AMY MACDONALD
03.04.2017
Royal Albert Hall
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
20.04.2017

Nie mogłem się doczekać tego koncertu. Mimo że widziałem Amy raptem dwa tygodnie wcześniej w Poznaniu, a także kilka miesięcy temu w Islington Assembly Hall, nie miałem dosyć. Pozostało uczucie niedosytu, wynikające głównie z tego, że Amy na żywo jest tak fantastyczna, że trudno się nią nasycić. No i nie bez znaczenia pozostaje fakt, że polska publiczność, delikatnie mówiąc, nie dopisała. Ludzie zachowywali się tak, jakby całe swoje życie spędzili zamknięci w piwnicy i to był ich pierwszy koncert po wydostatniu się na wolność. I chociaż londyńska publiczność słynie podobno z bycia szorstką i wymagającą, wiedziałem, że będzie dokładnie na odwrót.

Wyczekiwałem tego gigu także z innego powodu - uwielbiam wizyty w Royal Albert Hall. To najsłynniejsza hala koncertowa w Londynie nie bez powodu. Jest w niej coś wyjątkowego, magicznego. Wiadomo, że ciężko tam o słaby koncert. Nie gra tam "byle kto". Ale to także miejsce, do którego mimo miejsc przydzielonych na bilecie, lubię przyjść wcześniej tylko po to, by w nim spędzić nieco więcej czasu, napawać się tą atmosferą. Może, gdybym bywał tam codziennie, znudziłbym się. Ale to była dopiero moja trzecia wizyta.

W dodatku tym razem mieliśmy naprawdę dobre miejsca. Podczas mojego pierwszego tam gigu, Celebrating Jon Lord, siedziałem na Stalls ze skrajnego boku, widząc scenę pod bardzo dziwnym kątem. Rok później, na jednym z koncertów Davida Gilmoura, okupowałem najwyższe Rausing Circle i chociaż były to miejsca na wprost sceny, były jednak dosyć odległe od centrum akcji. Tym razem, celowo wstałem wcześnie rano by wziąć udział w przedsprzedaży biletów i zabukować miejsca na Arenie, czyli parterze, w dodatku możliwie blisko sceny. Udało się - ósmy rząd zapewnił absolutnie nieporównywalnie lepsze doznania!

Wiedzieliśmy zatem, że czeka nas koncert Amy w wydaniu "ultimate". Venue zapewniające wspaniałe doznania wizualne i akustyczne, entuzjastyczna londyńska publiczność i Amy po raz pierwszy na swoim pełnoprawnym gigu w tym legendarnym miejscu. Nie mogło nie być magicznie!

Podobnie jak w Poznaniu, zaszczyt rozgrzania publiczności przypadł uzdolnionemu Newtonowi Faulknerowi. Zaprezentował on ten sam repertuar, co w Polsce, opierając swój występ na tych samych żartach i niezwykle luźnym, bezpretensjonalnym usposobieniu. Można było mu nawet wybaczyć granie niedokończonych piosenek z niewydanego jeszcze albumu. Publiczność entuzjastycznie przyjęła jego wyczyny i spodobała się nawet odważna, pełna wersja Bohemian Rhapsody, którą zakończył swój set. Zasłużył nawet na owacje na stojąco, co rzadko udaje się osiągnąć "supportom".

Amy pojawiła się na scenie punktualnie o 20.40 według rozpiski, która wisiała przy wejściach na poszczególne sektory w hali (drobne opóźnienie względem pierwotnego planu). Repertuar składał się dokładnie z tych samych utworów, wykonanych w tej samej kolejności, co na pozostałych gigach w ramach tego legu, w tym na koncercie w Poznaniu. Nie znaczy to jednak, że był to dokładnie taki sam koncert pod względem muzycznym. Zadbano o obecność dodatkowych muzyków na scenie. Jeszcze przed gigiem zastanawiałem się, czy z racji tego, że to Royal Albert Hall, Amy pokusi się o obecność sekcji smyczkowej na scenie. Nie oczekiwałem całej orkiestry - ten epizod Amy ma już za sobą. I nie zawiodłem się, bo na scenie zawitał wiolonczelista, towarzyszący muzykom na scenie w wybranych utworach i już to wystarczyło, by znajomicie wzbogacić brzmieniowo ten występ.

