METALLICA
22.10.2017
O2 Arena
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
27.10.2017

Ponad 2 lata minęły odkąd widziałem Metallikę na żywo po raz ostatni na legendarnym brytyjskim festiwalu Reading w 2015 roku. Apetytu dodatkowo narobił fakt, że nie udało nam się, mimo wszelkich wysiłków, dostać na specjalny, kameralny (jak na Metallikę) koncert w londyńskim House of Vans w dzień premiery albumu Hardwired...To Self-Destruct. Trzeba było więc to nadrobić, i to z nawiązką - wybierając się nie tylko na oba koncerty w Londynie, ale także odwiedzając na dokładkę Birmingham tydzień później. Oto pierwsza z trzech relacji z brytyjskich koncertów Metalliki w tym roku. Londyn, O2 Arena, noc pierwsza!

Na miejscu zjawiliśmy się krótko przed 14.00, starając się odpowiednio zbalansować ilość wypoczynku po tygodniu w pracy, a zarazem zająć sobie przyzwoite miejsce w kolejce. Zabieg ten udał się całkiem dobrze, ponieważ przed nami było zaledwie kilkadziesiąt osób. Samo czekanie mijało dosyć sprawnie, a to dlatego, że kolejne etapy wpuszczania ludzi były równomiernie rozłożone w czasie, dzięki czemu cały proces się tak nie dłużył.

Bramy miały zostać otwarte o 18.00, jednak mimo wcześniejszych przygotowań, stało się to z drobnym poślizgiem. Przejście przez kontrolę bezpieczeństwa poszło sprawnie i jakiś kwadrans po szóstej wchodziliśmy na halę. Wokół sceny ustawiło się już znacznie więcej ludzi, niż stało przed nami w kolejce - byli to fani, którzy wykupili Enhanced Experience. Barierka wokół całej sceny była już więc zajęta, ale nadal bez problemu mogliśmy ustawić się w drugim rzędzie. Zgodnie ze wcześniejszym planem, ustawiliśmy się wzdłuż brzegu, przy którym jest zaplecze Larsa i przy którym znajduje się korytarz wyjściowy.

Pierwsze co się rzuciło w oczy, to że scena jest rzeczywiście bardzo niska i ma małą powierzchnię. To zdecydowanie ich najmniejsza halowa scena, co ma jedną dużą zaletę - nawet, jeśli muzycy znajdują się po przeciwnej jej stronie, nadal są bardzo blisko. Nawet scena użyta w trakcie trasy halowej promującej Death Magnetic była dużo większa.

Od tej pory czekanie przestało się dłużyć, wszystko bowiem działo się w zawrotnym tempie. Raptem pół godziny po ustawieniu się pod sceną, zaczął grać support, czyli norweski Kvelertak. Ich występ pozostawił mnie kompletnie obojętnym. Najważniejsze, że nie był aż tak męczący, jak inne "genialne" supporty we wcześniejszych latach, jak Slipknot. Ale ciężko traktować poważnie zespół, którego wokalista chodzi po scenie mając na głowie wielkiego wypchanego jastrzębia ze świecącymi oczami.

Na szczęście ich występ minął dosyć szybko i pozostała niecała godzina oczekiwania. Czas ten umilało dostrzeganie członków ekipy Metalliki - technicznych Jamesa i Kirka, Mike'a Gilliesa czy Rosa Halfina. Wreszcie rozbrzmiało oczekiwane It's a Long Way to the Top. Oczywiście publiczność składająca się w znakomitej części z fanów, którzy nie pierwszy raz byli na koncercie, zareagowała bardzo entuzjastycznie, wiedząc, że oto wyczekiwany moment jest już bliżej niż dalej. A po tradycyjnym utworze AC/DC zgasły światła w hali i rozbrzmiało Ecstasy of Gold. Emocje towarzyszące temu momentowi zawsze są jednakowo silne, nikt tak umiejętnie nie buduje hype'u na sekundy przed koncertem jak Metallica.

W trakcie Ecstasy muzycy już pojawili się na płycie hali i w towarzystwie obstawy podeszli pod scenę, co mimo ciemności zostało oczywiście dostrzeżone przez fanów i wywołało entuzjastyczną reakcję. Po Ecstasy rozbrzmiało intro do Hardwired, od którego zaczyna się każdy koncert na trasie promującej ostatnią płytę. Trzeba przyznać, że jest to miła odmiana po latach otwierania koncertów przez klasyczne piosenki typu Creeping Death, Hit the Lights czy Fuel. Jednocześnie build-up jest znacznie lepszy niż w przypadku That Was Just Your Life, które bardzo powoli się rozkręcało.

