TEGAN AND SARA
13.02.2017
Roundhouse
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
16.03.2017

Długo zbierałem się do zobaczenia Tegan & Sara na żywo. Od odkrycia tego duetu minęło już niemal 7 lat i koncert w londyńskim Roudhouse był dopiero moim pierwszym. W międzyczasie siostry zdołały wywindować swoją karierę na inny poziom, a to za sprawą wydanego w 2013 roku albumu Heartthrob. Drastyczna zmiana brzmienia i zwyczajnie kilka świetnych, popowych, przyjaznych radiu singli zrobiły swoją robotę. Podczas tej wizyty dziewczyny promowały najnowszy album - Love Me to Death, który pod względem brzmienia jest niejako sequelem do wspomnianego Heartthrob. Płyta jednak nie odniosła tak wielkiego sukcesu - zwyczajnie nie dorasta do pięt swojej poprzedniczce.

Roundhouse - słynne venue w Camden, dom dla wielu koncertów topowych artystów, w tym festiwalu iTunes/Apple Music. Sala ma specyficzny klimat - zgodnie z nazwą, rzeczywiście jest okrągła, a do tego stosunkowo nieduża - jej capacity wynosi ok. 2000, dzięki czemu z każdego miejsca gwarantuje optymalne wrażenia wizualne i dźwiękowe.

Osobny akapit należy się supportom. Niestety bynajmniej nie dlatego, że były tak dobre. Nie liczyłem na przełomowe odkrycia na miarę Charli XCX czy Bones, ale po rockowych kapelach z kobiecymi wokalami oczekiwałem przynajmniej sympatycznie spędzonego czasu. Tymczasem to były chyba najgorsze supporty w całej mojej historii uczęszczania na gigi. W obu przypadkach mało urodziwe i nie dbające o swoją wagę liderki stały na czele zespołów wyjętych wprost z garaży podrzędnego miasteczka na prowincji. Brakowało dobrego brzmienia, ciekawych piosenek, charyzmy wokalistek, dobrego głosu, dosłownie wszystkiego. Jakim cudem tak amatorskim zespołom udało się wedrzeć na support takiego zespołu, jak Tegan and Sara, jest poza zasięgiem mojego zrozumienia dla tego świata.

Przejdźmy jednak do Tegan and Sara. Tutaj oczywiście, zgodnie z przewidywaniami, było bardzo profesjonalnie. Widać było od pierwszych chwil, że mamy do czynienia z profesjonalistkami obecnymi na scenie od niemal 20 lat. Show oprawiono bardzo ładnym oświetleniem, doskonale komponującym się z mocno obecnie elektronicznym brzmieniem zespołu. Ten składał się z trzech muzyków towarzyszących: basistki, perkusisty i klawiszowca. Same siostry zaś przez większość czasu koncentrowały się na swoich mikrofonach i obowiązkach wokalnych, okazjonalnie jedynie podchodząc do konsolek syntezatorowych, czy jakkolwiek nazywają się te śmieszne urządzonka.

Repertuar był uczciwie przekrojowy, chociaż oczywiście z silnym akcentem na dwie ostatnie płyty. I tak, z Love Me to Death usłyszeliśmy Hang on to the Night, BWU, U-Turn (najlepsza piosenka na płycie!), Boyfriend, 100x i kończące wieczór Stop Desire. Ciekawe było to, że wszystkie te piosenki zostały wykonane praktycznie po sobie i to w końcówce koncertu. Na ogół segment bisowy i to, co się dzieje tuż przed, wypełniają dawne hity, tymczasem Tegan and Sara zrobiły w zasadzie odwrotnie.

Najwięcej kawałków pojawiło się z Heartthrob, co dziwić nie powinno, bo ta płyta osiągnęła największy sukces. Usłyszeliśmy zatem, znów po sobie: I Couldn't Be Your Friend (rewelacja), How Come You Don't Want Me, Drove Me Wild, Goodbye, Goodbye, I Was a Fool (klasa), Shock to Your System i kończące główny set Closer. Mocno reprezentowany był także obchodzący 10-lecie The Con: set otworzyło Back in Your Head, a potem były także The Con, Call It Off, Hop a Plane i Nineteen.

Z mojego ulubionego Sainthood zagrano tylko dwie piosenki: Alligator i Northshore. Zabrakło najlepszej w mojej opinii piosenki w dyskografii Tegan and Sara, jaką jest The Cure. Ale zgaduję, że nie pasowałaby za bardzo stylistycznie do tego show. Z If It Was You pojawiło się Living Room, a z So Jelaous - Walking with a Ghost. Podkreślić należy, że większość starych kawałków została przearanżowana, by dopasować je brzmieniowo do współczesnych, elektronicznych instrumentalizacji. Linie melodyczne i wokale pozostały niezmienione, więc piosenki dało się szybko rozpoznać, ale mimo tego odczuwało się pewien dysonans, słyszać znane piosenki, które brzmiały trochę jak covery z nałożonymi oryginalnymi wokalami.

Najciekawszym segmentem koncertu był chyba moment, w którym Tegan przerzuciła sobie przez ramię gitarę akustyczną i przy takim minimalistycznym akompaniamencie, dziewczyny zagrały kilka starych piosenek z The Con. To była ta część koncertu, w której Tegan zdecydowanie czuła się, jak ryba w wodzie. Miałem wrażenie, że nie do końca pasuje jej współczesna, elektroniczna estetyka koncertowa. Tutaj zdecydowanie prym wiodła Sara, z radością podrygując do minimalistycznych, cyfrowo wygenerowanych dźwięków. Tegan chowała się za konsoletką, a jak trzeba było zza niej wyjść, z mniejszym przekonaniem fikała koziołki.

A poza tym było wszystko to, czego można oczekiwać po gigu Tegan i Sary - bardzo długich dialogów tak między siostrami jak i zaczepek z publicznością. Te były pełne humoru, ale też refleksji i ciepła okazywanego fanom ze sceny. Tegan jak zwykle zaczepiała Sarę, ale ta nie pozostawała dłużna i sama także opowiedziała kilka anedgotek. Można było się uśmiechnąć, zaśmiać, a także poczuć przynależność do grona ludzi o nieco większej świadomości emocjonalnej, niż pierwszy lepszy bambus napotkany na ulicy.

Cieszę się, że wreszcie wybrałem się na gig Tegan i Sary, ale trochę żałuję, że tak późno. Chętnie posłuchałbym ich na żywo w bardziej organicznej wersji, jak to miało miejsce jeszcze podczas promocji The Sainthood w 2010 roku. Czy po przeciętnym sukcesie drugiej elektronicznej płyty siostry zdecydują, że wracają do dawnych brzmień, czy też spróbują czegoś kompletnie nowego? Tak czy owak, warto śledzić ich dalsze losy, gdyż to szalenie utalentowane, a zarazem charyzmatyczne artystki i jednego można być pewnym - następna ich przygoda będzie bardzo interesująca.

 

blog comments powered by Disqus