Bee i Electric. Ten ostatni był największą niespodzianką w setliście - jeszcze parę lat temu Sivert zarzekał się, że nigdy nie sięgnie po te najstarsze utwory Madrugady. Nigdy nie mów nigdy!
HIGHLIGHT: otwierające segment bisowy, poruszające Electric.

Jeszcze w marcu zawitałem także do Czech na festiwal jazzowy w Trutnovie, gdzie wystąpił stary dobry poczciwy Al Di Meola, którego nie widziałem na żywo od dwóch lat. Al tym razem wystąpił w akustycznym duecie gitarowym z Peo Alfonsim, było więc bardzo klasycznie i z pewnością sporej części publiczności kojarzył się ten występ ze słynnymi nagraniami gitarowego tria, zwłaszcza że na bis wykonano oczywiście Mediterranean Sundance. Były też kompozycje z najnowszego albumu Ala, Elysium, był cover Beatlesów i kilka sztandarowych utworów z koncertowego repertuaru.
HIGHLIGHT: Café 1930, pięknie zaaranżowane na dwie gitary.

Pierwszy od blisko 5 lat pełnoprawny koncert Hey niestety nie zapisze się w mojej pamięci jako jeden z tych najlepszych. We wrocławskim Starym Klasztorze zespół pokusił się o ekscytujący w teorii eksperyment - zagrał cały nowy album Błysk przed jego premierą. W praktyce, cały pomysł położyła realizacja, a konkretniej - fatalne nagłośnienie. Trudno mi więc było sobie wyrobić jakąkolwiek opinię na temat nowych piosenek. Niestety, po premierze albumu okazało się, że nowe kompozycje nieco rozczarowują. Nie takiego "powrotu do korzeni" oczekiwałem. Na domiar złego, w drugiej połowie koncertu, zupełnie pominięto repertuar z lat 90-tych, zamiast tego znów serwując przejedzony MURP.
HIGHLIGHT: Muka, do której, jak się okazało, nadal pamiętam cały tekst.

Tydzień później w Starym Klasztorze odbył się kolejny polski koncert, który w pełni zatarł nienajlepsze wspomnienia po występie Hey'a. Był to pierwszy koncert Varius Manx po powrocie Kasi Stankiewicz, który przeniósł nas prosto w lata 90-te. Zespół świętował swoje 25-lecie i zrobił to z klasą, pokazując, że nawet muzykę "przeterminowaną" można zagrać we współczesnych, przeżartych elektroniką czasach tak, że wywoła szczere wzruszenie. Dla mnie to było dodatkowo przeżycie czegoś, do czego nie dorosłem wtedy, kiedy przeżywało szczyt popularności. Nie zabrakło żadnego z wielkich hitów, także z ery Anity Lipnickiej - i wszystkie zabrzmiały genialnie.
HIGHLIGHT: Oszukam Czas - ulubiony utwór wreszcie na żywo.

Pierwszy headlinowy koncert PVRIS, na który wybrałem się w kwietniu do Berlina, możnaby w zasadzie także wpisać na listę koncertowych porażek tego roku, gdyby nie fantastyczny support, dzięki któremu odkryłem jeden z najlepszych nowych londyńskich zespołów: Bones. To, co wyczyniały Rosie, Carmen i Filippo z początku mnie zaintrygowało, by szybko przeobrazić się w zachwyt. Tak pokręconej mieszanki nowoczesnej elektroniki, bluesowej tradycji i rockowej energii jeszcze nie widziałem. PVRIS z kolei zagrali bardzo krótko i nieco rozczarowująco: okazało się, że przez ten rok, jaki minął odkąd widziałem ich ostatni raz na żywo, Lynn nadal nie nauczyła się śpiewać na żywo.
HIGHLIGHT: supportujące Bones z przegenialnym Happy.

