PARAMORE
19.06.2017
Royal Albert Hall
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
17.07.2017

Niemal 4 lata minęły od mojego ostatniego koncertu Paramore i była to najdłuższa przerwa od gigów tego zespołu. W tym czasie wiele się zmieniło. Przede wszystkim, kolejne roszady w składzie - odszedł basista Jeremy Davis, a po siedmiu latach wrócił perkusista Zac Farro. Przyszłość zespołu, nie po raz pierwszy zresztą, stała pod wielkim znakiem zapytania, ale ostatecznie Hayley i Taylor zdecydowali nie zawieszać wspólnej działalności muzycznej. W efekcie powstał album After Laughter - bardzo odmienny od dotychczasowych dokonań zespołu (nawet bardzo eklektycznego poprzedniego albumu) i wywołujący mieszane uczucia. Wszystkie piosenki tym razem utrzymane są w bardzo podobnej stylistyce, jakże odległej od ściany gitarowej, która wylewała się z pierwszych albumów.

Zmienił się vibe w zespole, atmosfera którą czuć zarówno w wywiadach, na scenie, jak i w tekstach nowych piosenek. Słodko-gorzkie przesłanie o upadkach i podnoszeniu się zastąpiło wyłącznie gorzkie przesłanie o upadkach i zagubieniu. Wreszcie, zmieniło się nawet podejście do organizowania trasy koncertowej i to wzbudziło w sumie największe kontrowersje. Oto bowiem pierwszy, europejski leg trasy zwany po prostu "Tour One" składał się z gigów w małych i średnich halach, z czego większość miała wyłącznie miejsca siedzące, a do tego dorzucono kilka dosyć randomowych występów na festiwalach. Całość okraszono przedsprzedażą o przedziwnych zasadach, a podjęcie tych decyzji tłumaczono chęcią powrotu do dawnych czasów i dania fanom szansy bycia bliżej zespołu. Fanów jednak wykiwano, bo zakupienie dobrych biletów na taki koncert w londyńskim Royal Albert Hall graniczyło z cudem, a w efekcie ja wylądowałem na najwyższym balkonie i był to mój pierwszy nie tylko siedzący koncert Paramore, ale także spędzony dalej niż w jednym z trzech pierwszych rzędów pod sceną.

Uwielbiam Royal Albert Hall, uważam że to najlepsze venue w Londynie, a może i nawet na świecie, ale na dynamiczny koncert rockowy "dla młodzieży" zwyczajnie mi nie pasuje. Do tego podjęto skrajnie absurdalną decyzję o tym, że na płycie także będą miejsca siedzące (chociaż nie są one przytwierdzone tam na stałe), w wyniku czego biletów było jeszcze mniej niż mogło być, chociaż zapotrzebowanie i tak było kilkakrotnie większe (przypomnijmy, że Paramore w ubiegłych latach wyprzedawali podwójne wizyty w Wembley Arenie i O2). Koncert ten zapowiadał się jako doświadczenie co najmniej dziwne i takim też był.

Dobrze chociaż, że nasze miejsca na najwyższym balkonie były całkiem niezłe, jak na ten sektor - pierwszy rząd i w miarę centralnie. Blisko było do holu z toaletą i barem, w którym podawano darmową wodę w plastikowych kubeczkach, co było tego dnia wybawieniem, bo był to jeden z najgorętszych dni tego lata w Londynie. A Royal nie najlepiej poradził sobie z tymi temperaturami, chociaż jak niemal 6 tysięcy osób oddycha tym samym powietrzem, to chyba nie ma na to rady. W tej sytuacji w sumie nawet cieszyłem się, że nie trzeba walczyć o życie w pierwszych rzędach wielkiej areny, bo to już by zupełnie odebrało radość z uczestnictwa w koncercie.

Osobny akapit należy się supportowi w postaci Bleached, który okazał się jednym z przyjemniejszych supportów, jakie miałem okazję oglądać. Ale nic dziwnego - w końcu Paramore cieszą się znakomitą historią doboru supportów. Dzięki nim odkryłem takich artystów jak Now, Now, Tegan and Sara czy Charli XCX. Zresztą, klasyczny gitarowy rock prezentowany przez zadziorne babeczki niewielką ma szansę, by mi nie przypaść do gustu. A sympatyczne odwołania do klasyki spod znaku Black Sabbath i Nirvany tylko te pozytywne wrażenia wzmocniły.

