GŁÓWNA

NEWS

GALERIA

MUZYCY

KOT

____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

Kot
30.01.2018

Gdy tak sobie chodziłem na koncerty w 2017 roku, co jakiś czas przelatywała mi przez głowę myśl: "Kurcze, kolejny genialny gig. To chyba jest najlepszy koncertowy rok w moim życiu." Potem jednak przypominałem sobie rewelacyjne doświadczenia sprzed lat (zwłaszcza legendarny wręcz 2009) i stwierdzałem, że tak mi się wydaje, bo te nowe doświadczenia są świeże i po prostu zbyt silnie odczuwam emocje bieżące :) Teraz jednak mogę spojrzeć na 2017 rok z perspektywy i rzeczywiście, mogę to już ogłosić oficjalnie: 2017 rok był rzeczywiście moim najlepszym koncertowym rokiem ever!

Nie znaczy to, że wcześniej nie było koncertów i przygód równie dobrych lub nawet lepszych od tych, które dane mi było przeżyć w 2017. Ale suma pozytywnych doświadczeń była bez cienia wątpliwości najwyższa. Nawet gdy spojrzymy na suche liczby, jest nieźle: w 2017 roku zaliczyłem 26 koncertów. Więcej było tylko w 2006 i 2009 roku, ale wówczas znaczną część stanowiły zwykłe lub wręcz przeciętne gigi lokalne w Polsce. W 2017 roku też było dużo lokalnych gigów, ale w Londynie - a to coś zupełnie innego. Do tego gigi wszystkich moich topowych artystów, często po kilka razy. Zaczynamy wielkie podsumowanie najlepszego roku ever - 2017!

Jak inaczej zacząć najlepszy koncertowy rok, niż wybuchowym koncertem najlepszej, zaraz po Metallice, koncertowej kapeli na świecie - Green Day? Odpowiedź brzmi: dwoma jej koncertami! Na pierwszy z nich wybrałem się do poczciwej Pragi, gdzie w niepozornej Tipsport Arenie czekała nas najbardziej jak dotąd komfortowa zabawa na gigu GD. Szczęśliwym zrządzeniem losu nie udało nam się kupić biletów na Golden Circle, ale było tam wyjątkowo mało fanów i już na samym początku gigu wpuścili nas pod scenę, gdzie w pełnym komforcie skakaliśmy i śpiewaliśmy podczas niezmiennie emocjonującego, 2,5-godzinnego show z najwyższej półki. A do tego niespodzianki w setliście w postaci dwóch rarytasów: J.A.R. i Going to Pasalacqua!
HIGHLIGHT: Holiday i uczucie zwycięstwa przy wbiegnięciu pod scenę!

Drugi koncert miał miejsce raptem dwa tygodnie później w londyńskiej O2 Arenie! Publiczność oczywiście była nie tylko liczniejsza, ale też znacznie bardziej żywiołowa niż w Pradze, co pokazała jeszcze przed koncertem, chóralnie odśpiewując puszczone z taśmy Bohemian Rhapsody. Ale w trakcie gigu było nie mniej emocjonalnie, a moim osobistym sukcesem było przetrwanie całego, intensywnego gigu blisko sceny w dużym ścisku, pomimo osłabienia wywołanego chorobą. Oto magia muzyki na żywo!
HIGHLIGHT: wyciagnięcie wraz z Billiem całej wokalizy w drugiej zwrotce Knowledge.

Luty przyniósł także pierwszy mój koncert Tegan and Sara - artystek, które znam już od wielu lat, ale jeszcze nie widziałem ich na żywo. Był to jeden z mniej ekscytujących koncertów roku. Nie był też zły, co to, to nie - w końcu siostry są scenicznymi weterankami. Gig był poprawny, ale szczęka nie opadła - może to dlatego, że wyraźnie we współczesnej, nieco bardziej tanecznej i elektronicznej odsłonie muzycznej, Tegan zdaje się nie czuć zbyt pewnie. Ale jednego odmówić im nie można - znakomitego kontaktu z publicznością.
HIGHLIGHT: U-Turn, mój ulubiony utwór z ostatniej płyty.