Na początku maja zagrało we Wrocławiu Within Temptation, w ramach imprezy Thanks Jimi. Widziałem ich już raz na żywo rok wcześniej przed Metalliką i było bardzo pozytywnie, ale bardziej interesowało mnie wystepujące przed nimi Guano Apes - kapela o której istnieniu zawsze wiedziałem i w sumie jakoś tam ceniłem, ale nie miałem jakoś sposobności się bliżej zapoznać. Koncert zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie - staroszkolny rock, brudne gitary i ogromna energia. Within Temptation także dało świetny koncert z robiącą wrażenie oprawą, zwłaszcza interesującą grą świateł.
HIGHLIGHT: świetnie przyjęte przez publiczność Open Your Eyes Guano Apes.

Dzięki ogromnie szczęśliwemu zrządzeniu losu, udało mi się wyrwać bilet na koncert Davida Gilmoura we Wrocławiu. Początkowo nie planowałem na niego iść, gdyż widziałem go już rok temu w Royal Albert Hall i wiedziałem, że tego doświadczenia nic nie będzie w stanie przebić. Jednak koncert na Placu Wolności okazał się tak innym doświadczeniem, że zdecydowanie warto było się wybrać. Kilka utworów w setliście zmieniono - w tym największa niespodzianka wieczoru, One of These Days. No i nie można zapomnieć o gościnnym udziale Leszka Możdżera, Zbigniewa Preisnera i wrocławskiej orkiestry. Poza tym - kolejnej okazji do zobaczenia Gilmoura na żywo może już nie być.
HIGHLIGHT: Sorrow - a ściślej, intro i outro. Najlepsze brzmienie gitary na planecie.

Na pewno zaś nie będzie następnej okazji do zobaczenia Black Sabbath na żywo - rzutem na taśmę wybrałem się bowiem do Krakowa, gdzie zespół zawitał w ramach pożegnalnej trasy koncertowej The End. Już koncert w londyńskim Hyde Parku, na którym byłem dwa lata wcześniej, miał być tym ostatnim, ale dziadkowi Ozzy'emu i jego kompanom wciąż nie było dość tego groteskowego cyrku. Wdzięczny jestem zatem losowi, iż miałem okazję pożegnać się z magnificencją Black Sabbath raz jeszcze. Tym razem zespół skupił się w 100% na klasykach z lat 70-tych, co trudno mieć im za złe - w końcu to miała być taka nostalgiczna, pożegnalna podróż w czasie.
HIGHLIGHT: War Pigs - jeden z najlepszych koncertowych utworów ever.

Kwietniowy koncert Varius Manx zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że postanowiłem zobaczyć ich na żywo jeszcze raz - tym razem w settingu plenerowym, pod zamkiem w Ząbkowicach Śląskich. Drobne zmiany w repertuarze - zagrano chociażby nowy utwór Ameryka - ale przede wszystkim znacznie lepiej zgrany zespoł z nową/starą wokalistką i ogólnie zgrabniej to wszystko wyszło. Oczywiście mnie jak zwykle najbardziej podobały się dwa klasyczne utwory z czasów Anity Lipnickiej, które ze względu na większą moc w nagłośnieniu wypadły jeszcze lepiej, niż we Wrocławiu.
HIGHLIGHT: ponownie - Oszukam Czas, jedna z najlepszych polskich ballad.

Lato przyniosło także zupełnie nowe doświadczenie innego sortu - wybrałem się do Lwówka Śląskiego na koncert Poparzonych Kawą Trzy. Zespoł ten był na moim radarze już od jakiegoś czasu, a to za sprawą Wojtka Jagielskiego, który gra w nim na perkusji. Spotkanie z nim było na mojej bucket liście już od niemal 20 lat i oto wreszcie po tym gigu udało się je zrealizować. Spotkanie było bardzo sympatyczne, chociaż Wojtunia był chyba nieco przytłoczony ogromem randomowych informacji, jakimi go obrzuciłem :) Koncert wypadł świetnie - Poparzeni Kawą Trzy to profesjonalny zespół, a nie jakaś tam weekendowa chałturka na boku. Występy są pełne uroku, humoru i dobrej muzyki, a charyzma panów dziennikarzy wylewa się ze sceny na wszystkie strony.
HIGHLIGHT: Chyba się zakochałem - najlepsza piosenka w repertuarze Poparzonych.

