GREEN DAY
22.01.2017
Tipsport Arena
Praga
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
07.02.2017

Piąty mój koncert Green Day'a był jednocześnie pierwszym po tak długiej przerwie. Ostatni raz widziałem zespół latem 2013 roku, kiedy to rozgrzewając się przed festiwalowymi występami w Reading i Leeds, zagrali mały koncert klubowy w Brixton Academy. Setlista składała się głównie z utworów z promowanej wówczas trylogii oraz wykonanego w całości albumu Dookie. Od tego czasu jednak wiele się zmieniło i patrząc na obecne dokonania koncertowe zespołu trudno nie odnieść wrażenia, że chcą oni wymazać z pamięci całą erę między 21st Century Breakdown a czasami obecnymi. Trudno się im dziwić - krótko po ukazaniu się pierwszego albumu z trylogii i raptem kilku koncertach promujących (w tym berlińskiego, na którym z wielkim wysiłkiem przeżyłem pod sceną do samego końca), Billie poszedł na odwyk.

Później dopiero okazało się, że był to zaledwie początek fali nieszczęść - rok później zespół wrócił, aby zagrać jeszcze kilka koncertów (w tym wspomniane Brixton), zanim zmuszony był zrobić sobie kolejną, tym razem niemal 3-letnią, przerwę. Po uporaniu się z poważnymi zdrowotnymi problemami członków zespołów i ich rodzin Green Day wrócił z nowym albumem Revolution Radio i wyruszył w długo oczekiwaną światową trasę koncertową. Spragniony koncertowych wrażeń z najwyższej półki i nieco rozczarowany koniecznością czekania na Metallikę do jesieni, postanowiłem wybrać się na dwa koncerty: 22 stycznia w Pradze i 8 lutego w Londynie.

Chociaż Revolution Radio to pierwszy w dyskografii zespołu album, o którym mogę powiedzieć, że mnie rozczarował, nie zmniejszyło to ani trochę mojego zapału do wybrania się na gigi. W końcu Green Day to jeden z najlepszych zespołów koncertowych na tej planecie, zawsze grający różnorodną mieszankę starszych i nowszych utworów ze wszystkich albumów i wiedziałem, że nie inaczej będzie i tym razem.

Na koncert w praskiej Tipsport Arena tym razem nie udało nam się kupić biletów do Golden Circle. Uznałem, że miło będzie dla odmiany zobaczyć ten zespół "z daleka", bo jak dotąd na wszystkich wcześniejszych byłem pod samą sceną. "Z daleka" nie oznaczało jednak z drugiego końca hali, tylko barierkę w drugim sektorze. Aby to się udało zrealizować, przyszliśmy pod venue ok. 3 godziny przed otwarciem bram. A zima była sroga... Dość powiedzieć, że ostatnią godzinę oczekiwania telepałem się jak stary paralityk, ale warto było. Czas oczekiwania umilał soundcheck, który dzięki otwartym drzwiom było dosyć dobrze słychać. Zespół zagrał m.in. nie grany dotąd na żywo Troubled Times z nowego albumu. Po wejściu udało się zająć strategiczne miejsca w drugim rzędzie sektoru, blisko lewego boku, gdzie była przerwa i skąd można było przechodzić do Golden Circle, na wypadek "gdyby wpuszczali" (chociaż wówczas jeszcze w to nie wierzyłem - w końcu sektor rzekomo był wyprzedany).