W marcu wybrałem się do speluny w Camden, na jeden z najgenialniejszych koncertów klubowych i zdecydowanie najlepszy jak dotąd koncert mojego najnowszego lokalnego odkrycia w Londynie, jakim jest zespół Bones. Carmen i Rosie stworzyły coś absolutnie unikatowego, udanie łacząc najlepsze tradycje brudnego rocka, klasycznego bluesa i nowoczesnej, tłustej elektroniki. Grube bity, ochrypły wokal i pełne smaczków frazy gitarowe smakowały tego wieczoru w Crowndale jak nigdy wcześniej. Do tego idealna pozycja do delektowania się gigiem: z jednej strony opierałem się o odsłuch Carmen, a z drugiej o bar, w którym pomiędzy piosenkami zamawiałem kolejne kufle smakowitego napoju.
HIGHLIGHT: Helter Skelter i opętańczy headbanging pod sceną.

Pod względem ilościowym rok 2017 zdominowała u mnie Amy Macdonald. Pod koniec marca w Poznaniu wybrałem się na pierwszy z czterech w tym roku jej koncertów. Pod względem muzycznym i brzmieniowym gig stał na niezmiennie wysokim poziomie, ale wyjątkowo nie dopisała publiczność, która, chociaż zjawiła się na gigu licznie, okazywała swoją radość bardzo powściągliwie, co spotkało się nawet z wieloma uszczypliwymi komentarzami ze strony Amy. Ten gig wyraźnie pokazał, jak ważne jest dla ogólnej atmosfery koncertu odpowiednie zachowanie publiczności.
HIGHLIGHT: złośliwości Amy w kierunku wychodzących do toalety fanów.

Z tego powodu cieszyłem się niezmiernie, że już w kwietniu czekał mnie kolejny koncert Amy Macdonald, tym razem w spektakularnym Royal Albert Hall. Cóż, trudno wyobrazić sobie lepsze połączenie venue i artysty - był to jeden z najlepszych koncertów w tym roku. Minimalistyczna, acz niezwykle gustowna oprawa wizualna nabrała zupełnie nowego blasku w tak pięknym wnętrzu, jakim dysponuje ta hala. Przede wszystkim jednak londyńska publiczność, która pokazała, że na takim gigu można wspaniale bawić się bez względu na wiek. Na balkonach widzieliśmy więc i małe dzieci, i babcie, energicznie tańcujące do absolutnie porywającej na żywo Amy. Cudowny, perfekcyjny pod każdym względem wieczór.
HIGHLIGHT: piękna, powalająca aranżacja 4th of July.

Maj był miesiącem w którym dałem obiecującemu zespołowi PVRIS trzecią i prawdopodobnie ostatnią szansę. Zespół brzmiący w studiu zjawiskowo, na żywo nie poczynił zupełnie żadnych postępów, zwłaszcza brzmiąca niezmiennie fatalnie Lynn. Szkoda, bo pokuszono się o dosyć bogatą, wzmacniającą klimat oprawę, a instrumentalnie, nie licząc kiepskiego nagłośnienia, jest całkiem nieźle. Ale wokal oraz skandalicznie mała długość koncertu sprawiły, że na kolejny gig PVRIS, który odbył się w listopadzie, biletu już nie kupiłem.
HIGHLIGHT: Eyelids, jeden z nielicznych momentów, podczas których PVRIS broni się na żywo.

Czerwiec to mój pierwszy koncert świeżo odkrytego, młodego zespołu Hey Charlie. Trzy sympatyczne dziewczyny z powodzeniem łączą brudną, gitarową muzykę zainspirowaną Nirvaną ze słodkimi, melodyjnymi, dziewczeńskimi wokalami pokazując, że pod przyjemną powłoką wizualną często kryje się prawdziwy drapieżnik. Ich pierwszy zaanonsowany z wyprzedzeniem koncert w Londynie w jednym z moich ulubionych małych klubów pozostawił we mnie spore uczucia zadowolenia, ale i niedosytu, dlatego z niecierpliwością wypatrywałem kolejnego gigu.
HIGHLIGHT: She Looks Like a Dreamer - najbardziej udana piosenka Hey Charlie.

Tydzień później wybrałem się na spotkanie ze starymi znajomymi, czyli Anną Phoebe i Nikiem Rizzi, którzy rozkręcają obecnie w duecie nowy projekt, nazwany Papillon. Koncert w ogrodach w Dalston był znakomitą okazją do nadrobienia zaległości, posłuchania starych utworów w nowych aranżjach, a także zupełnie nowych kompozycji, które niezmiennie trzymają wysoki poziom. Niestety, venue to zupełnie nie nadawało się na koncert wyrafinowanej i wymagającej uwagi słuchacza muzyki i mocno rozkojarzona publiczność, dla której ważniejsze były piwo i pizza, skutecznie rozpraszały uwagę.
HIGHLIGHT: niezmiennie porywająca Ballingoola.