Lipiec przyniósł także kolejną wizytę w Dreźnie, gdzie zawitałem w zacnym towarzystwie na koncercie weteranów rocka - Deep Purple. Co tu dużo pisać, ich koncerty to zawsze najwyższa klasa, a panowie w obecnym składzie udanie tworzą, koncertują już od ładnych paru lat. Koncert odbył się w amfiteatrze pod gołym niebem i cechował się sympatyczną, letnią, piknikową atmosferą. Oczywiście muzycznie panowie nie rozczarowali i wspaniale było usłyszeć takie nieśmiertelne klasyki, jak Strange Kind of Woman, Perfect Strangers czy Hush. Był to mój ostatni koncert na kontynencie, przed powrotem na zielone wyspy.
HIGHLIGHT: Black Night - klasyka rocka w najlepszym wydaniu.

Po powrocie do Londynu jesienny sezon koncertowy otworzyłem w najlepszy możliwy sposób - lokalnym gigiem lokalnego zespołu w małym pubo-klubie. Bones, moje nowe odkrycie w Water Rats mieszczącym niespełna 100 osób. Fantastyczny koncert, na którym Carmen i Rosie mogły w pełni pokazać, na co je stać. Z każdym kolejnym koncertem staję się ich coraz większym fanem. Charakterystyczny, nieco skrzekliwy wokal Rosie, smakowite wstawki gitarowe Carmen i tłusty beat ich koncertowego perkusisty Filippo - wszystko tworzy eklektyczną, ale niesamowicie spójną i strawną całość. A do tego cudowne pamiątki, w tym piękny markowy t-shirt i fiolka, z której Carmen popijała whiskey na scenie.
HIGHLIGHT: Helter Skelter, podczas którego pod sceną rozpętało się opętańcze pogo.

Październik przyniósł mój trzeci i jak na razie najlepszy koncert The Pretty Reckless, a jednocześnie jeden z najlepszych gigów klubowych, na których kiedykolwiek byłem. Zespół przybył do Londynu przed premierą nowego albumu Who You Selling for, ale repertuar zdominowany był przez klasyki takie jak My Medicine, Goin' Down, a przede wszystkim rewelacyjne Just Tonight, które tego wieczoru nareszcie usłyszałem na żywo! Do tego Taylor w wybornie doskonałym nastroju, wreszcie zachowująca się jak na frontmana rockowego zespołu przystało - sprawnie nawiązująca kontakt z publicznością i skutecznie prowokująca ją do aktywnego uczestnictwa w każdej sekundzie tej wybornej muzycznej uczty.
HIGHLIGHT: Just Tonight nareszcie na żywo!

Listopad przyniósł mój pierwszy koncert KT Tunstall. Nareszcie! KT nie rozczarowała, serwując godziwej długości koncert, na którym zagrała 20 utworów z całej swojej kariery, a sporą ich część stanowiły kompozycje ze świeżo wydanego albumu KIN. Największą niespodzianką wieczoru była możliwość zakupienia gigu, w którym się przed chwilą uczestniczyło na CD zaraz po jego zakończeniu! Nie omieszkałem skorzystać z tej fantastycznej okazji nabycia świetnej pamiątki. Sam koncert utwierdził mnie w przekonaniu, że KT to profesjonalistka, która na żywo wypada równie dobrze, co w studiu.
HIGHLIGHT: Everything Has Its Shape z najnowszego albumu.