Mimo wszystko miejscówki były sympatyczne, zapewniały optymalny widok na scenę i satysfakcjonujące doznania dźwiękowe. Hala nie robiła jakiegoś kolosalnego wrażenia, nie było to O2. Parkiet wyglądał jak na sali gimnastycznej w jakiejś starej podstawówce od dawna wymagającej remontu. Sektor przed nami powoli zapełniał się fanami, jednak podejrzanie wolno. Po godzinie stania punktualnie rozpoczął się support. The Interrupters zapowiadali się sympatycznie, ale szybko potwornie nas wynudzili. Okazało się, że grają w kółko tę samą piosenkę utrzymaną w stylistyce wesołego ska, co zrobiło się nudne już w trakcie drugiego jej odtworzenia. Zdaje mi się, że support ten został wybrany celowo, aby zamknąć jadaczki tym, którzy twierdzą, że Green Day gra proste i podobnedo siebie utwory. Przy The Interrupters ich repertuar wypada niesamowicie bogato i różnorodnie.

W końcu nadszedł ten moment. Trzeba przyznać, że Green Day, podobnie jak Metallica, niezwykle skutecznie buduje napięcie przed koncertem, używając stałych elementów od wielu lat, które są sygnałem dla fanów, że "to już". Zaczyna się więc od Bohemian Rhapsody puszczonego z taśmy, które cała widownia chóralnie śpiewa z takim samym entuzjazmem, jakby samo Queen było na scenie. Zamiast nich jednak pojawia się słynny różowy królik, który przy akompaniamencie Blitzkrieg Bop Ramonesów doprowadza publiczność do... różowej gorączki. A potem, podobnie jak u Metalliki, słychać motyw muzyczny autorstwa Ennio Morricone z filmu The Good, the Bad and the Ugly (tyle że zamiast Ecstasy of Gold, jest to utwór tytułowy). Przy ostatnich dźwiękach intra na scenie pojawiają się Billie Joe, Mike, Tré, oraz muzycy od "zawsze" towarzyszący, na czele z Jasonem White.

Zaczęło się od Know Your Enemy, jedynej tego wieczoru zagranej piosenki z 21st Century Breakdown. Nie jest to mój ulubiony utwór, ale w roli otwieracza sprawdza się całkiem nieźle, gdyż doskonale pobudza całą publiczność do skakania i śpiewania. A jak wiadomo, na koncercie GD nie ma chwili wytchnienia. Tradycyjnie Billie wezwał fana na scenę, do zaśpiewania krótkiej partii w środku piosenki i skoczenia w tłum. Czeski fan ze śpiewaniem poradził sobie świetnie - o dziwo znał tekst. Gorzej było ze skokiem w tłum, z naszej perspektywy wyglądało to tak, jakby fani go nie złapali i poleciał na ziemię.

Kolejna była porcja nowych utworów w postaci Bang Bang i Revolution Radio. O ile ten pierwszy to jeden z ciekawszych utworów i z racji swojej energetycznej natury świetnie sprawdza się w koncertowym settingu, tak miałki tytułowy utwór wypada na żywo równie nieprzekonująco co na płycie. Na szczęście chwilę później przechodzimy do najlepszej koncertowej Green Day'owej tradycji w postaci Holiday - to jeden z tych utworów, do którego tekst pamięta się nawet będąc wybudzonym w środku nocy i nie słuchawszy go od lat.

Jakby tego było mało, zauważyliśmy, że ochrona zaczęła wpuszczać ludzi z naszego sektora do Golden Circle! Mimo że znajdowaliśmy się zaledwie parę metrów od "lejka", nie było łatwo się tam przecisnąć, gdyż prąd szedł "od tyłu". Poza tym ludzie byli wpuszczani małymi partiami i istniało ryzyko, że zamkną nam "lejek" tuż przed nosem i stracimy nasze całkiem niezłe miejscówki. Pierwsza próba przeciśnięcia zakończyła się niepowodzeniem - prąd ludzi płynący z innego kierunku był zbyt silny. W końcu jednak stwierdziłem, że nie ma się co pałować i naparłem z całej siły, dzięki czemu już po paru sekundach w skrajnej euforii wbiegliśmy do Golden Circle. To był moment który napełnił nas uczuciem pięknego zwycięstwa - nie tylko udało nam się podbiec dosyć blisko sceny, do tego mieliśmy mnóstwo przestrzeni osobistej dookoła, gdyż chwilę później przestano wpuszczać kolejnych ludzi i sektor nadal nie został w pełni wypełniony!