Celowo nie sprawdzałem setlisty z trasy, aby zachować element zaskoczenia. Stwierdziłem, że skoro tym razem nie będę bawił się pod sceną, przyda się dodatkowy bodziec podnoszący emocje. Zaskoczył mnie już sam początek. Paramore mają bowiem historię całkiem udanych build upów, długich instrumentalnych intr i ogólnie atmosferycznego pojawiania się na scenie, w pełnym mroku i z narastającym napięciem. Tymczasem tym razem nie zgasły nawet tzw. house lights - zespół po prostu nagle sobie wyszedł na scenę w pełnym świetle, stanęli przodem do siebie, unieśli kciuki w górę i zaczęli grać Told You So.

Po raz kolejny wygląda mi to na inspirację Metalliką, gdyż podobny zabieg stosował ten zespół podczas trasy Poor Touring Me (udokumentowany na koncertowym DVD Cunning Stunts). Bardzo dziwny zabieg - w mojej opinii sprawne budowanie napięcia przed koncertem jest niezwykle istotną sprawą. A tutaj emocje były tak małe, że nawet nie chciało mi się poderwać tyłka z siedzenia. Nie pomógł też fakt, że zespół wybrał nową piosenkę na otwarcie, w dodatku jedną z mniej udanych na After Laughter. Chociaż zwrotki wypadają całkiem fajnie i dynamicznie, to wszystko psują miałkie i szybko wypadające z pamięci refreny. Nie pomaga nawet Zac, który genialnie podsyca dynamikę wysmakowanymi wstawkami na perkusji - ach, jak brakowało mi jego stylu gry, to jest jednak wspaniały, niezastępowalny perkusista!

Po miałkim początku z Told You So Paramore szybko odrobili jednak "straty" zapodając klasyka w postaci mocno gitarowego intra do That's What You Get i tutaj już prawie wszyscy poderwali się z krzesełek do zabawy i również mój tyłek rozstał się w tym momencie z wygodnym royalowym fotelikiem, bo jednak siedzieć na koncercie Paramore to tak jak spać na stojąco. Zupełnie bez sensu.

Przy kolejnym Brick By Boring Brick zdałem sobie sprawę, że nie znam już tekstów ulubionych niegdyś piosenek tak dobrze, jak jeszcze w 2013 roku, kiedy to nie miałem żadnych problemów z tekstami z RIOT! i Brand New Eyes. No ale, chociaż partię "para-papa..." udało mi się wykonać wraz z Hayley prawidłowo :) Kolejny wielki hicior z czasów albumu Paramore, Still Into You, ostatecznie poderwał do zabawy młodą publiczność, a wiele osób na płycie opuściło krzesełka i wypełniło wąskie przejście pod sceną i między siedzeniami.

Drugim nowym utworem, jaki zaprezentowano tego wieczoru było Caught in the Middle. Jeden z lepszych kawałków na nowej płycie, z mocnymi refrenami przywodzącymi na myśl starsze dokonania Paramore (nie bez powodu zresztą, to była bowiem pierwsza piosenka powstała na potrzeby After Laughter i pierwotnie posiadała inną, bliższą dawnemu brzmieniu zespołu instrumentalizację. Potem zmieniono ją tak, by bardziej przystawała do reszty albumu, ale pozostawiono stare, krzykliwe wokale Hayley).

Kolejny kawałek sprawił mi sporą niespodziankę i ogromną przyjemność - było to bowiem Turn It Off, które ostatni raz słyszałem na pierwszym legu trasy promującej Brand New Eyes w 2009. Co to były za czasy, złote czasy koncertowania, złote lata Paramore. Zanim Hayley zaczęła się dziwnie ubierać i dyszeć do mikrofonu, zamiast ładnie śpiewać. Nadal uwielbiam ten zespół, ale nie jestem wielkim fanem wszystkich tych przemian, które nastąpiły od tamtej pory. Moim zdaniem najlepszy okres w karierze Paramore przypada właśnie na tamtą płytę - chociaż personalnie nie działo się wtedy u nich najlepiej. A jednak koncerty miały wówczas niepowtarzalną atmosferę.

Nostalgiczna podróż w czasie trwała nadal, bo potem dostaliśmy znane z pewnego słynnego filmu o wampirach piosenki Decode i I Caught Myself, czyli w pewnym sensie zespół nadal eksplorował erę Brand New Eyes. Zac na pewno czuł się jak ryba w wodzie, w końcu to właśnie te utwory grał na swojej ostatniej trasie koncertowej.

Następnie zespół wykonał jeden z bardzo nielicznych tego wieczoru utworów z Paramore - Hate to See Your Heart Break. Tutaj spędzanie gigu na balkonie absolutnie zaplusowało. Hala rozświetliła się bowiem dziesiątkami lampek w telefonach, co z góry wyglądało po prostu obłędnie. To był ten najbardziej balladowy slot w setliście, który na ogół należał do The Only Exception. Co ciekawe, zespół zupełnie zrezygnał z wykonania jednego ze swoich największych przebojów. To tak, jakby na koncercie Metalliki zabrakło Nothinga - zdarza się, a jednak niezmiernie rzadko!

