NOW, NOW
10.11.2017
Omeara
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
17.01.2018

Długo kazało Now, Now na siebie czekać. Tak długo, że aż powątpiewałem, czy aby na pewno jeszcze kiedykolwiek o nich usłyszymy. W końcu od czasu premiery ich ostatniego albumu, Threads, minęło już 5 lat, a po zakończeniu cyklu koncertowego zapadła niemal kompletna cisza. W międzyczasie odseparowała się od nich gitarzystka Jess, która ze swoim solowym projektem Tancred zdołała w ciągu tych 5 lat wydać dwa pełnoprawne albumy.

Now, Now to grupa niezwykła, zajmująca szczególne miejsce na liście moich ulubionych wykonawców. Zauważeni i poznani (także osobiście) w trakcie niezapomnianej trasy Paramore w 2009 roku. Jako ich support otwierający koncerty na europejskim legu, widzieliśmy ich aż trzy razy. Z neutralnego zaciekawienia podczas pierwszego gigu, awansowali na pozycję głównej atrakcji na trzecim. 3 lata później wrócili do Londynu w okrojonym składzie (już jako trio), by promować w malutkich klubach album Threads.

Na koncert w malutkim klubie Omeara (zaledwie 350 osób!) cieszyłem się podwójnie. Nie tylko dlatego, że nareszcie miałem znów zobaczyć na żywo jeden z moich ulubionych zespołów (w moich ogólnych statystykach last.fm najczęściej słuchana piosenka do dziś należy do nich), ale także dlatego, że Omeara ze swoją małą sceną jest idealnym miejscem dla takich artystów, jak oni. W tym klubie nie ma absolutnie żadnej bariery między publicznością, a muzykami na scenie i stojąc tuż pod nią czujemy się, jakbyśmy uczestniczyli nie w koncercie, a w próbie zespołu. Doświadczyłem tego już 1,5 miesiąca wcześniej widząc tam Amy Macdonald, a dawno nie widziani znajomi z Now, Now zapowiadali się na jeszcze większą atrakcję.

Po odejściu Jess trzon zespołu, zupełnie jak na samym początku, stanowi duet w postaci Brada (perkusja) i Cacie (wokal, gitary, klawisze, przeszkadzajki). Ale od niedawna na koncertach towarzyszą im także dodatkowi muzycy - dwóch kolesi, którzy wspierają ich gitarowo i basowo. I tak oto z zespołu żeńskiego z jednym wyjątkiem w postaci męskiego perkusisty (2009) przemienili się w zespół męski z jednym wyjątkiem w postaci żeńskiej frontmanki (2017). Mimo że darzyłem starszych członków ogromną sympatią (zwłaszcza utalentowaną i niezwykle błyskotliwą Jess), trudno dyskutować z tym, że muzycznie Now, Now prezentują się we współczesnej odsłonie po prostu najlepiej.

Już w momencie pierwszego pojawienia się muzyków na scenie wiadomo było, że czeka nas niezapomniany wieczór z wielu powodów. Zdawało się, że klub po brzegi wypełniony był starymi fanami zespołu i wszyscy byli jednakowo za nimi stęsknieni. Fani zaczęli entuzjastycznie wiwatować jeszcze zanim rozbrzmiały pierwsze dźwięki i skończyli w zasadzie dopiero kilka minut po definitywnym zejściu zespołu ze sceny. Małe przerwy robili sobie tylko na śpiewanie słów niemal wszystkich piosenek, które zdawali się doskonale znać na pamięć. A tak to nie mogli wytrzymać i małe erupcje owacji i krzyków dały się słyszeć nie tylko pomiędzy utworami, ale nawet między poszczególnymi zwrotkami.

A co najlepsze, ten entuzjazm przez cały wieczór ani trochę nie przeszkadzał. Normalnie można się zirytować, gdy publika przerywa artyście w połowie utworu brawami. Ale tutaj vibe był zupełnie inny. To nie były piszczące w pierwszym rzędzie dziewczynki na koncercie Taylor Swift. To była wspaniała grupa sympatycznych ludzi uwielbiających dobrą muzykę, która nie potrafiła zachować emocji dla siebie i czuła ogromną potrzebę głośnego wyrażania uczucia zadowolenia tak długo, jak długo muzycy znajdowali się na scenie. Dowodem na to, jak niezwykłe było przyjęcie londyńskiej publiczności dla Now, Now było choćby zachowanie Cacie, która co chwilę zerkała na publiczność z mieszanką szczęścia i wzruszenia, kiwając głową z niedowierzaniem. Stojąc w pierwszym rzędzie pod samą sceną mogłem dostrzec, że ponadprzeciętnie świecą jej się oczy. Cacie i Brad takiego przyjęcia za oceanem po latach się zupełnie nie spodziewali.