Czerwiec to także długo wyczekiwany powrót Paramore, czyli nadal jeden z topowych zespołów, który zawojował nasze serca w magicznym 2009 roku. Nowy album, nowy styl muzyczny, stary perkusista (do zespołu powrócił Zac Farro) i nietypowe jak na zespół venue - Royal Albert Hall. Ze względu na zamieszanie z biletami, gig zmuszeni byliśmy oglądać z wyżśzego balkonu, ale dało to niepowtarzalną okazję obserwowania entuzjastycznie reagującej publiczności. Przede wszystkim jednak, miło było znów zobaczyć w zespole starego druha Zaca, który nawet na jedną piosenkę przejął funkcję lidera zespołu i pociągnął wokal.
HIGHLIGHT: Hate to See Your Heart Break i pięknie rozświetlona światełkami hala.

Zaraz na początku lipca czekał już na nas kolejny koncert Paramore - tym razem festiwalowy, na znanym już nam czeskim festiwalu Rock for People. Setlista była nieco okrojona, ale tym razem byliśmy pod samą sceną, bawiąc się w gronie znających umiar Czechów. Nagłośnienie nie należało wprawdzie do najlepszych, ale za to wrażenia wizualne i kontakt z muzykami wynagradzały ten niedostatek. Paramore pokazali, że nowy repertuar świetnie nadaje się na koncerty i mimo sporej różnicy stylistycznej, nie gryzie się ze starymi piosenkami.
HIGHLIGHT: Still Into You, padający deszcz i beztroska zabawa pod sceną.

Pod koniec lipca, z powrotem w Londynie, wybrałem się na specjalny koncert Katie Melua, zorganizowany w ramach serii Amazon Prime Events. Centralne miejsca w pierwszym rzędzie zapewniły optymalne wrażenia wizualne. Nagłośnienie i brzmienie także nie odstawały od poziomu koncertu. Katie dała jak zwykle genialny występ, na którym usłyszeliśmy utwory zarówno z ostatniego albumu, In Winter, starsze utwory z całej dyskografii Katie, jak i nowe covery. Sama Melua była niezmiennie czarująca i zagrała koncert absolutnie doskonały pod każdym względem.
HIGHLIGHT: Piece By Piece w nowej, urzekającej aranżacji.

Sierpień przyniósł tylko jeden gig, ale za to nie byle jaki. Miałem niepowtarzalną okazję zobaczyć Amy Macdonald na małym koncercie klubowym (350 osób!), w ramach rozgrzewki przed nadchodzącą akustyczną trasą. Akustyczna w tym przypadku nie oznaczała cięcia kosztów pozbyciem się muzyków towarzyszących. Zamiast tego zaserwowano znane utwory w nieco odświeżonych aranżacjach, podobnych do tej, w jakiej usłyszeliśmy na wcześniejszych gigach 4th of July. Instrumentarium było naprawdę ciekawe, pojawił się kontrabas, ale nie zabrakło także lubianych przeze mnie u Amy akordeonu i mandoliny. Nadają one jej utworom głębi i znakomitego, wielowarstwego brzmienia. Sama Amy była oczywiście niezmiennie doskonała i dała z siebie na tej małej scenie wszystko. Ja zaś byłem tak blisko tej małej sceny, że czułem się bardziej, jakbym uczestniczył w próbie zespołu, a nie normalnym koncercie.
HIGHLIGHT: świetnie zaaranżowane Pride.

Po niemal dwumiesięcznej przerwie przyszła pora na wyczekiwany, wielki jesienny maraton koncertowy, zaczynający się od dwóch koncertów Metalliki w O2 Arenie. 22 października wybrałem się na pierwszy z nich i spędziłem go pod samą sceną, w drugim rzędzie od strony zaplecza Larsa. Oczywiście na tym gigu usłyszałem na żywo po raz pierwszy pokaźną ilość utworów z najnowszego albumu: Hardwired, Atlas, Dead, Dream i Halo. Na dokładkę po raz pierwszy na żywo Die, Die My Darling, a także zawsze mile widziane rarytasy w postaci Never i Damage. Świetne wrażenie zrobiła na mnie zupełnie nowa produkcja sceniczna, z dynamicznie zmieniającymi położone szcześcianami podwieszonymi nad sceną.
HIGHLIGHT: James dokuczający Larsowi w końcówce Halo on Fire.