W efekcie po raz pierwszy miałem możliwość w pełni swobodnej zabawy na GD i wyboru dowolnej aktywności fizycznej. Było to piękne uczucie, gdyż dobre miejscówki pod samą sceną na wszystkich ich poprzednich koncertach okupione były ciasnością i koniecznością walki o życie (wyjątkiem był pierwszy koncert w Berlinie w 2009 roku, kiedy to mieliśmy samą barierkę w pierwszym rzędzie i pozostawała jedynie konieczność jej obrony). Wspaniale było mieć tyle miejsca i swobody na koncercie, na którym stanie nieruchomo jest ogromnym grzechem!

Holiday to oczywiście idealna okazja do pełnego wykorzystania swobody, tak więc skrzętnie z niej skorzystałem. W trakcie piosenki stopniowo przesuwaliśmy się jeszcze coraz bliżej krótkiego wybiegu. Segment piosenek z American Idiot trwał w najlepsze, a kolejne były obecne regularnie na koncertach od paru lat Letterbomb, a następnie stały punkt setlisty Boulevard of Broken Dreams. Podczas tego ostatniego halę rozświetliły światełka, a na ogół powściągliwa czeska publiczność nie rozczarowała dobrą znajomością tekstu.

Dekoracja w tle sceny zmieniła się z radia z okładki Revolution Radio i zamieniła w prosty napis Green Day i wtedy impreza zaczełą się rozkręcać na dobre. Mike zaczął grać charakterystyczną melodyjkę na basie i wiadomo, że wraz z Longview przechodzimy do części setu, w której dominować będą stare i lubiane piosenki. Podczas Longview na scenę został jak zwykle zaproszony fan, który bez problemu zaśpiewał trzecią zwrotkę.

Kolejne było Youngblood z nowej płyty, które wypadło zaskakująco dobrze na żywo i pasowało do "imprezowej" części setu. Prawdopodobnie najweselszy utwór z nowej płyty, dobrze komponuje się z otaczającymi go klasykami z pierwszych płyt. Nadal tylko nie mogę pojąć co robi w tej piosence segment żywcem przekopiowany z Favorite Son, ale skoro tej ostatniej piosenki zespół w ogóle nie gra na żywo, dobrze było chociaż usłyszeć ten fragment :)

Naprawdę ciekawie zrobiło się po chwili, bowiem zespół zagrał 2000 Light Years Away. Jeden z moich faworytów z ery sprzed Dookie, świetnie wypadał na żywo i zawsze chciałem go usłyszeć. Tak się złożyło, że piosenka gości regularnie w setliście na tym legu i nie inaczej było tym razem. Dobra zabawa trwała dalej na Hitchin' a Ride, kolejnym nieśmiertelnym koncertowym przeboju.

Atmosfera się nieco uspokoiła na dwóch piosenkach, których nadal nie trawię: When I Come Around i Waiting. Ta pierwsza jest w tak niezręcznym tempie, że nawet nie da się do niej skakać. Nie pomaga nawet fajowy basik Mike'a. Nie lubię takiego kwadratowego grania w wykonaniu GD, chociaż i tak, na całe szczęście, zabrakło najbardziej nudziarskich 21 Guns i Wake Me Up When September Ends.

Ta chwila spokoju jednak miała się wkrótce skończyć, bowiem zbliżał się segment z kolejnymi starociami, którymi na tym legu przeważnie były Burnout i Christie Road, okazjonalnie rotujące się z innymi piosenkami. A tutaj niespodzianka - zaraz po Waiting Mike zapodaje charakterystyczny motyw na basie - tak, to J.A.R.! Szalenie rzadko grana piosenka, po raz pierwszy (i jedyny) na tym legu trasy! Fajnie było usłyszeć na żywo jedną z nielicznych partii w których Mike śpiewa główne wokale, chociaż w końcówce J.A.R. robi to razem z Billiem, to jednak zawsze ma się wrażenie, że jest to szczególny moment.