Wobec tak genialnej atmosfery nie przeszkadzało mi nawet, że większość repertuaru ponownie wypełnił album Threads, który mimo całej mojej do niego sympatii mógłby ustąpić miejsca nie tylko utworom z pierwszego albumu, Cars, ale przede wszystkim nadal moim ulubionym kompozycjom z wydanej w 2010 roku EPki Neighbors. Otwarcie setu w postaci Pull + Prehistoric nie jest powalającą na łopatki petardą, ale szczerze mówiąc nie miało to żadnego znaczenia. Publiczność była wniebowzięta, muzycy też i genialnie było tego doświadczać z miejsca, w którym te dwie energie się zderzały.

Już trzeci w setliście był mój ulubiony Wolf, którego pierwotna wersja (pod roboczym tytułem Kill to Be Your Clothes) urzekła mnie jeszcze w 2009 roku. Pięknie sprawdziła się publiczność, perfekcyjnie odśpiewując rytmiczną partię "I can't sleep at night". Cacie w zasadzie mogła zupełnie zrezygnować z funkcji wokalistki na tym koncercie, ale wykazała się wyjątkowym wyczuciem wybierając partie, w których się delikatnie wycofywała pozwalając wykazać się fanom.

Po kolejnym sympatycznym utworze z Threads jakim jest Lucie, Too usłyszeliśmy pierwszą tego wieczoru nową piosenkę, czyli AZ (od Arizona). Usłyszałem ją nie tylko po raz pierwszy na żywo, ale także w ogóle, bowiem był to jedyny tego wieczoru zagrany utwór, który nie został jeszcze opublikowany w wersji studyjnej. Bardzo sympatyczny, akustyczny kawałek, pasujący stylistycznie do pozostałych nowości. Zawiera w sobie elementy klasycznego Now, Now, takie jak delikatny, spokojny śpiew Cacie, ale także znacznie cieplejsze i bardziej wpadające w ucho melodie, niż w starszych kompozycjach Now, Now.

Kolejny był klimatyczny Magnet, z długą instrumentalną partią w końcówce utworu. Cacie wczuła się w swoją partię klawiszy, a Brad za pomocą marszowego, narastającego rytmu wprowadził końcową partię wokalną, po której cały zespół mocno poszalał też instrumentalnie. Po kilku kolejnych utworach z Threads - But I Do i Separate Rooms - przyszła pora na następny nowy utwór, czyli najnowszy singiel Yours. Ten pozornie zwyczajny, miły oczywiście utworek zyskał zupełnie nowe życie na żywo i nieoczekiwanie stał się moim osobistym ulubionym momentem gigu.

Zacznijmy od tego, że jeszcze w przerwie między utworami Brad zapowiedział, że musi zdjąć bluzę, bo za chwilę się będzie musiał nagimnastykować. Pomyślałem sobie, bez przesady, czyżby mieli zagrać Spit Out the Bone? Okazuje się, że ten niepozorny utwór w średnim tempie posiada całkiem wyrafinowaną partię perkusji. Wprawdzie Brad nigdy nie należał do leniwych perkusistów, a jego kreatywne rytmy przykuły moją uwagę już za pierwszym razem, gdy widziałem go na żywo, ale Yours to piosenka, w której teoretycznie wystarczyłby prosty rytm ciągnący się przez cały czas, przy którym każdy perkusista zasnąłby z nudów. Brad idzie nie o jeden, a o dwa kroki dalej i zamiast wypełniać go stosem dekoncentrujących przejść, stawia na niebanalny groove, przy którym używa całego zestawu (tomy!) w nieoczywisty sposób. Nie odwraca przy tym uwagi od tego, co najważniejsze, czyli delikatnych melodii śpiewanych przez Cacie.

Ta zaś odłożyła chwilowo na bok gitary i klawisze, by skupić się na wokalu, a nawet zaprezentować skromne ruchy taneczne. To zupełnie nowa rzecz dla frontmanki, która przez pierwsze 10 lat występów scenicznych słynęła z chowania się za instrumentami i własną grzywką przykrywającą pół twarzy. Cacie AD 2017 to odważna frontmanka z włosami spiętymi w kitkę, nie wstydząca się zarówno twarzy jak i własnych emocji, ciesząca się z obecności na scenie i nie stroniąca od kontaktu wzrokowego z publicznością. Gdy obsługuje jednocześnie instrument, jest szalenie skoncentrowaną perfekcjonistką, ale w tych rzadkich momentach swobody może pozwolić sobie na więcej luzu. Chcąc chyba wybadać reakcje na nową piosenkę, wodziła niespieszne wzrokiem po pierwszym rzędzie fanów stojących pod sceną. Gdy dotarła do mnie, zatrzymała się na dłuższą chwilę. Niewiem, czy mnie rozpoznała, czy przykuł jej uwagę mój szczery i szeroki banan na twarzy, czy z innego powodu ubawiła ją moja obecność. Jednak mój banan przeniósł się także na jej twarz, co spowodowało że mój banan się jeszcze dodatkowo wydłużył i sobie bananowaliśmy przez ładnych kilka sekund.