Na drugim koncercie Metallica była zdecydowanie bardziej rozkręcona i koncert 24 października był nawet lepszy. Ponownie stałem w drugim rzędzie, ale tym razem od strony zaplecza Jamesa, co umożliwiło mi przybicie mu piątki w jednej z przerw między utworami! Drugi gig w tym samym miejscu przyniósł także wielce pożądaną rotację piosenek w setliście, co zaowocowało kawałkami: Leper, Fade (po raz pierwszy w hali!), Confusion, Last Caress, Creep i światową premierą wyczekiwanego Spit Out the Bone! Była to wspaniała celebracja mojego dwudziestego koncertu Metalliki i trudno mi było wyobrazić sobie, by mogło być jeszcze lepiej. A przed nami był jeszcze trzeci koncert w UK, w Birmingham!
HIGHLIGHT: przybicie piątki z Jamesem w przerwie między utworami!

Dzień przed podróżą do Birmingham wybrałem się do Brixton, gdzie stary dobry Hey świętował swoje 25-lecie grając ostatnią turę koncertów przed zapowiedzianym zawieszeniem działalności. Koncert ten zatarł niezbyt dobre wrażenie po ubiegłorocznym gigu we Wrocławiu, gdzie zaprezentował w całości nową płytę Błysk, kompletnie pomijając lubiane przez fanów, stare utwory. Tych na szczęście nie zabrakło na tej trasie, już otwierający set zestaw staroci solidnie rozgrzał atmosferę i przypomniał mi czasy, gdy zapałałem uczuciami do tego zespołu i zjeździłem za nim całą Polskę ponad 10 lat temu. Na tym legu wprawdzie brakowało nie tylko gościa specjalnego, Piotra Banacha, ale także Pawła Krawczyka, ale dzięki temu gigi były nieco bardziej surowe instrumentalnie i może dlatego skutecznie udało się przywołać atmosferę dawnych czasów.
HIGHLIGHT: Dreams w klasycznej aranżacji, z genialnym solo na basie Jacka.

30 października to wyprawa do Birmingham i trzeci już elektryzujący koncert Metalliki w ramach Worldwired Tour. Przy okazji przekonałem się, że nawet trzy koncerty w ramach tego samego legu nie są w stanie sprawić, że znudzę się nimi. Po pozytywnych doświadczeniach z Londynu, ten gig także udało się spędzić w drugim rzędzie od strony zaplecza Jamesa, co było niemałym osiągnięciem, brawszy pod uwagę że tego samego dnia przyjechaliśmy z Londynu i zjawiliśmy się pod halą dosyć późno. Koncert obfitował w kolejne niespodzianki: w setliście Shortest Straw, Am I Evil? i po raz drugi Spit. A do tego śpiewanie z Jamesem War Pigs w trakcie doodle Kirka i Roba oraz nieoczekiwany zanik zasilania nagłośnienia w połowie One. A po gigu spotkania z sympatycznymi członkami ekipy technicznej!
HIGHLIGHT: śpiewanie z Jamesem War Pigs w trakcie doodle!

Listopad był najbardziej intensywnym miesiącem koncertowym tego roku - czekało mnie aż 7 znakomitych gigów! Miesiąc otworzyła Tina Guo - od dawna obserwowana przeze mnie wiolonczelistka, słynąca głównie ze współpracy z Hansem Zimmerem, ale także z koncertowania z Alem Di Meolą i solowej działalności. Koncertem w Londynie promowała swoją najnowszą płytę z muzyką z gier i to właśnie ten repertuar dominował tego wieczoru w małym kościółku w Hackney. Tina nie rozczarowała, prezentując się nie tylko jako weteranka sceny, ale także przemiła, twardo stąpająca po ziemi osoba. Dopisała także publiczność, stwarzając magiczną atmosferę wieczoru.
HIGHLIGHT: mój ulubiony motyw z Incepcji - Time.