To jednak nie koniec niespodzianek, kolejna była bowiem Going to Pasalacqua! Wprawdzie utwór ten miałem szczęście już usłyszeć na żywo w Berlinie w 2012 roku, to jednak zawsze dobrze usłyszeć kolejnego rzadko granego klasyka. Rarytasów jednak wcale nie koniec, kolejny w setliście był bowiem Scattered, utwór wprawdzie regularny na tej trasie, jednak przed nią nie wykonywany prawie w ogóle! Poza tym zawsze miałem wrażenie, że zespół powinien grać więcej piosenek z Nimroda.

Scattered płynnie przeszło w Minority, którego nie ma prawa zabraknąć na żadnym koncercie GD, na którym jestem! W wersji nieco krótszej niż kiedyś, ale i tak niezwykle satysfakcjonującej. To w końcu prawdziwy hymn, piosenka przywodząca wiele fantastycznych wspomnień i GD w najlepszym wydaniu. Ponownie - szkoda, że to jeden z nielicznych reprezentatów Warninga w koncertowych setlistach, a ten jedyny drugi, grany w miarę często, to okropnie miałki Waiting.

Wkraczamy w segment przebojów, których nie może zabraknąć na żadnym dużym koncercie GD. Od Dookie do American Idiot i z powrotem. Najpierw więc kombo w postaci Are We the Waiting (oczywiście ze śpiewaniem publiczności, machaniem rękoma i światełkami, jak zwykle powalająca atmosfera) + St. Jimmy (całkowity kontrast względem poprzedniej piosenki, jedna z najszybszych w repertuarze zespołu, atmosfera opętańczego szaleństwa).

Zanim przejdziemy do dalszych hitów, czas na kolejny mój osobisty hit - Knowledge (cover Operation Ivy) to obok Minority moja ulubiona koncertowa piosenka GD. Tak się jednak złożyło, że odkąd zacząłem jeździć na koncerty zespołu, przestała być stałym punktem setlisty. Szczęśliwie, udało mi się usłyszeć ją na moim pierwszym koncercie w Berlinie w 2009 roku, ale było to raptem jedno z kilku wykonań w tamtym roku. Od tamtej pory - nic. I wreszcie Knowledge wróciło na tej trasie jako stały punkt setlisty i zabrzmiało świetnie jak zawsze. Nie zabrakło akompaniującego na saksofonie Jasona Freese.

Tym razem zespół nie zbudował całego zespołu z fanów, ale Billie zaprosił różowowłosą dziewczynę na scenę, by zagrała te trzy banalne akordy. Dziewczyna oczywiście była bardziej zajęta wstydliwym, głupim śmianiem się do samej siebie i zasłanianiem sobie oburącz twarzy, przez co Billie musiał jej trzymać akordy, podczas gdy ona tylko "szarpała druty". Trochę to był żenujący widok, I mean, jak już się pchasz na scenę, do rób co do ciebie należy. Mimo wszystko Billie się zlitował i podarował nieogarniętemu dziewuszyskowi gitarę. Widocznie uznał, że przyda jej się więcej ćwiczeń.

Wracamy jednak do standardowej porcji przebojów: chóralnie odśpiewane przez wszystkich Basket Case, oparte na przyjemnym basie She i oczywiście nieśmiertelne King for a Day - z przebierankami, wygłupami i cytatami z przeróżnych piosenek. Co tu dużo mówić, każdy, kto choć raz widział wykonanie na żywo tej piosenki choćby w TV/na yt, wie o czym mowa. To GD w najlepszym wydaniu - absurdalny, niepoważny, wesoły, a przy tym profesjonalny i muzykalny. Jason Freese otrzymał dosyć pokaźny slot na własne solo pomiędzy King a Shout i zapodał sympatyczny cytat z Careless Whisper. W trakcie Shout nie zabrakło położenia się muzyków na posadzce sceny i delikatnego prowokowania przez Billiego Joe publiczności, by chóralnie odśpiewała refreny takich piosenek, jak Always Look on the Bright Side of Life, Satisfaction i Hey Jude. Co tu dużo mówić, takie rzeczy się nie mogą znudzić. Koncertowe mistrzostwo.

