PVRIS
04.05.2017
Shepherd's Bush Empire
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
28.05.2017

Mój trzeci koncert PVRIS odbył się niemalże dokładnie rok po poprzednim. Miałem wówczas ogólnie rzecz biorąc całkiem pozytywne wrażenia, ale wskazałem na dwa słabsze punkty. Pierwszy z nich to nieco rozczarowująca długość koncertu. Zespół zagrał 12 kawałków, w tym cały debiutancki krążek długogrający, nowy wówczas bonusowy singiel oraz starszą piosenkę z EPki. Niezbyt imponująca długość koncertu była więc uzasadniona prostym faktem nieposiadania odpowiedniej ilości materiału przez młody zespół. Drugą rzeczą był wokal Lynn, drastycznie odstający od tego, co słychać na albumach i generalnie prezentujący się poniżej pewnej średniej, do której przyzwyczaili mnie inni artyści, których widuję na żywo. Rok to kupa czasu, podczas którego to wszystko mogło zmienić się na lepsze. Czy tak się stało?

Zespół zawitał w Europie na dosłownie kilka małych koncertów, by narobić nieco szumu wokół świeżo wypuszczonego singla Heaven zwiastującego nowy album All We Know of Heaven, All We Need of Hell, który zapowiedziano na sierpień bieżącego roku. Liczyłem więc po cichu na większą ilość nowego materiału, dzięki czemu zespół wreszcie mógłby zagrać dłuższy set. Nic z tego - mimo dwóch premierowych piosenek, set nadal składał się tylko z 12 kompozycji. Wyrzucono Only Love i Let Them In, a na to miejsce pojawiły się wspomniane Heaven i Half.

Długość koncertu była więc ponownie rozczarowująca, ale za to jego jakość muzyczna wyraźnie się poprawiła - a to dzięki temu, że nowe piosenki trzymają poziom. Heaven znaliśmy już z wersji studyjnej opublikowanej przed koncertem i ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, kawałek wypadł na żywo całkiem nieźle. Lynn nawet nie oszczędzała się w charakterystycznych dla tego kawałkach, długich zaśpiewach. Jeszcze lepsze wrażenie zrobił na mnie drugi kawałek Half, który miał swoją światową premierę na tym właśnie koncercie. Szybki, energetyczny, prowadzony przez ciekawą perkusję, gnający do przodu na złamanie karku. Oparty na prostej, ale efektywnej progresji akordów i nowym, fenomenalnym brzmieniu gitary, które usłyszeć można także na Heaven, ale to we wprowadzeniu do Half gitara wychodzi na pierwszy plan i nie ginie w miksie.

Dziwi mnie trochę struktura setlisty. Wiadomo, tylko dwa kawałki uległy zmianie, a Lynn z chłopakami chcieli uniknąć wrażenia, że grają dokładnie ten sam koncert po roku od poprzedniej trasy. Wywrócili więc kolejność do góry nogami, co niekoniecznie odbiło się pozytywnie na dynamice koncertu i jego odbiorze. You and I to może nienajgorszy wybór na otwierający kawałek, bo tutaj publiczność zawsze chętnie śpiewa, chociaż ja myślę że na otwieracze zawsze sprawdza się coś bardziej skocznego. Później było Fire, Mirrors i Holy, czyli w mojej opinii te słabsze kawałki na White Noise.

Później mogło być więc już tylko lepiej, prawda? Wcale nie. Zespół wymyślił, że piąty kawałek to idealna pora, aby zabić bardzo powoli rozkręcającą się atmosferę "akustycznym" segmentem. Chociaż słowo "akustyczny" jest tu nieodpowiednie, bo gitarzysta Alex nadal gra na elektryku, tyle że na czystym brzmieniu. Ghosts zostało, ale ponieważ Only Love wyleciało z setlisty, w jego miejscu zdecydowano się wykonać w takiej "stripped-down" wersji także... White Noise. Kompletnie odarło to ten kawałek ze wszelkiej atmosfery, a ja pomyślałem tylko, że zdecydowano się ten ruch, by poniekąd "uzasadnić" podejście Lynn do wokalu w tej piosence... Ale o tym później.

