BONES
09.03.2017
Crowndale Club
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
10.03.2017

Londyn to miasto, którego nie sposób się nauczyć. Po latach uczęszczania na miejscowe gigi nadal do końca nie wiem, czego się spodziewać, gdy wybieram się do danego venue po raz pierwszy. Camden to centrum aktywności środowiska artystycznego w Londynie, a zarazem dom Bones. To właśnie tutaj, w Crowndale Club zdecydowali się zagrać "pożegnalny" gig przed kolejnym podbojem kraju hamburerów i Coca Coli, gdzie najprawdopodobniej nagrają swój debiutancki krążek długogrający.

Bywałem już tutaj na małych koncertach, nawet bardzo małych. Ba, by nie szukać daleko - we wrześniu Bones zagrali doskonały koncert w małym pubie The Water Rats. Uznałem że nawet, jeśli nie będzie tak samo, to będzie podobnie. Byłem w błędzie.

Wysiadam z metra na stacji Mornington Crescent ok. 21.30, na pół godziny przed planowanym wyjściem Bones na scenę. Bilety, po 5 funtów, tym razem do kupienia tylko na bramce. Rosie ostrzegała na portalach społecznościowych, żeby zjawić się wcześnie, by "uniknąć rozczarowania". Jakoś jednak nie mam ochoty przybywać kilka godzin przed czasem i ryzykować konieczności wysłuchiwania kolosalnie męczących "supportów". Na szczęście, nie jest za późno i unikam rozczarowania.

Ochrona kieruje mnie do okienka po lewej stronie, zaraz za wejściem. Tam wita mnie osoba zachowująca się jak prostytutka z amerykańskich seriali z lat 80-tych. "Jak się masz skarbie, ile potrzebujesz wejściówek?" pyta mnie starając się zachowywać uwodzicielsko, a ja zastanawiam się, czy na pewno wszedłem do właściwego klubu. Daję jej banknot pięciofuntowy i nadstawiam nadgarstek, na którym ląduje gustowna pieczątka. Nie ma biletów, nie ma świstka papieru na pamiątkę. Pozostaje nie myć ręki.

"Na jaki zespół przyszedłeś, skarbie?" - procedura kupowania "biletów" trwa znacznie dłużej niż powinna i przybiera nieoczekiwany obrót. "Na Bones" - odpowiadam. "Zagrają o 10, tak?" - pytam dla pewności, bo już naprawdę mam wątpliwości, czy nie trafiłem do burdelu. "Tak. Baw się dobrze, skarbie" - rzuca na do widzenia "kasjerka" i smyra mnie po brodzie niczym pierwsza lepsza famme fatale w klasycznym kryminale noir z lat 50-tych, a ja wchodzę do środka kompletnie zdezorientowany.

W środku jest niewiele lepiej i choć szybko udaje mi się dostrzec scenę, na której stoi perkusja z logiem Bones na naciągu centrali, nadal nie mogę się odnaleźć. Ten klub odstaje od wszystkiego, co do tej pory widziałem w Londynie i dociera do mnie, że jeszcze wiele przede mną. Jest ciasno, gorąco, głośno, duszno, dziwnie. Rozglądam się dookoła i ciężko mi zdecydować, czy dziwniej wygląda ten żywcem wyjęty z lat 80-tych stojący pod sceną harleyowiec z chustą w czaszki i okrągłymi okularami przeciwsłonecznymi, czy też niska, grubawa tranwestytka dziko usiłująca w pojedynkę rozkręcić pogo na środku parkietu. A może to ja jestem najdziwniejszy?

Pod sceną już czeka garstka osób w koszulkach z logiem Bones, a ponieważ nie zapomniałem założyć także swojej zakupionej po wrześniowym koncercie, z dumą dołączam do tego elitarnego grona.

Jest potwornie głośno, muzyka z "taśmy" głośna prawie jak sam koncert, wszyscy w ciasno upchanym klubie rozmawiają ze znajomymi przekrzykując się nawzajem, a ja nie słyszę nawet własnych myśli. Rozglądam się dookoła i reflektując nad własnymi problemami ze słuchem, których nabawiłem się poprzez lata chodzenia na koncerty i grania koncertów bez zabezpieczania słuchu, przyglądam się im z zazdrością, bo ja prawdopodobnie nie zrozumiałbym słowa wypowiedzianego w ojczystym języku przez osobę, stojącą obok mnie. Na szczęście, jestem sam.