Główny set zakończyły dwie piosenki z Revolution Radio. Pierwszą z nich było Still Breathing, które swoim ciężarem i trudną tematyką zupełnie nie przystaje do skrajnie imprezowych Basket Case i King for a Day. Mimo wszystko Billie zrobił co mógł, by zaangażować publiczność w aktywne uczestniczenie w piosence i jak zwykle udało się mu to znakomicie. Mimo wszystko nie żałowałbym, gdyby na moim kolejnym koncercie piosenkę tę zastąpiło coś innego. Nieco lepiej wypadło Forever Now, dosyć różnorodne muzycznie i z fajną oprawą świetlną. Z nowych piosenek jednak wolałbym usłyszeć ciekawsze Somewhere Now, a z niedawnych suit - Dirty Rotten Bastards.

W segmencie bisowym bez niespodzianek - na pierwszy ogień American Idiot i Jesus of Suburbia. Co tu dużo mówić, genialne piosenki z genialnej płyty, które genialnie wypadają na żywo. Chciałbym kiedyś usłyszeć Homecoming, ale nie da się narzekać na to kombo.

Końcówka zaś tradycyjnie należała do Billiego i jego gitary akustycznej. Najpierw wykonał świeże Ordinary World, do którego w trakcie drugiej zwrotki zapomniał tekstu i z tego powodu na dłuższą chwilę musiał przestać grać. Oczywiście wszystko udało się obrócić w żart, zresztą Billiemu można wybaczyć dosłownie wszystko. Ostatnią, trzydziestą piosenką w setliście było zaś tradycyjnie Good Riddance (Time of Your Life) i to już prawdopodobnie nie ulegnie zmianie nigdy. Zresztą ciężko wyobrazić sobie lepszy zamykacz!

I tak oto skończył się mój pierwszy od niemal 4 lat koncert Green Day. Przypomniał mi on, że ten zespół jest moim ulubionym koncertowym wykonawcą, zaraz po Metallice. Atmosfera ciągłej wielkiej imprezy jest tutaj nie do podrobienia i żaden inny zespół nawet nie potrafi się zbliżyć do tego vibe'u. Z kolei BJ to przegenialny frontman, chciałoby się rzec wodzirej, który nie pozwoli gościom siedzieć bezczynnie przy stolikach. Tutaj człowiek przychodzi się bawić!

Zadziwiające, jak wiele tej dawnej, młodzieńczej energii nadal jest w tej grupie przyjaźniących się 40-parolatków po przejściach. Czy nadal będa w stanie dostarczać tak energetyczne i niedorzeczne show, kiedy przekroczą 50 lat? Po Metallice już pomału coraz bardziej widać wiek (oczywiście mam na myśli same koncerty). No cóż, przekonamy się, a w międzyczasie zamierzam korzystać z każdej okazji, by wybrać się na najlepszą możliwą imprezę - kolejna już 8 lutego (czyli jutro!) w londyńskiej O2 Arena.

Jakie prognozy na koncert? Na pewno będzie trochę inaczej, bo zespół regularnie rotuje wybrane kawałki. Niedawno zagrali dwa razy Troubled Times, jest więc szansa. Zamiast J.A.R. i Pasalacqua najpewniej pojawią się Burnout i Christie Road (tego ostatniego jeszcze nie słyszałem na żywo), ale jest też szansa na Armatage Shanks! A poza tym wciąż łudzę się, że jeszcze kiedyś zagrają Walking Contradiction...

 

blog comments powered by Disqus