Nie mogło zabraknąć koncertu Ala Di Meoli, który w hali Barbican zjawił się ze swoimi nieodzownymi druhami: Peo Alfonsim i Fausto Beccalossim. Miło było wreszcie zobaczyć Ala na pełnoprawnym koncercie w Londynie. Poza koncertową klasyką, Al zaprezentował także kilka utworów z nadchodzącego, nowego albumu. Miło było ich posłuchać po raz pierwszy na żywo w dobrze nagłośnionym venue. Jednak największą radość sprawiły mi koncertowe klasyki w postaci Café 1930, Turquoise i Mediterranean Sundance.
HIGHLIGHT: zawsze pobudzające publiczność Mediterranean Sundance.

Czwarty i ostatni w 2017 roku koncert Amy Macdonald odbył się w kościele w Hackney i był częścią akustycznej trasy, przed którą Amy rozgrzewała się trzy miesiące wcześniej w małej Omearze. Ten koncert różnił się od poprzedniego większą ilością utworów (w tym dawno nie granym klasykiem Barrowland Ballroom) i bardzo gustowną oprawą świetlną. Amy zagrała jak zwykle bezbłędnie i już po raz piąty w tym cyklu płytowym powaliła mnie na kolana. Nie mogę nasycić się jej brzmieniem na żywo, to absolutnie topowa performerka, którą każdy fan muzyki powinien chociaż raz zobaczyć na żywo.
HIGHLIGHT: podrywający publiczność do góry Mr Rock & Roll.

10 listopada, po 5-letniej przerwie, do Londynu powrócił jeden z najlepszych zespołów na planecie: Now, Now. Po odejściu Jess, trzon zespołu znów stanowi duet w postaci Cacie i Brada, wspierany przez dwóch kolegów-instrumentalistów. Now, Now zaprezentowali głównie materiał z ostatniej płyty Threads, jeden starszy utwór (Neighbors!) i kilka nowych utworów, w tym jeden jeszcze nieopublikowany. Now, Now zaprezentowali się w swojej najmocniejszej i najbardziej profesjonalnej jak dotąd odsłonie. Największą metamorfozę przeszła Cacie, która z nieśmiałej dziewczyny chowającej twarz za przydługą grzywką zamieniła się w pewną siebie, odważnie nawiązującą kontakt z publiką frontmankę. Publiczność zaś sprawiła, że ten wieczór był absolutnie magiczny nie tylko dla fanów, ale też i dla muzyków na scenie, wiwatując praktycznie bez przerwy przez cały koncert. Był to jeden z najbardziej niezwykłych i pamiętnych koncertów klubowych, w jakich uczestniczyłem!
HIGHLIGHT: Neighbors, po raz pierwszy na żywo!

Dzień później wybrałem się na specjalny koncert U2 na Trafalgar Square, na który bilety wygrał kolega i postanowił zabrać mnie ze sobą jako osobę towarzyszącą. U2 nagrywało specjalny występ dla MTV w ramach imprezy European Music Awards. Zagrali kilka swoich największych hitów i dwie nowe piosenki, a jedną z nich dwa razy. Występ ten solidnie mnie rozczarował, spodziewałem się powalającego gigu, a zobaczyłem ledwie poprawny, mało emocjonujący występ, któremu zupełnie zabrakło charakteru i energii.
HIGHLIGHT: Pride (In the Name of Love) - klasyczna piosenka zabrzmiała świetnie live.

W listopadzie pierwszy headlinowy koncert zagrało Hey Charlie, na których kolejny gig w Londynie niecierpliwie czekałem od czerwca. Dziewczyny wróciły do Londynu po pierwszej prawdziwej trasie koncertowej po Europie, gdzie supportowały All Time Low. Doświadczenie zdobyte w jej trakcie zaowocowało nie tylko większą pewnością siebie na scenie, ale także znacznie lepszym brzmieniem. Miło że w dzisiejszych czasach, w których dominuje nowoczesna produkcja i elektronika, może pojawić się dobry zespół który stawia na organiczne, surowe brzmienie. Brudne gitary, mięsisty bas, dynamiczna perkusja, wirujące blond włosy i krótkie spódniczki - to się nie może nie podobać.
HIGHLIGHT: ponownie genialnie wypadające na żywo She Looks Like a Dreamer.

Ostatni gig w Londynie wypadł 21 listopada, kiedy to w legendarnym 100 Club zagrał nowy zespół Siverta Høyema - Paradise. Zupełnie nowy repertuar, nowi koledzy na scenie, ale podobna, mroczno-dekadencko-psychodeliczna atmosfera. Sivert zdaje się w tym projekcie czuć jak ryba w wodzie i chociaż gig nie spowodował u mnie opadu szczęki, z zaciekawieniem wypatruję dalszych poczynań składu. Ale osobiście nadal wolę Siverta z czasów Madrugady i solowej działalności. Mimo wszystko było to zacne i adekwatne zakończenie długiej koncertowej przygody w Londynie, której kolejne etapy mam nadzieję jeszcze dopisać!
HIGHLIGHT: świetna, mroczna ballada Crying.