Po naszej stronie wchodził na scenę James, mimo że jego zaplecze znajdowało się po przeciwnej stronie sceny. Jednak nie obchodzi on jej dookoła by wejść od strony swojego zaplecza, zamiast tego jego techniczny przynosi mu gitarę, której używa w trakcie pierwszych dwóch piosenek. W trakcie końcowych sekund intra na scenie pojawili się James, Kirk, Rob i Lars pokazujący palcem na sufit i po chwili zaczęła się jazda bez trzymanki. Hardwired to 3 minuty klasycznego thrashu i sprawdza się znakomicie w roli otwieracza.

Zaraz po nim, bez żadnych przerw, podobnie jak na albumie - Atlas, Rise! Ogólnie rzecz biorąc mój faworyt na płycie, jeśli już sobie nucę pod nosem jakieś riffy w trakcie pracy, to zawsze z Atlasa. Uważam, że tym kawałkiem Metallica osiągnęła to, co tak fatalnie nie udało się z The End of the Line - napisała kawałek, mogący bez wstydu rywalizować ze swoimi odpowiednikami z wczesnych płyt: The Four Horsemen, Creeping Death i Master of Puppets. Na żywo sprawdza się znakomicie, a epickie refreny, zwłaszcza frazy zawierające tytuł piosenki, wyśpiewane były przez chyba każde gardło na hali. Momenty te podkreślone były wspaniałą grą świateł.

Po Atlasie chwila przerwy, krótkie przywitanie z entuzjastyczną londyńską publicznością i zapowiedź ze strony Papy Heta, że dziś grać będą nowe kawałki, ale też stare. Nabicie Larsa i zaczyna się Seek and Destroy, którym chłopaki od 2004 prawie zawsze zamykali koncerty. Wielu fanom Seek zdążył się przejeść jako zamykacz, ale trzeba przyznać, że przeniesienie tej piosenki niemal na sam początek gigu sprawia, że przeżywa on drugą młodość. Ciekawostka: Seek został zagrany dokładnie w tym samym slocie na moim pierwszym koncercie halowym, w Erfurcie w 2003 roku.

Tymczasem dochodzimy do punktu w secie, w którym odbywa się rotacja. Co prawda jak na razie jeszcze nie aż tak wymyślna, jak na trasie promującej DM, ale narzekać nie można - najczęściej pojawiają się w tym slocie Through the Never i Leper Messiah, a na dokładkę raz pojawił się w nim także Of Wolf and Man. Tym razem padło na pierwszy z wymienionych kawałków. Prawdziwa rzadkość, chociaż miałem przyjemność słyszeć go dwa razy na żywo w 2012 roku podczas jubileuszu Czarnego Albumu. Jednak doświadczenie halowe jest zupełnie inne niż festiwalowe i usłyszenie Never było bardzo odświeżające.

Warto dodać, że zmieniło się także ustawienie 52 sześcianów z ekranami, które wiszą nad sceną. Same sześciany okazują się być znacznie większe na żywo, niż zdawały się być na zdjęciach. Do tego, kiedy się stoi bezpośrednio pod sceną, część z nich wisi dokładnie nad głową, więc człowiek ma wrażenie, że gdyby coś poszło nie tak, to zginąłby w glorii i chwale, na koncercie najlepszego zespołu na planecie :)

Chwila przerwy, Lars schodzi do swojego zaplecza, jednak po krótkim wymienieniu spojrzeń i pstryknięć palcami z publicznością, chowa się w swoim namiociku wraz ze swoją młodą modelką. Aż dziw, że w ogóle wychodzi stamtąd by kontynuować koncert :) Następny był slot balladowy i tym razem przypadło nam w udziale Sanitarium. No cóż, kawałek, który słyszałem już na żywo milion razy w każdej możliwej konfiguracji scenicznej i zdążył mi się nieco przejeść. Chłopcy mogliby trochę zaszaleć, bo jest to idealny czas i miejsce, by wrócić do grania wskrzeszonego niedawno The Unforgiven II.