Próbuję utorować sobie drogę do baru, bo wiem od pierwszych sekund, że to będzie interesujący wieczór i niekoniecznie warto spędzać go w pełnej trzeźwości. A może nawet w stanie trzeźwości nie uda się dotrwać do końca. Wreszcie udaje mi się dopchać i po kolejnej dłuższej chwili zwrócić uwagę kelnerki. Zamawiam na gesty Becksa - rozumiecie, to koncert Bones, cóż innego miałbym pić. Kolejne 5 funtów opuszcza mój portfel, ale ani przez chwilę nie żałuję, bo jasnozłocisty napój w plastikowym kubeczku nigdy nie smakował lepiej.

Popijam piwo i nagle ktoś nieco zbyt natarczywie się o mnie ociera. Odwracam się z zaciśniętą pięścią by zwrócić uwagę, ale to tylko dwie dziewczyny nieco zbyt energicznie okazujące sobie wzajemnie uczucia. Z każdym kolejnym łykiem czuję się w tej galerii indywiduuów coraz bardziej jak ryba w wodzie. Wodzę wzrokiem po przypadkowo rozproszonych ludziach i nie dostrzegam żadnego wzoru, żadnego wspólnego mianownika. Każdy jest inny, ale każdy jest zadowolony i to jest w tym obrazku najwspanialsze. Uśmiecham się, bo w tym kolektywie indywiduuów jest moje miejsce, a nie w jednakowym uniformie etatowej pracy, która masowo produkuje klony. I mimo iż nie mogę mieć pewności, czy za chwilę nie zostanę zgwałcony albo zamordowany, zaczynam się dobrze bawić, jeszcze zanim płyną pierwsze dźwięki muzyki na żywo.

Jak to zwykle bywa w takich mało oficjalnych, klubowych sytuacjach, jest mała obsuwa. Zaliczam więc cały występ kapeli grającej bezpośrednio przed Bones. Czterech kolesi grających energetyczny, klasyczny rock wprowadza mnie w odpowiedni nastrój. Nie są w żadnej mierze profesjonalistami, perkusista nawet nie ma śrubek do talerzy na statywach. Ale w ich występie jest szczera, żywiołowa energia, która udziela się pod sceną paru osobom, w tym także mnie. Podoba mi się ich występ, chociaż nie mam pojęcia, kim są. Podoba mi się to, że jest tak surowy i niedopracowany. Ale w tych chłopakach jest chęć udowodnienia czegoś, oni chcą się sprawdzić na tej scenie. Doskonale się przy tym bawią i cieszę się, że zjawiłem się "za wcześnie".

Nie zmieniam mojego położenia, bo jest idealne - tyłkiem opieram się o bar, a łokciem o jeden z odsłuchów na scenie. Jestem po lewej stronie, więc Carmen będę miał na wyciąnięcie ręki. Czy mógłbym mieć lepsze miejsce? Nie, więc twardo go sobie pilnuję, ani myśląc o głupotach typu wycieczki do toalety. Zamiast tego, w przerwie między gigami zamawiam kolejne piwo u sympatycznej kelnerki, bo wiem, że koncert będzie spektakularny i z pełną premedytacją zmiękczam swoje komórki mózgowe. Potrzebuję poluzować zawory w głowie, potrzebuję zapomnienia w muzyce, potrzebuję odrobiny znieczulenia.

W połowie drugiego Becksa (rozumiecie... Becksa... Bones...) na scenie pojawiają się murzynek Filippo, Carmen i Rosie. Mają 50 minut opóźnienia, więc bez żadnego intra przechodzą od razu do Happy - mojego ulubionego kawałka z ich repertuaru, którego w dodatku zabrakło na poprzednim gigu w The Water Rats. Nie mogło być lepszego otwarcia. Carmen wycina wpadające w ucho melodyjki na wiosełku, Rosie w długim płaszczu powtarza motyw ze śpiewaniem stojąc tyłem do publiki, co widzieliśmy już rok temu podczas występu supportującego PVRIS. Carmen dużo swobodniejsza na scenie niż ostatnio, z pełnym przekonaniem częstuje nas wysmakowanymi smaczkami, szkoda tylko, że nadal nie słychać jej chórków ani w ogóle tego, co czasem próbuje powiedzieć do mikrofonu.