Wracamy jednak do nowej płyty i kolejne jest Fake Happy. Pozbawione akustycznego intra (Paramore mogliby znów pójść w ślady Metalliki i puścić "trudne" do zagrania intro z taśmy, hyhyhy), co jednak nie odebrało temu w sumie średniemu utworowi niczego szczególnego. Ogólnie kawałek ten postrzegam za nieszczególnie porywający i wykonanie koncertowe tego wrażenia nie zmieniło. Taki typowy dla wcześniejszych płyt rozwlekły, mało błyskotliwy refren.

Zespół ma już pięć przyzwoitych albumów na koncie, a jednak uznał, że mądrze będzie uwzględnić w setliście cover. W dodatku piosenki, która nijak ma się do przeszłości zespołu - to po prostu "piosenka, której często słuchaliśmy z Taylorem podczas nagrywania After Laughter", czyli Everywhere Fleetwood Mac. Miło, że zespół odwołuje się do zacnej tradycji amerykańskiej klasycznej muzyki popularnej, ale jednak mając tak dużo udanych, autorskich piosenek na koncie, możnaby zagospodarować ten slot w setliście bardziej smakowitym kąskiem, na przykład jednym z wyjątkowo brakujących mi utworów z płyty RIOT!

Po Everywhere przyszedł czas na kolejną nową piosenkę, tym razem genialnie wypadające na żywo Rose-Colored Boy. Wspomnieć tutaj muszę, że brytyjscy fani wykazali się genialną znajomością nowych tekstów i ogólnie przyjmowali nowy repertuar bardzo ciepło. Pokolorowany na Kolor Różany Chłopiec wszedł jednak na wyższy poziom, cała hala odśpiewała bowiem chóralnie zabawną partię "low-key, no pressure, just hang with me and my weather". Sama piosenka także jest jedną z lepszych na After Laughter i dobrze buja w konwencji koncertowej.

Następnie przyszedł czas na kolejny odgrzewany kotlet z czasów Brand New Eyes: Playing God. Piosenkę ostatnio słyszałem w 2011 roku na czeskim festiwalu Rock for People. Miło więc było po raz kolejny przypomnieć sobie czasy Brand New Eyes, choć z drugiej strony zastanawiała aż taka ilość mniej znanych piosenek z tego albumu w setliście.

Zbliżamy się jednak do końcówki głównego setu, czas więc na największe hity: najpierw Ain't It Fun, które mnie ani ziębi, ani grzeje, ale royalowa publiczność oczywiście była wniebowzięta; a potem Misery Business, obowiązkowo z gościnnym występem grubasów zaproszonych na scenę. To jakaś dziwna tradycja u Paramore, chyba żeby się pochwalić wielką wytrzymałością sceny na duże obciążenie wagowe.

Misery oczywiście zawsze na plusie, najpierw milutkie intro mariachi z taśmy, potem mocny jak u Slayera riff główny i głupawy tekst który nadal pamiętam wybudzony w środku dnia po 13-godzinnej nocnej zmianie w pewnym mrocznym i przygnębiającym miejscu zwanym pracą.

Przerwa przed bisami nie trwała długo, ale sam segment bisowy to kolejna zagwozdka która wywołała u mnie mieszankę niedowierzania z... niezrozumieniem. Rozumiem, że często w pierwszym slocie bisowym serwuje się spokojny utwór, bo przed chwilą była wielka eksplozja na "niby-koniec", więc trzeba dać publiczności odpocząć. Ale Forgiveness? Najbardziej mdła i nijaka piosenka nie tylko na After Laughter, ale i całej dyskografii Paramore. Taką muzyczkę to można puścić sobie do snu po lampce wina, ale marnować kolejny slot w setliście?

Na szczęście muzycy odpuścili swoje winy kolejną niespodzianką: Scooby Doo! Czyli Scooby's in the Back z repertuaru HalfNoise, czyli formacji w której liderem jest Zac! Okazało się przy okazji, że teraz Paramore na scenie wspierają także koledzy młodszego brata Farro z jego własnej formacji, a na okoliczność Scooby Doo zamienili się oni instrumentami, a sam szef wskoczył na pozycji frontmana, chwycił za mikrofon i zajął się wokalami z niewielką tylko pomocą Hayley, która w międzyczasie fikała po scenie w charakterystycnym dla siebie stylu. Taylor też fikał, wykazał się wręcz większym entuzjazmem wobec tej piosenki niż swoich własnych, co mnie lekko zaskoczyło. Scena zaś mieniła się wszystkimi kolorami tęczy, co z kolei podsunęło mi na myśl wnioski, o których wolę nie pisać.