Jednak nie ośmielam się narzekać, bo liczba nowości na tym koncercie była tak czy owak niezmiernie satysfakcjonująca - w końcu był to mój pierwszy gig w ramach cyklu HTSD. I właśnie drugi segment z nowymi piosenkami był następny. Na pierwszy ogień Now That We're Dead, które świetnie sprawdza się na żywo jako groover w średnim tempie a'la King Nothing. Chwytliwe refreny śpiewa się z Jamesem z niebywałą satysfakcją. W trakcie piosenki spod sceny wyłaniają się kolejne cztery sześciany, które tym razem są nie tylko ekranami, ale także wielkimi bębnami, na których w środkowej partii chłopaki troszeczkę się wygłupiają.

Najpierw James i Kirk zaczynają wygrywać prosty rytm, przełamując standardowy podział rytmiczny piosenki. Po chwili milknie bas i dołącza do nich Rob, a na sam koniec także Lars odchodzi od perkusji i wszyscy czterej walą w bębny zwróceni twarzami do siebie. Następnie Kirk i Lars przechodzą do następnej partii, jaką są uzupełniające akcenty, a James zaczyna swoje solo na werbelku. Uroczy moment, który być może nie robi takiego wrażenia, gdy ogląda się go na youtube, ale na żywo spełnia swoje przeznaczenie jako przerwa od intensywnego grania, a także chwila, w której chłopaki zwyczajnie mają trochę głupawej zabawy na scenie.

Druga piosenka HTSD w tym segmencie się rotuje, a tym razem padło na Dream No More - które na żywo po prostu masakruje. Walec ten z powodzeniem mógłby zastąpić Sad But True, ale oczywiście uparty Lars za nic w świecie nie pozbędzie się go z setlisty. Cieszy jednak, że Dream tak świetnie sprawdza się na żywo. Spora w tym zasługa Roba, który dzielnie wspiera Jamesa swoimi wokalami. Radzi sobie z nimi coraz lepiej, chociaż oczywiście fani Jasona będą zawsze marudzić. Na Dream pojawiły się także spore ilości dymu, którego nie zauważyłem na żadnej innej piosence, podkreślając mroczny charakter kawałka.

Nadeszła pora, by rozruszać nieco publikę kolejnym śmiesznym momentem, a zarazem dać chwilę odpoczynku pozostałym członkom. Na scenie został sam Rob i jego urocze "hey hey" oparte na granym powoli riffie z Bellz. Po chwili Larsisko nabiło i był to kolejny po Seek moment świetnie wpasowanego w set klasycznego kawałka, który natychmiast rozbudza publikę. W trakcie Bellz sześciany nad sceną dynamicznie zmieniają swoje położenie, co dodaje mu siły. Oczywiście nie zabrakło starych dobrych wygłupów w postaci Roba i Kirka podbiegających do siebie jak psy do jeży.

Po Bellz chwila odpoczynku dla wszystkich z wyjątkiem Jamesa, który samotnie rozpoczyna swoim gitarowo-wokalnym intrem Halo on Fire. Atmosferyczne intro przeradza się w jedną z najlepszych koncertowych piosenek z HTSD. Kawałek ten ma delikatne, balladowe zwrotki i mnóstwo bardzo różnych partii instrumentalnych i wokalnych, a kończy się wielką eksplozją riffów i świetną solówką - pod tym względem przypomina nieco The Day That Never Comes, ale ciężko wyrazić słowami o ile LEPIEJ wszystko trzyma się tu kupy. Mimo że poszczególnie partie są od siebie zupełnie różne, całość tworzy znakomicie dobraną, dynamiczną całość. Cieszy, że Halo znalazło sobie stałe miejsce w secie, bo na nie zasługuje.

Pod koniec Halo miała miejsce bardzo humorystyczna scenka: James podszedł do perkusji w i trakcie końcowych akcentów zabrał Larsowi jedną pałeczkę, zmuszając go do chwilowego uderzania tylko lewą ręką. Po chwili mu ją oddał, ale to nie był koniec złośliwości: przez chwilę tłumił mu bowiem talerze, w które uderzał. Wszystko z pełnym uśmiechem i wzajemną miłością. Miło po tylu latach i przejściach widzieć tych dwóch wciąż czasem zachowujących się, jak dzieciaki w piaskownicy zabierające sobie grabki.

Po Halo na scenie zostali Rob i Kirk, by zagrać wspólne doodle. To nowa dla nich rzecz na tej trasie, a najlepsze jest to, że na niemal każdym gigu przygotowują coś nowego, nawiązując do lokalnej tradycji muzycznej. Tego wieczoru zacytowali obszerne fragmenty dwóch klasycznych piosenek: London Calling od The Clash i Immigrant Song od Led Zeppelin. Bardzo miła niespodzianka, aż chciałoby się, by James i Lars do nich dołączyli i wykonali wspólnie jakiś mały medley. Następnie Kirk opuścił Roba, by ten w pojedynkę mógł oddać hołd Cliffowi i wykonać połowę jego sola z Anasthesia.