Podczas krókiego, energetycznego setu dziewczyny prezentują swoje najlepsze kawałki. Kolejno pojawiają się więc Electric, Creature, Beautiful is Boring i nieco spokojniejsze Life is for the Living. Jest bardzo głośno, a ja stoję bezpośrednio pod lewą kolumną. Gdyby nie stopery, dźwięk by mnie zabił. Kończy mi się drugie piwo. Wiem, że koncert nie potrwa długo, więc wykorzystuję tę spokojniejszą chwilę na to, by wyposażyć się w kolejne piwo. Ciężko zwrócić uwagę kelnerki w trakcie trwania gigu, ale gdy mnie dostrzega, nie muszę już jej mówić, co ma nalać do kubeczka. Chłonę każdą chwilę i każdy łyk złocistego napoju, bo oto doświadczam kolejnego małego klubowego gigu, który zapisze się w historii jako jeden z najlepszych.

Wracamy do energetycznych, tłustych beatów wraz z Fat i tutaj publika rozkręca się na dobre. "Let's... get fat... get fat... get FAT!!" - energia niespotykana na gigu żadnego innego artysty. Absolutnie unikatowa atmosfera, która sięga zenitu na trzech kolejnego utworach. Girls Can't Play Guitar jak zwykle daje spore pole do popisu Carmen, która masakruje krótkimi, ale trafionymi w sedno wstawkami na wiosełku. Pretty Waste to moment, w którym Rosie odstawia gitarę i idzie na całość, a interakcje między nią a Carmen nabierają nowego wymiaru.

Po tym utworze zespół schodzi ze sceny, ale kilkadziesiąt fanów zgromadzonych w Crowndale Club nie pozwala tak łatwo im zniknąć. Dziewczyny z Filipkiem wracają więc na scenę przy akompaniamencie dzikich okrzyków i ciepłych oklasków, by jak zwykle wykonać na koniec powalającą rendycję klasyka Beatlesów - Helter Skelter. Koncert osiąga punkt kulminacyjny i niestety, po raz kolejny kończy się, zanim zdążył się na dobre rozkręcić. Ledwo udało mi się skończyć moje trzecie piwo i jeśli dziewczyny grałyby przez kolejne dwie godziny, prawdopodobnie zostawiłbym w barze dużo więcej funtów i kompletnie zużyłbym pod sceną resztki energii, jakie we mnie zostały. Ale może rzeczywiście wstawać od stołu z poczuciem niedosytu, niż przejedzenia?

To był jeden z tych najdoskonalszych małych, klubowych koncertów, które gwarantują najbardziej intensywne doznania. Bones z każdym gigiem są coraz lepsi i nie mogę się doczekać właściwego startu ich kariery. Z pewnością nie ominę żadnego gigu. Tymczasem te 40 minut spędzone jednocześnie na barze i pod sceną w Crowndale Club zapiszą się w historii moich koncertowych wypraw jako jedne z najwspanialszych. Carmen i Rosie stworzyły coś absolutnie unikatowego, każda sekunda ich występów kipi energią, są dzikie i profesjonalne zarazem, udanie łączą nowoczesne brzmienia z klasycznym, brudnym rockiem. Trzymam mocno kciuki za wyprawę do USA, niecierpliwie czekam na płytę i na kolejne koncerty!

Wychodzę z Crowndale niezwłocznie po zakończeniu gigu, aby dłużej nie kusić losu i nie ryzykować, że z niego w ogóle nie wyjdę. O wizycie w toalecie tym bardziej nie ma mowy, przez co droga powrotna do domu (z trzema przesiadkami w metrze) dłuży się jak nigdy. Odczuwam przedziwna mieszankę radości i smutku. W końcu to było "pożegnanie" i nie wiadomo, ile czasu minie do mojego kolejnego spotkania z Carmen i Rosie.

blog comments powered by Disqus