Stara znajoma Jess tym razem przybyła do Londynu ze swoim własnym projektem Tancred, supportując zespół Into It. Over It. Gig odbył się w maleńkim kościółku St. Pancras Old Church. Przed występem udało mi się z nią spotkać, powspominać dawne czasy i zaopatrzyć się w najnowszy album w wersji fizycznej. Jess zaprezentowała materiał głównie właśnie z niego w wersji akustycznej, gdzie sama akompaniowała sobie na gitarze. Ten test na prawdziwego artystę niepozorna Jess zdała na piątkę z plusem i chociaż wieczór pozostawił pewien niedosyt, miło było spotkać się z nią po tych wszystkich latach.
HIGHLIGHT: Swimming, świetnie brzmiące w wykonaniu akustycznym.

W drugiej połowie listopada wybrałem się po raz pierwszy także na koncert Amy Macdonald. Co tu dużo mówić - ten koncert absolutnie powalił mnie na kolana już od pierwszych sekund i zrobił ze mnie wielkiego fana Amy. Totalnie urzekł mnie pełen profesjonalizm w warstwie muzycznej, wspaniałe aranżacje i wykonania ze strony całego zespołu, wokal Amy na poziomie wręcz studyjnym, a do tego jej czarująca osobowość, akcent i ogólna aura, która po prostu nie może pozostawić nikogo obojętnym. To wielka artystka w pełnym tego słowa znaczeniu, a jej koncerty są jedną z najlepszych rzeczy, jaką spotyka ludzkość na tej planecie.
HIGHLIGHT: Mr Rock & Roll - świetna piosenka w świetnym koncertowym wykonaniu.

Finałowy, osiemnasty koncert 2016 roku był nieco mniej spektakularny. Mimo iż zobaczyłem lubianego przeze mnie, dawnego znajomego Josha Farro, to jednak jego nowy solowy muzyczny projekt Farro nie spowodował u mnie opadu szczęki. Koncert był jak najbardziej poprawny - fajna produkcja jak na mały klub, dobre brzmienie i odpowiednio wykonane piosenki. Ale jednak tej muzyce czegoś brakuje, nie ma takiego jaja, jakie miały utwory Paramore napisane przez niego. Miło było więc zobaczyć Josha znów na scenie, ale w zasadzie uczestnictwo w tym koncercie jedynie pogłębiło smutek wynikający z tego, że muzyk nie jest już częścią Paramore.
HIGHLIGHT: akustyczny segment, w którym Josh z kolegami śpiewali na trzy głosy.

I tak oto minął koncertowy 2016 rok. Mimo kilku mniej emocjonujących gigów, był to jeden z bardziej udanych roków pod względem muzycznym. Odrobinę rozczarowali: Hey, PVRIS i Farro. Cała reszta na dużym, wielkim lub olbrzymim plusie. Świetnie było zobaczyć po raz kolejny legendy rocka wciąż żywe na scenie: Davida Gilmoura, Black Sabbath i Deep Purple (oraz Varius Manx po polskiej stronie i Guano Apes po niemieckiej). Dobrze wypadli lubieni i cenieni od lat artyści: Sivert, Al i The Pretty Reckless. Rok jednak należał do debiutantów i "nowych odkryć": Halsey, Bones oraz pierwszych moich koncertów: KT Tunstall i Amy Macdonald. Ogólnie było kolorowo, różnorodnie i prawie niezmiennie na bardzo wysokim poziomie. Koncerty The Pretty Reckless i Amy Macdonald zapiszą się w historii jako jedne z absolutnie najlepszych na jakich byłem.

Poczytaj także podsumowania z poprzednich lat:

> Podsumowanie roku 2015

> Podsumowanie roku 2014

> Podsumowanie roku 2013

> Podsumowanie roku 2012

> Podsumowanie roku 2011

> Podsumowanie roku 2010

> Podsumowanie roku 2009

> Podsumowanie roku 2008

> Podsumowanie roku 2007

> Podsumowanie roku 2006

 

 

blog comments powered by Disqus