Po doodle'ach przyszła pora na slot coverowy i chyba miałem nieco za duże oczekiwania, patrząc na brytyjskie setlisty z 2009 roku. Chłopaki najwyraźniej nie mają jeszcze ochoty kopać aż tak głęboko. Na pierwszy gig w Londynie wybrali Die, Die My Darling i powinienem być zadowolony, bo usłyszałem ten kawałek na żywo dopiero po raz pierwszy. Ale liczę na to, że jeszcze się coverowo rozkręcą na tej trasie.

Po coverze kolejny slot w rotacji, czyli piosenka w której pojawia się na scenie po raz pierwszy ogień. Padło na Fuela, którego słyszałem na żywo już 31327 razy, więc średnio mnie podekscytował. Wyraźnie jednak cały czas kawałek ten jara Jamesa, miło było więc patrzeć, jak z naszego brzegu sceny angażował się w jego wykonanie, a na koniec zapodał potężnym growlem "buuurn, London, BUUUURN".

Po Fuel szykowałem się już na standardową porcję hitów, bo to normalnie dzieje się już w tym punkcie setlisty, ale zupełnie zapomniałem, że przecież najpierw jeszcze Moth Into Flame! I słynne już drony, które tworzą świetny efekt, latając nad sceną przez całą piosenkę. Oczywiście byłem na to przygotowany, a do tego z bliska widać, jak startują one z powierzchni sceny, ale ktoś, kto widzi to po raz pierwszy z daleka, na pewno musi się zastanawiać, jak osiągnięto ten efekt. Warto także nadmienić, że James chyba po raz pierwszy wyraźnie podkreślił, że inspiracją do napisania tekstu była osoba Amy Winehouse.

Przyszedł czas na dłuższe pogawędki z publiką. Jakąś taką tradycją stało się, że przed Sad But True James wyszukuje wśród publiczności młodą osobę, nawiązuje z nią mały dialog, wypytując o wiek, imię i z kim ów ktoś jest na koncercie, po czym dedykuje mu piosenkę, nie zapominając także, by upewnić się, że reszta publiczności także "wants heavy". Na koniec Sada zaś James wyżywa się na swojej gitarze.

Potem hitów ciąg dalszy. One i Master nie robią już takiego wrażenia jak na pierwszych koncertach, ale wiadomo że są to piosenki bez których żaden regularny gig Metalliki odbyć się nie może, niezależnie od tego, czy to gig festiwalowy, czy halowy. Warto jednak wspomnieć, że ponieważ Master zamyka obecnie główny set, wydłużony jest o kilka pętli riffu na sam koniec, podczas których James żegna się z publiką i zachęca po raz "ostatni" do wspólnego skandowania.

To jednak oczywiście nie koniec gigu. Po kilku minutach ciemności i odpoczynku, segment bisowy otwiera slot z kawałkiem thrashowym, poprzedzony stosownym intrem z taśmy. Tym razem trafił się Damage Inc., co było całkiem miłą niespodzianką. Chociaż miałem wyjątkowe szczęście do tego kawałka i słyszałem go na żywo już 3 razy. Zawsze jednak miło usłyszeć taką rzadkość zamiast znacznie częściej granych w tym slocie Battery czy Blackened.

Dwie ostatnie piosenki to już niestety bez żadnych niespodzianek na tej trasie Nothing i Sandman. Trochę człowiek tęskni za czasami, gdy cały segment bisowy był jedną wielką niewiadomą. Z drugiej strony miło, że nie jest to ciągle Seek. Jednak NEM tak późno w secie trochę usypia narastający przez cały gig klimat. Rozumiem jednak, że misiowie potrzebują trochę wytchnienia i ta najspokojniejsza w secie piosenka jest pod koniec doskonałą sposobnością do złapania oddechu. Warto wspomnieć, że NEM nie kończy się obecnie po solo, za to bardziej jak na albumie. Najpierw James śpiewa jeszcze raz bardzo delikatnie pierwszą zwrotkę, by wraz z Kirkiem przejśc w przyjemne instrumentalne outro, podkreślane głębokim basem przez Roba. Sandman, jak to Sandman, wyróżnia się tym, że pojawiają się podczas niego całkiem imponujące jak na halę fajerwerki.