Po powrocie do Polski w grudniu czekały mnie jeszcze dwa koncerty w tej części Europy. 12 grudnia wybrałem się do Wrocławia na polską odsłonę pożegnalnej (?) trasy Heya zwanej FaYrant. Gig wypadł ciekawiej, niż ten w Londynie, nie tylko dzięki obecności wszystkich muzyków i zacnych gości (Piotr Banach & Kafi, Monika Brodka, Titus), ale także dzięki naprawdę światowej oprawie wizualnej i znakomitemu brzmieniu. Przekrojowy repertuar nie mógł zaś rozczarować nawet najbardziej zagorzałych fanów starych płyt, do grona których chyba się zaliczam. Był to bez cienia wątpliwości jeden z lepszych gigów w 2017 roku i jeden z najlepszych koncertów Hey, na których byłem.
HIGHLIGHT: cały sześcioutworowy segment klasyków z Banachem.

Zbiegiem okoliczności na ostatni, dwudziesty szósty koncert w 2017 roku wybrałem się w to samo miejsce, gdzie odbył się pierwszy w tym roku gig Green Daya - do praskiej Tipsport Areny. Ale koncert utrzymany był w zgoła odmiennym stylu - była to bowiem Royal Christmas Gala z udziałem Royal Symphony Orchestra, chóru Gregorian i licznych gości i solistów. Głównym punktem wieczoru była jednak Sarah Brightman, do której należała większa część drugiej połowy koncertu. Na jej gig polowałem już od wielu lat i nareszcie udało się zobaczyć i posłuchać jej na żywo. Wokalnie to jest zupełnie inny poziom i ciężko porównywać ją do wykonawców muzyki popularnej. Absolutnie perfekcyjny występ i tylko szkoda, że tak mało było Sary w Sarze, ale może jeszcze uda się kiedyś wybrać na jej własny koncert.
HIGHLIGHT: legendarne Phantom of the Opera i latające żyrandole!

Gdy patrzę na kalendarium koncertowe 2017 roku, nie mogę się nadziwić, jak wiele spektakularnych muzycznych momentów się w nim wydarzyło. Łatwo wszak zrobić suchą wyliczankę, zerkając choćby na listę moich top 5 wykonawców wszechczasów na last.fm - w tym roku nastąpiło największe nagromadzenie ich koncertów: 1. Metallica - 3 koncerty, 2. Al Di Meola - 1 koncert, 3. Paramore - 2 koncerty, 4. Green Day - 2 koncerty, 5. Katie Melua - 1 koncert. Ale to te niepowtarzalne, magiczne momenty sprawiają, że pamięta się dany koncert długo i wyraźnie. Takich momentów było w 2017 roku bardzo wiele.

Otwarcie Golden Circle na Green Day w Pradze, headbanging pod sceną w spelunie na Bones, majestatyczna Amy Macdonald w Royal Albert Hall, przybicie piątki i śpiewanie War Pigs z Jamesem, Time zagrane przez Tinę Guo, euforia fanów na gigu Now, Now, Piotr Banach ponownie na jednej scenie z Heyem, pierwsze pojawienie się na scenie Sary Brightman śpiewającej Ave Maria... to tylko kilka z wielu, bardzo wielu magicznych momentów, które sprawiły, że 2017 rok ustanowił poprzeczkę naprawdę wysoko i ciężko będzie mu dorównać.

Jestem wdzięczny, że miałem możliwość przeżyć tak wiele muzycznych uniesień z najwyższej półki w 2017 roku.

Poczytaj także podsumowania z poprzednich lat:

> Podsumowanie roku 2016

> Podsumowanie roku 2015

> Podsumowanie roku 2014

> Podsumowanie roku 2013

> Podsumowanie roku 2012

> Podsumowanie roku 2011

> Podsumowanie roku 2010

> Podsumowanie roku 2009

> Podsumowanie roku 2008

> Podsumowanie roku 2007

> Podsumowanie roku 2006

 

 

blog comments powered by Disqus

 

000webhost logo