GREEN DAY
08.02.2017
O2 Arena
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
09.03.2017

Przygody z Green Day'em po latach przerwy ciąg dalszy. Zaledwie dwa i pół tygodnia wcześniej gościłem w praskiej Tipsport Arena, a ponieważ koncerty w ramach trasy nie różnią się znacząco od siebie, po szczegółowy opis show piosenka po piosence odsyłam do obszernej relacji z tamtego wydarzenia. Tutaj skupię się na tym, co było inaczej w londyńskim O2 Arena!

Oczywiście samo venue robi kolosalną różnicę. O2 Arena jest blisko 2-krotnie większe od Tipsport Arena i to się dało poczuć jeszcze przed wejściem do środka. Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu minęły już niemal 3 lata od mojego ostatniego koncertu w O2 Arena (Katy Perry w 2014 roku). Zmieniła się nieco organizacja - inaczej ustawione są barierki pod wejściem na płytę. Ale to zmiany czysto kosmetyczne. Najważniejsze, że dzięki specyficznej konstrukcji (hala zabudowana jest gigantycznym namiotem, w którym powstało całe "miasteczko" rozrywki), nie trzeba czekać na zewnątrz i dzięki temu nawet zimą wielogodzinne czekanie daje się jakoś wytrzymać.

Ponieważ byłem nieco chory, a do tego nie mam już takiego zapału, by czekać na wejście 10 godzin, zjawiłem się na miejscu tradycyjnie ok. 3 godzin przed otwarciem bram. To wystarczyło, by zapewnić sobie dobre miejsce, zaledwie kilka rzędów od scenowego wybiegu. W przeciwieństwie do Pragi, sektor płytowy nie posiadał wydzielonego golden circle, co gwarantowało mocne wrażenia. To nie ten pełen relaks i swoboda, którymi mogliśmy cieszyć się w praskiej Tipsport Arena.

Ale zanim przyszła pora na gwiazdę wieczoru, trzeba było po raz kolejny przemęczyć się przez set The Interrupters. Po Pradze byłem już przygotowany na to, że ich show niczym mnie nie zaskoczy i że będzie nieco monotonny, więc nie robiąc sobie nadziei na nowe odkrycie cieszyłem się po prostu, że nie jest to zespół bardzo męczący. Pod koniec zdarzyła się jednak niespodzianka - ponieważ koncert w Londynie był ostatnim na tym legu europejskiej trasy, na scenę wkroczyli członkowie zespołu przebrani za różne stwory i dziwne postaci, do spółki z legendarnym różowym królikiem. Bez trudu udało mi się namierzyć Tré, a co do Billiego nie pozostawiono wątpliwości, bo tuż przed zejściem ze sceny brutalnie sciągnięto mu maskę ku uciesze fanów.

Wreszcie, emocjonujące odliczanie. Potęgę angielskich fanów zgromadzonych w O2 dało się poczuć już podczas odtworzenia Bohemian Rhapsody - śpiewali oni każde słowo z o wiele większym zapałem, niż ich czescy odpowiednicy. Był to jak zwykle moment wzniosły, budujący niesamowicie przyjemne napięcie przed pojawieniem się na scenie wyczekiwanych członków zespołu. Potem tradycyjnie różowy królik i zaczynamy show od Know Your Enemy i pirotechniki.

Zobaczmy zatem, jak sprawdzili się tym razem fani na scenie, bo to jest rzecz, która nigdy nie dzieje się dwa razy w taki sam sposób. Przypomnę, że w Pradze było pod tym względem nieźle - czescy fani poradzili sobie z tekstami Know Your Enemy i Longview. Gorzej było z gitarą na Knowledge - po szczegóły odsyłam do mojej relacji. W Londynie, podczas Know Your Enemy, na scenę zaproszona została fanka o nieco ciemniejszym kolorze skóry, chyba w ramach głośnego pokazania tolerancji. Już ze śpiewaniem był problem, bo jedyne, co dziewczyna była w stanie z siebie wydać, to "o-ee-o-ee"... Ale skok ze sceny wyszedł tak mizernie, jak tylko to jest możliwe. Wiadomo, że należy to zrobić w odpowiednim momencie, kiedy cały zespół z powrotem zaczyna grać razem ostatni refren.

U tej fanki pojawił się motyw przestraszonego królika na autostradzie - wybałuszyła oczy i z głupim uśmieszkiem próbowała na gesty oznajmić, że nie wie co ma zrobić, podczas gdy Billie już śpiewając ostatnią zwrotkę i grając na gitarze próbował jeszcze desperacko gestem jednej ręki wyjaśnić nierozgarniętej niewiaście, że ma skoczyć w tłum. Ta rozciągnęła ową procedurę na czas niemal całego refrenu, dwukrotnie rozbiegając się do krawędzi wybiegu i zatrzymując się na samym końcu, jakby widziała przed sobą przepaść, a nie tłum BARDZO ciasno upchanych ludzi, którzy chcąc nie chcąc musieli ją złapać, bo i tak nie mieliby dokąd uciec. W końcu, za trzecim razem, biedne dziewuszysko "miękko" położyło się na publice, zabijając całą dramaturgię chwili, ale przynajmniej było trochę śmiesznie.