To jednak nadal nie kończy wspólnego spędzania czasu, bowiem Metallica niezmiennie w swoim stylu jeszcze przez kilka minut żegna się z fanami, wymieniając gesty, rzucając kostki i pałeczki, czy - w przypadku Larsa - plując na nich płynem z kubeczka :) Na sam koniec charakterystyczne pożegnania do mikrofonu każdego członka, "ukłon" bez ukłonu i zejście ze sceny.

Duże wrażenie zrobiła na mnie produkcja. Pomysł z sześcianami będącymi jednocześnie ekranami podwieszonymi nad sceną jest znakomity - prosty i efektywny. Pozwala nie tylko wyświetlać na nich różne rzeczy, ale także układać je w różne przestrzenne kształty i dynamicznie poruszać nimi podczas wybranych piosenek. Całość wygląda jak ekspozycja ekscentrycznego artysty w Tate Modern. Co najważniejsze jednak, nie odciąga uwagi, od tego co najistotniejsze: artystów na scenie i granej przez nich muzyki.

Wspaniale było znów zobaczyć ich z bliska po raz pierwszy od 2009 roku. Tylko że wówczas musiałem walczyć z nieco zbyt nadgorliwymi Niemcami i silnym bólem kręgosłupa, który ostatecznie zmusił mnie do wycofania się na tyły w drugiej połowie gigu. Czerpanie radości i uczestniczenie z koncertu jest znacznie utrudnione kiedy większość siły i uwagi poświęca się na walkę o przeżycie, a nie na to co się dzieje na scenie. Pod tym względem Londyn był naprawdę świetny. Wprawdzie gdy zaczęło się pasmo hitów, za nami rozkręcił się mały młyn i latali nam nad głowami ludzie, ale było to nic w porównaniu ze wspomnianym gigiem w Lipsku. Fajnie po raz kolejny przekonać się, że mimo upływającego czasu nie tylko Metallica nadal daje radę na scenie, ale także my nadal dajemy radę pod nią.

No właśnie. Metallica nadal daje radę, ale z drugiej strony obserwowanie ich z tej odległości także w przerwach między piosenkami dało nam jasno do zrozumienia, że członkowie zespołu młodość mają już dawno za sobą. Zwłaszcza dało się to zauważyć po Larsie, który zdawał się chować do swojego namiociku po to, by podłączono mu kroplówkę, a gdy wychodził, jego plecy do ostatniej chwili masowane były przez żonę i asystentkę. Zdawało się wtedy, że w każdej chwili może zasłabnąć, ale potem wchodził na scenę, pstrykał palcami, robił groźną minę do publiczności i nadal dawał z siebie wszystko w trakcie piosenek.

Jednak moment ten nie będzie trwał wiecznie i ciężko oszacować, ile jeszcze lat Metallica będzie w stanie tak intensywnie koncertować. Dlatego cieszę się podwójnie, że udało się kupić bilety na tyle gigów w ramach tej trasy, bo trzeba się cieszyć obecną chwilą jak tylko można.

Poprzednie koncerty Metalliki:

07.06.2003 METALLICA Wuhlheide, Berlin G S R  
17.08.2003 METALLICA Ferropolis, Grafenhainichen G S R  
13.12.2003 METALLICA Messehalle, Erfurt G S R  
31.05.2004 METALLICA Stadion Śląski, Chorzów G     s
01.07.2004 METALLICA Park Kolbenova, Praga G S R  
06.06.2006 METALLICA Waldbuehne, Berlin G S R  
05.07.2007 METALLICA Rotundenplatz, Wiedeń, Austria  
28.05.2008 METALLICA Stadion Śląski, Chorzów  
03.06.2008 METALLICA Slavia Stadium, Praga  
12.09.2008 METALLICA O2 World, Berlin  
15.09.2008 METALLICA O2, Londyn, UK  
07.05.2009 METALLICA Arena, Leipzig  
16.06.2010 METALLICA Bemowo Airport, Warszawa  
07.05.2012 METALLICA Synot Tip Arena, Praga, CZE R  
23.05.2012 METALLICA Vallehovin, Oslo, NOR R  
08.07.2014 METALLICA Aerodrome Festival, Prague, CZE R  
29.05.2015 METALLICA Veltins Arena, Gelsenkirchen, GER R  
29.08.2015 METALLICA Richfield Avenue, Reading, UK R  

 

blog comments powered by Disqus

 

000webhost logo