Zadbano także o stosowne rozbudowanie scenografii, jednak bez przerostu formy nad treścią. Ogólny zamysł pozostał ten sam - wysmakowana, stonowana dekoracja, oparta na wywieszeniu gustownego materiału z tyłu sceny, kilku dużych reflektorów i małych żarówek zwisających "z sufitu". Tutaj ich liczba została zwielokrotniona, ale nie przekroczono granicy dobrego smaku. Ponadto, na zwisających z sufitu owalnych płytach wyświetlano ruszające się wzorki, które znakomicie współgrały z atmosferą i tonem ostatniego albumu - Under Stars. Były też małe światełka, które obracały się dookoła całej hali, tworząc efekt "tańczącego" planetarium. Ten prosty zabieg w przepiękny sposób podkreślił wyjątkową atmosferę tego wieczoru.

Oczywiście najjaśniej świeciła tego wieczoru Amy i jej muzyka, wykonana ze wsparciem wspaniałego zespołu. Charakterystyczne na jej koncertach jest to, że obserwując scenę ma się świadomość autentycznej muzykalności i chemii - to nie jest tylko gwiazda Amy i jej 'backing band', to dobry, zgrany zespół instrumentalistów i przyjaciół, którzy lubią ze sobą grać. Tego się nie da oszukać, a Amy jest częścią tego zespołu, wprawdzie centralną, ale reszta jest tu wcale nie mniej istotna.

Niezwykle udane koncertowe aranżacje lśniły pełną mocą w Royal Albert Hall. Doskonały odbiór muzyki podkreśliły świetne warunki akustyczne hali. Naturalnego reverbu jest tu akurat tyle, by zapewnić wokalowi odpowiednią głębię i pozwolić mu wysunąć się na przód, a zarazem nie pogrzebać poszczególnych instrumentów w ścianie dźwięku i echa. Każdy akord, każdy dźwięk, każdy akcent były idealnie słyszalne i odczuwalne. Bas miał piękną głębię, która za każdym razem, gdy wygrywane były najniższe dźwięki, sprowadzała ciary na kręgosłup.

Wyjatkowo dobrze dało się to odczuć podczas akustycznej wersji 4th of July, którą wychwalałem już dwukrotnie i nie mogę przy tej okazji nie uczynić tego po raz trzeci. Nie tylko lśniła subtelnie wypełniająca przestrzeń wiolonczela; nie tylko mielił w brzuchu mięsisty, głęboki bas; urzekły pięknie współgrające ze sobą akordeon i mandolina, które "robią" ten fantastyczny aranż. A w samym centrum mocny, a zarazem delikatny głos Amy, niesiony przez optymalną ilość pogłosu po całej hali. To właśnie dla takich momentów warto wybierać się na koncerty na żywo - takich wrażeń nie zapewni nawet najlepszy audiofilski setup domowy.

Nie rozczarowała także publiczność. Chociaż pozory mogły mylić - można było pomyśleć, że grupowe karnety wykupiono dla kilku wycieczek z domu starców. Ten wieczór pokazał jednak, że tym ludziom wcale nie spieszy się do grobu - przeciwnie, celebrują oni radość życia skuteczniej niż wielu moich równieśników, a nawet znanej mi "młodzieży". Wspaniale było widzieć tak licznie zebrane osoby starsze od siebie, prawie na każdym kawałku podrywające się z miejsc do tańca, śpiewania i klaskania, bez obaw o to, że to może "głupio" wyglądać. Wyglądało to po prostu doskonale i stanowiło integralną część atmosfery tego wieczoru.

Nie oznacza to, że całe audytorium wypełnione było seniorami - co to, to nie. Podkreślam tylko ich pełną fizyczną aktywność tego wieczoru, na którą wspaniale było patrzeć. To daje nadzieję, że starość wcale nie musi być smutna i nudna. Wśród publiczności wielu było także młodych dorosłych, naszych równieśników, ale także kilkuletnia dziewczynka, która zdawała się nie do końca zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje dookoła niej, ale nie przeszkadzało to stać jej w pierwszym rzędzie przy balkonie i aktywnie klaskać (trochę pod prąd, ale nie szkodzi) podczas bardziej żywiołowych numerów.

No właśnie - żywiołowych, bo takie właśnie są koncerty Amy, bez względu na to, co może wynikać z lektury jej albumów studyjnych. Jeśli przyjąć, że na płytach daje ona 100% energii, to na koncertach daje na oko około 500%. Sytuacja live elewuje jej repertuar na jakiś absolutnie kosmiczny poziom. Tu nie chodzi tylko to, że utwory są grane na żywo i że jest głośno w hali. W te kompozycje wstępuje prawdziwie rockandrollowa energia i nawet to, co na płycie nie musi zachwycać (jak chociażby Dream On z najnowszego albumu), na gigu zyskuje w kolosalny sposób i nagle staje się znakomitym, świetnie bujającym kawałkiem.