Sielankowy nastrój przerwało nie słyszane dotąd przeze mnie na żywo Shifting, czyli b-side z Threads. Ten bardzo mroczny i mocno elektroniczny utwór odstawał stylistycznie od reszty repertuaru na albumie. Jego hipnotyzujący, klawiszowy puls świetnie sprawdza się na żywo, a Cacie mogła wykazać się innym sposobem śpiewania.

Okazuje się, że w tej filigranowej osóbce o delikatnym, powabnym głosie kryje się zaskakująco dużo siły i głos o imponującej skali. Pierwszy raz widziałem na żywo Cacie śpiewającą z taką mocą i tak wysoko. Podczas wokaliz ani razu nie załamał jej się głos, ale grymas na jej twarzy zdradzał, że dziewczyna daje z siebie wszystko. To był jeden z licznych tego wieczoru momentów, które zesłały przyjemne ciarki na mój kręgosłup.

Kolejny nowy utwór, pierwszy który zespół opublikował po latach, czyli SGL, wypadł na żywo także świetnie. To taki utwór, który przywodzi mi nieco na myśl starsze Now, Now, zwłaszcza, że prowadzi go gitara akustyczna. Główny set zakończył zaś Thread, na który publiczność zareagowała entuzjastycznie, jak na największy przebój. Było śpiewanie, skakanie i kulminacyjna erupcja energii nr 1. Przy dźwięku entuzjastycznych owacji zespół udał się za kulisy, by nie dając się długo prosić po chwili wrócił, by wykonać jeszcze trzy piosenki na bis.

Na pierwszy ogień sama Cacie, by przy akompaniamencie jedynie gitary, wykonać Dead Oaks. No, nie tylko samej gitary, bo wtórowała jej publiczność, która nie tylko nie pogubiła się w charakterystycznej rytmice linii wokalnej, ale też nie próbowała na siłę przekrzyczeć Cacie, mając pełną świadomość tego, że tu siła tkwi w wyczuciu głośności. Wokalistka po raz kolejny pokiwała z niedowierzaniem i postanowiła uwiecznić piękną londyńską publiczność nagrywając filmik na telefon komórkowy, co wywołało oczywiście jeszcze bardziej entuzjastyczną reakcję.

Na koniec zespół wykonał Oh. Hi., w którym Cacie dała popis gry na cymbałkach (jeden ze stałych, charakterystycznych instrumentów towarzyszących zespołowi od zarania dziejów) i Neighbors - tytułowy utwór z mojej ulubionej EPki, usłyszany przeze mnie po raz pierwszy na żywo (nareszcie!), w dodatku w aranżacji bardzo zbliżonej do oryginalnej. Nie mógłbym wyobrazić sobie lepszego zakończenia tego wieczoru!

Fani zgromadzeni 10 listopada w klubie Omeara doświadczyli czegoś wyjątkowego: triumfalnego powrotu jednego z najlepszych zespołów na planecie. Chociaż nie był to ich pierwszy koncert po przerwie, był to ich pierwszy koncert po przerwie w Europie, gdzie ludzie mogli już dawno o nich zapomnieć. Sądząc po reakcjach muzyków po koncercie - wzruszających uściskach, być może właśnie zapomnienia się spodziewali. Tymczasem wyprzedali swój największy jak dotąd headlinowy koncert w światowej stolicy muzyki i zaprezentowali jak dotąd najsilniejszą, najbardziej pewną siebie i najlepszą jak dotąd wersję samych siebie. Atmosfera była intensywna, gęsta od emocji i wzruszenia, co pokazała reakcja publiczności naprawdę rzadko spotykana na taką skalę. To był nie tylko jeden z najlepszych gigów 2017 roku, ale też jeden z najlepszych koncertów klubowych na jakich byłem w całym moim życiu. Czekam na następny krok Now, Now, bo wszystko wskazuje na to, że ten spektakularny powrót był jedynie początkiem nowego rozdziału w historii tego wyjątkowego zespołu.

Poprzednie koncerty Now, Now:

04.12.2009 PARAMORE Columbiahalle, Berlin  
06.12.2009 PARAMORE Palladium, Köln  
18.12.2009 PARAMORE Wembley Arena, London  
27.09.2012 NOW, NOW The Enterprise, London, UK R  
28.09.2012 NOW, NOW Koko, London, UK R  

 

blog comments powered by Disqus

 

000webhost logo