Tak czy owak, wypadło naprawdę fajnie, wesoło, lekko - to powinna być kwintesencja grania na żywo. I chociaż przeciwny byłem umieszczaniu coveru typu Everywhere w setliście, tak Scooby'ego bym nie zabierał. Było śmiesznie i pozytywnie - za to wielki plus dla całej ekipy na scenie.

Na sam koniec zaś Hard Times - niewątpliwie najbardziej udany kawałek na After Laughter. Nie mam nic przeciwko takiemu zakończeniu, ale przyznać trzeba, że zespół jest dosyć odważny otwierając i zamykając set nowymi piosenkami. W końcu na koniec ludzie na ogół chcą się wyszaleć i znacznie bardziej pasowałoby tu coś klasycznego, ale jednak Hard Times się broni i ostatecznie było to bardzo pozytywne zakończenie tego dziwnego w całokształcie koncertu.

Najbardziej dziwi mnie dobór repertuaru. Czy to właśnie ze względu na obecność Zaca skupiono się głównie na nowym albumie i erze Brand New Eyes? Nie mam nic przeciwko, bo album Paramore mocno mi się w ostatnich latach przejadł - ale szkoda, że zabrakło tych kawałków z pazurem, jak Ignorance czy Careful - ale rozumiem, że nieco nie przystawałyby do nowych piosenek. Nieco spokojniejsze Turn It Off, Playing God czy I Caught Myself pewnie mniej gryzły się ze skocznymi Rose-Colored Boy czy miałkim Forgiveness. No właśnie - dobór nowych piosenek można było przeprowadzić lepiej. Forgiveness to strata czasu, obszedłbym się bez Fake Happy - za to chętnie usłyszałbym Idle Worship, a nawet No Friend w wersji instrumentalnej. Ale domyślam się, że na to przyjdzie czas w przyszłym roku, podczas kolejnego legu po Europie.

Muzycznie zespół wypadł świetnie, delikatnie zmodyfikowano brzmienie starych kawałków i na przykład bardzo milusio, miękko brzmiały gitary w Decode. Ale były to zmiany czysto kosmetyczne i fani tych kompozycji na pewno nie poczuli się zdradzeni zupełnie nowymi, zbyt prostymi nowoczesnymi aranżacjami, jak to zrobił na przykład w pewnym momencie Hey z większością swoich starych, rockowych utworów. Paramore nie zapomina o swoich korzeniach, mimo że brakowało czegokolwiek z All We Know Is Falling i kilku charakterystycznych kawałków z RIOT! (brak Crushcrushcrush? Naprawdę?)

Miło widzieć Hayley w bardziej prostym, gustownym wdzianku, bo jej kosmiczne skafandry i fryzury na chłopca w kasku w ostatnich latach już się mocno przejadły. A to przecież ładna dziewczyna jest i takie proste, jasne włosy a'la (znowu!) Brand New Eyes pasują jej najbardziej. Taylor też daje radę, w pełni skupiony na swojej pracy, nie ominie ani jednego dźwięczku, nawet jeśli niewiele ma do zagrania w nowych piosenkach. Miło widzieć za perkusją starego druha Zaca - jego charakterystyczny styl był integralną częścią brzmienia zespołu i począwszy od 2011 roku zawsze mi czegoś brakowało - a oryginalny perkusista jest znacznie ważniejszy dla brzmienia całości niż basista (sorry Jeremy, ale jeden slapik w Ain't It Fun to za mało).

Mam nadzieję, że zespół dopiero się rozgrzewa, "bada terytorium", sprawdza, czy ludzie nadal chcą ich słuchać i oglądać na żywo i czy znają ich piosenki. Liczę na to, że wrócą w przyszłym roku z kolejnym legiem, zupełnie nową, mocniejszą setlistą i pewnością siebie, z której zawsze słynęli, bez względu na okoliczności.

Poprzednie koncerty Paramore:

01.09.2009 PARAMORE Ampere, München  
18.12.2009 PARAMORE Wembley Arena, London  
06.12.2009 PARAMORE Palladium, Köln  
04.12.2009 PARAMORE Columbiahalle, Berlin  
26.06.2010 PARAMORE Parc Des Princes, Paryż  
15.11.2010 PARAMORE O2 Arena, London  
13.11.2010 PARAMORE O2 Arena, London  
03.07.2011 PARAMORE Festival Park, Hradec Králové, CZE R  
27.09.2013 PARAMORE Wembley Arena, London, UK R  

 

blog comments powered by Disqus