Na Longview było lepiej. Tutaj jednak rzadko na scenę pchają się fani, którzy nie znają tekstu, bo jest on na tyle skomplikowany, że albo się go zna doskonale, albo wcale. Tutaj wesoły koleś w koszulce z logiem Supermana zrobił co należy, swobodnie czując się na scenie i zatarł nieco fatalne wrażenie po nieudolnej fance na Know Your Enemy.

Ale najbardziej pamiętnym momentem całego koncertu było Knowledge - widać było, że cała sytuacja była ustawiona, ale nie zmieniło to faktu, że wspaniale było tego doświadczyć. Otóż na scenę zaproszona została niepełnosprawna fanka, która najpierw została powoli wprowadzona na scenę, a potem Billie z nieposkromionego dzikusa zamienił się w bardzo cierpliwego opiekuna. Usiadł z nią na schodach do podestu perkusyjnego i trzymał jej akordy, podczas gdy ona "szarpała struny", jednocześnie śpiewając ostatnią zwrotkę i refren. Imponujący pokaz multitaskingu i nieograniczonej cierpliwości. Oczywiście fanka dostała gitarę, a jej opiekunka, nie kryła łez wzruszenia. Takie sceny nie zdarzają się na koncertach zbyt często i wspaniale było zobaczyć na żywo taką metamorfozę Billiego.

Publiczność oczywiście była siedemdziesiąt razy bardziej żywiołowa niż w Pradze, z wszelkimi tego dobrymi i złymi stronami. Dość powiedzieć, że przez cały dwu- i półgodzinny koncert stale przemieszczałem się pod sceną, zaczynając koncert w okolicach czubka wybiegu, a kończąc go bliżej mikrofonu Mike'a. Ale tak to jest, gdy kilkunastotysięczny tłum napiera z tyłu chcąc dostać się pod scenę. Mimo to zadowolony jestem, że przetrwałem tam do samego końca, a momentami było naprawdę gorąco. Dało mi to satysfkację, że nadal nie jestem zbyt stary, by wybierać się na takie koncerty i spędzać je w taki sposób. Minie jeszcze trochę czasu, zanim zdecyduję się na Green Day'u czy Metallice z własnej woli usiąść na trybunach :)

Skoro mowa o osobistych sukcesach związanych z tym koncertem, nie mogę nie wspomnieć o małym/dużym momencie, jakim było wspomniane już przeze mnie Knowledge. Ale tym razem z innych powodów. Jest to jedna z moich ulubionych piosenek i nie wyobrażam sobie pominąć ani jednego z jej prostych, acz niezwykle trafnych i zawsze aktualnych słów. Tym razem Billie rozpoczął drugą zwrotkę, przeciągając wokalizę na słowie "we" dwukrotnie dłużej (!) niż w Pradze. Nie spodziewałem się tego zupełnie, ale dotrzymałem mu kroku i nie zaczerpnąłem powietrza przez całe 4 pętle, które zespół zdążył w tym czasie odegrać. Przypomniało mi to stare wykonania Minority, z trwającymi całe minuty "hey-ooo".

Fani oczywiście śpiewali dzielnie wszystkie kawałki, nawet te mniej znane, ale prawdziwy popis dali na Bang Bang. W środkowej, instrumentalnej części, bez żadnego nawoływania Billiego, zaczęli głośno skandować "no Trump, no KKK, no fascist USA". Wspaniały moment prawdziwego zjednoczenia, kolaboratywnego buntu przeciwko przedziwnym wydarzeniom i zachowaniom wysoko postawionych ludzi po drugiej stronie oceanu. Kolejny pamiętny moment, którego warto było doświadczyć we własnej osobie, będąc w samym środku wulkanu podczas erupcji!

Chociaż złożona z 29 kawałków setlista pozostaje w większości nie zmieniana podczas trasy, trafiły się aż dwie rotacje względem tej w Pradze. A raczej na odwrót, bo to w Pradze trafiły się rarytasy w postaci J.A.R. i Going to Pasalacqua. Zgodnie z moimi przewidywaniami, tym razem zespół zagrał w tym miejscu Christie Road i Burnout (podobnie, jak na większości koncertów na tym legu). Z czego Christie Road usłyszałem po raz pierwszy i był to kolejny pamiętny moment koncertu - Billie poprzedził piosenkę krótkimi wspominkami z czasów młodości i włożył w śpiew naprawdę dużo serca.

Wstyd narzekać na tak wspaniały, długi i pełen energii koncert, ale zastanawiam się często, dlaczego nie ma większych rotacji w setliście, skoro zespół ma tyle naprawdę udanych piosenek. W dodatku słynie z grania czasem improwizowanych gigów klubowych, na których spełnia życzenia publiczności. Mogliby częściej rotować stare kawałki i mieć ich więcej w puli nawet na dużych halowych trasach, tak aby ten niewielki odsetek ludzi, który przychodzi na więcej niż jeden koncert, mógł usłyszeć zawsze coś świeżego.

Mimo to nie żałuję ani trochę, że wybrałem się na dwa koncerty w tak krótkim odstępie. GD na żywo ma właściwości lecznicze, pozwala uwolnić negatywną energię, która nagromadziła się w głowie od ostatniego razu i poczuć się... zwyczajnie dobrze. A to już bardzo dużo w nie zawsze kolorowym, przereklamowanym "dorosłym życiu". Cały czas zastanawiam się, czy wybrać się na lipcowy koncert w Hyde Parku, czy to już by było małe przedawkowanie... Jeszcze się nie namyśliłem!

 

blog comments powered by Disqus