Po segmencie "akustycznawym" impreza wreszcie, jak to się mówi, zaczęła się rozkręcać. Pojawiły się te najlepsze piosenki i publiczność zareagowała na nie adekwatnie. Najpierw więc świetne Smoke, powoli ale skutecznie wprowadzające w specyficzny PVRIS-owy nastrój, potem wspomniane już nowe i znakomite Half, a potem świetnie wypadające na żywo Eyelids. Dobrze bujające, mrocze refreny z bogactwem elektronicznego brzmienia świetnie wypadają na żywo i tutaj nawet sposób, w jaki Lynn śpiewa na koncertach pasuje. Ale co z tego, gdy następny kawałek - St. Patrick - już zamykał główny set...

Złożony z dwóch kawałków bis przyniósł nam pierwsze wykonanie na żywo Heaven i na sam koniec tradycyjnie My House. Kawałki wypadły prawidłowo, na My House oczywiście impreza rozkręciła się na dobre, ale nie sposób pozbyć się wrażenia, że skończyła się zdecydowanie za szybko. Gdy człowiek płaci pełną cenę za bilet "zagranicznego zespołu" w dobrym londyńskim venue, oczekuje jednak czegoś więcej. Co innego, jeśli przez tę godzinę zespół wywijałby takie wywijasy, że by się połamał, a Lynn dawałaby się z siebie wszystko i z troski o swój wokal, nie powinna już więcej śpiewać. Niestety, tak nie jest.

W temacie wokalu Lynn przez ten rok nie zmieniło się praktycznie nic. Progres jakiś wprawdzie jest, ale nie taki, jakiego spodziewać się należy po wschodzącej gwieździe alternatywnego rocka z tak doskonale wyprodukowanymi albumami. Rozbieżność między tym, co na nich słychać, a tym, co słychać na koncertach, jest po prostu zbyt duża. Internet zwykł potwornie tyrać największe gwiazdy pop pokroju Katy Perry czy Taylor Swift, że nie umieją śpiewać na żywo. Tymczasem przy Lynn Gynn obie wyżej wymienione brzmią niemal identycznie jak na albumach. Owszem, zdarzają się małe oszustwa tu i ówdzie - współczesna muzyka pop rządzi się swoimi własnymi prawami - ale jak się idzie na koncert to słychać, że śpiewa do nas ta sama osoba, której słuchaliśmy w domu, tylko że jest bardziej zdyszana przez sceniczne wygibasy.

Lynn wygibasów nie ma, a sety są krótkie, nic więc jej nie tłumaczy. Nic nie tłumaczy jej absolutnego braku techniki, jeśli chodzi o śpiewanie na żywo. Czasem złapie wczutę i postara się pociągnąć tak, jak powinna - choćby dwa pierwsze wersy ostatniego refrenu w White Noise, ale potem natychmiast z tego rezygnuje i pozostałe dwa wersy wyśpiewuje już swoim wątłym, piskliwym głosikiem, z wielkim trudem trafiając w ogóle w dźwięki (albo nie trafiając).

Tam, gdzie trzeba ryknąć, zdarzy jej się dobrze zabrzmieć - nawet przeciągłe wokalizy w Heaven parę razy wypadły jako-tako. Ale np. łagodne zwrotki z wpadającą w ucho, wyrafinowaną melodią, wypadają tragicznie. Piosenka traci wiele na swojej muzykalności i nie pomaga nawet fakt, że instrumentalnie jest perfekcyjnie - grane na żywo gitarę, bas i perkusję wspierają urządzenia elektroniczne i backing tracks. I wszystko brzmi świetnie, dopóki Lynn nie otworzy dzioba - a wtedy przez większość czasu mamy wrażenie, że słuchamy słabego cover bandu. Nie tak powinno być!

Nie przestaje zadziwiać mnie zagadka Lynn Gunn. Nie przestaje zadziwiać mnie to, że pakuje się grube dolary w spektakularną produkcję albumu, ale nie inwestuje się w lekcje śpiewu Lynn, która ewidentnie się męczy i nie wykorzystuje swojego potencjału. Co ciekawsze, nie przestaje zadziwiać mnie też to, jak stronniczy potrafi być "internet". Nikt nie wytyka Lynn jej okropnych potknięć, bo PVRIS to super fajny rockowy zespół alternatywny, więc potknięcia wypada wytykać tylko Katy Perry i Taylor Swift.

Ech, chciałoby się iść na M&G i rzec get your shit together, PVRIS! Dopóki nie zauważę znaczącej poprawy poziomu koncertów, prawdopodobnie zawieszę wspieranie zespołu poprzez kupowanie biletów na ich koncerty. Na następny, już zapowiedziany na listopad, headlinowy koncert w Londynie biletów nie kupiłem.

blog comments powered by Disqus