Można powiedzieć, że pierwszy "masowy zryw" nastąpił podczas piątego w setliście Mr. Rock & Roll. Wcześniej, pojedyncze osoby podrywały się do radosnego pląsania, ale na ogół były uspokajane przez zmechanizowaną, ubraną w czerwone garnitury obsługę venue. Jednak na "Panu Rock & Roll" nie było możliwości opanowania sytuacji - do tańca NATYCHMIAST poderwała się co najmniej połowa hali, z kolejnymi osobami dynamicznie idącymi w ich ślady. Wtedy już wiedziałem, że zabawa będzie absolutnie fantastyczna i mimo iż na kolejnym kawałku ludzie z powrotem usiedli, nie trzeba było długo czekać, by znów poderwali dupska z miejsc. Wspaniale było tego doświadczać za każdym razem, dynamika energetyczna tego gigu była absolutnie niepowtarzalna.

Prawdziwa impreza rozkręciła się na wyjątkowo rockowym Love Love, ale przede wszystkim na This Is the Life, podczas którego już tylko najbardziej niedołężni siedzieli na miejscach. Potem nastąpiła chwila wytchnienia z przepięknym Never Too Late wykonanego przy akompaniamencie jedynie klawiszy, ale impreza rozkręciła się z powrotem podczas zamykającego set Life in a Beautiful Light.

Wywoływanie na bisy to było kilka(naście?) minut ciągłego, głośnego aplauzu na stojąco - za takie chwile uwielbiam Royal Albert Hall i wdzięczną, londyńską publiczność. To właśnie w takich chwilach najbardziej udowadnia ona, że jest jedną z najbardziej aktywnych, wdzięcznych i głośnych w tej części globu! Na bis znów usiedliśmy, gdyż dwa pierwszy numery należały do tych spokojniejszych. Na początku Prepare to Fall - czyli Amy i jej gitara akustyczna. Poruszający kawałek i Macdonald dająca z siebie wszystko - tak bardzo, że aż zerwała strunę podczas intensywnego ich szarpania w samej końcówce.

Na Down By the Water zaproszono na scenę Juliet Roberts, którą można usłyszeć w studyjnej wersji tego utworu. Zaszczyciła ona swoją obecnością także koncert w Islington Assembly Hall, ale jej obecność na koncertach Amy jest rzadkością. Wspaniale bujało to Down By the Water, jest w tym powolnym kawałku zaraźliwy groove, który nie pozostawia obojętnym. Na sam koniec usłyszeliśmy zaś tradycyjnie Let's Start a Band. Monumentalny utwór o niestandardowej konstrukcji - długa, narastająca zwrotka prowadzi do eksplozji energii w krótkim, skocznym refrenie. Idealne zwieńczenie tego i każdego innego koncertu Amy.

Muzycy zeszli ze sceny, domowe światła się zapaliły, a z głośników zaczęło natychmiast wydobywać się All Night Long Lionela Richie. Atmosfera wesołej imprezy podtrzymała się jeszcze na kilka minut po zakończeniu gigu, a wychodzący z venue ludzie wesoło podśpiewywali sobie melodyjki z tego popowego klasyka. Nawet ja nie mogłem się od tego powściągnąć, chociaż na ogół jestem cichy w takich sytuacjach. Nawet w kolejce do toalety po gigu można było usłyszeć wygwizdywane wariacje na temat głównej melodii.

Wychodziliśmy z Royal Albert Hall, jak zawsze zresztą, zachwyceni, weseli, zaspokojeni. To było Ultimate Amy Macdonald Experience w pełnym tego słowa znaczeniu, a do tego jeden z najlepszych gigów, na jakich kiedykolwiek byłem! Po ogłoszeniu tego gigu trochę się zdziwiłem - miałem obawy, czy takie venue pasuje na taki koncert, czy Amy podoła. Zupełnie niesłusznie. Amy zarządziła tą wiekową halą i udowodniła, że zasługuje na to centralne miejsce na tej legendarnej scenie nie mniej, niż jakikolwiek inny artysta, który grał tam na przestrzeni lat. Mam nadzieję, że to nie ostatni raz, kiedy zobaczyłem na żywo tak doskonałą kombinację artysty i venue - a gdyby odbywał się tam drugi raz z rzędu taki sam koncert dzień później, od razu sprawdziłbym, czy jeszcze są bilety. Ale biletów i tak by nie było, dobrze więc, że nie było też drugiego koncertu - bo musiałbym obejść się smakiem, a tak, odszedłem od stołu syty i zadowolony bez poczucia, że mogłem sobie nałożyć jeszcze jeden talerz.

Chociaż... W czerwcu Amy znów gra w Londynie, tym razem koncert plenerowy...

blog comments powered by Disqus