METALLICA
02.04.2018
O2 Arena
Praga
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
07.04.2018

Chyba na żaden koncert koncert w całym moim życiu nie wyczekiwałem jeszcze tak długo i z taką niecierpliwością, jak na ten. Chociaż był to czwarty z pięciu koncertów w ramach europejskiej odsłony WorldWired Tour, na które postanowiłem się wybrać, to właśnie ten był tym wyjątkowym. A to dlatego, że oto uznałem, iż nastąpił właściwy moment, by wreszcie zabrać ze sobą na Metallikę także moich rodziców. Nosiłem się z tym zamiarem już od wielu lat, ale czekałem na idealne okoliczności. Wiadomym było, że rodzice nie pójdą ze mną stać pod sceną w ścisku przez wiele godzin, a miejsca siedzące na stadionie nie mają żadnego sensu. Trasa halowa ze sceną umiejscowioną w środku to własnie taka doskonała okazja: z każdego miejsca jest dobry widok, a ze środkowych trybun w dolnym sektorze widok jest nie tylko znakomity, ale przede wszystkim nadal ma się wrażenie uczestnictwa w koncercie, a nie tylko bycia jego obserwatorem.

Bilety nabyłem, jak tylko ruszyła sprzedaż na cały europejski odcinek trasy, a było to już ponad rok i tydzień temu. Z tak dużym wyprzedzeniem jeszcze nigdy nie kupowałem biletu na żaden koncert. Rok oczekiwania pomogły przetrwać trzy koncerty, które jesienią ubiegłego roku zaliczyłem w Wielkiej Brytanii. A pozwoliły one przekonać się, że obecna trasa cechuje się znakomicie zbalansowaną setlistą i najlepszą jak dotąd produkcją halową: efektowną, ale nie przesadzoną. Wprawdzie w setliście na stałe pojawia się 6-7 nowych utworów, ale kolejnych 7 zarezerwowanych jest na stałe, legendarne hity, który każdy zna i chce chociaż raz usłyszeć na koncercie, a pozostałe 4-5 piosenek pozostaje w rotacji. Do tego wspaniała atmosfera uczestnictwa w czymś wyjątkowym i niespotykanej dotąd bliskości i interakcji z zespołem na scenie.

Rodzice wyposażeni więc w bilety w najlepszym sektorze siedzącym (12 rząd dolnego, środkowego sektora wzdłuż dłuższego boku hali, dokładnie nad miejscem, spod którego zespół wychodził na scenę z zaplecza) i my tradycyjnie w bilety stojące na płycie, z zamiarem spędzenia gigu tak samo, jak udało mi się spędzić poprzednie trzy - pod samą sceną, nie dalej niż w trzecim rzędzie. Ruszyliśmy do Pragi dzień wcześniej, aby mieć możliwość wydajnego wypoczynku i pójścia na wyczekiwany gig naładowani energią i siłami. Pod halą zjawiliśmy się ok. godz. 14.00, ale Czesi nie należą do najbardziej nadgorliwych narodów i nawet zjawienie się na miejscu dwie godziny później nie powinno znacznie wpłynąć na nasze pozycje pod sceną. Nie chciałem jednak z powodu własnego lenistwa ryzykować stania choćby jeden rząd dalej od sceny. Przy WorldWired stawiam na kontakt wzrokowy i interakcje z zespołem!

W miarę punktualnie ok. godz. 18.00 otworzyły się bramy i zaczął się proceder wpuszczania tłumnie już ustawionych fanów do środka. Już tutaj nastąpił zabawny moment, gdyż jakieś 5 sekund przed otwarciem stwierdziłem, że dam już na wszelki wypadek bilet towarzyszowi Arkapie, na ewentualność gwałtownego naporu tłumu i ryzyka rozdzielenia się już na etapie przechodzenia przez kontrolę bezpieczeństwa i pierwsze bramki biletowe. Niewiele brakowało a byłoby za późno, bo otwarcie nastąpiło dokładnie w momencie przekazywania biletu i w akcie paniki mojego towarzysza o mało nie został podarty na strzępy.

Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, mało tego; panika zadziałała na korzyść Arkapy, które zdołał wyprzedzić mnie o kilka pozycji w tym małym zawirowaniu i przedostał się do środka tuż przed zawieszeniem się wszystkich skanerów biletowych. Na dobre kilka minut cała procedura wpuszczania kilkunastu tysięcy ludzi została wstrzymana, bo najwyraźniej w sterującym procesem pirackim, czeskim Windowsie XP wyskoczył blue screen. Po chwili jednak znalazłem się już w środku i to szczęśliwie z całą butelką wody wniesioną w tylnej kieszeni. Gdy po wypakowaniu rzeczy z przednich kieszeni zadzwoniłem na bramce, ochroniarz spytał tylko, czy mam pasek, a po jego pokazaniu, swobodnie mnie przepuścił. Ta woda bardzo się potem przydała na gigu, bo w praskim O2 nie było takiego luksusu jak w londyńskim, gdzie hojnie częstowano nas przepyszną, chłodną wodą w plastikowych kubeczkach.

Po zbiegnięciu po schodach i wbiegnięciu na płytę hali szybki rachunek zysków i strat i oszacowanie stron świata i zgodnie z planem lecieliśmy w ustalone miejsce, czyli na środek boku od strony zaplecza Larsa. Była to także ta sama strona, po której znajdował się sektor siedzący moich rodziców. Stwierdziłem, że to najwłaściwsza pozycja na ten gig. Na trzy koncerty w Anglii, jeden spędziłem od strony Larsa, a dwa od strony Jamesa i stwierdziłem, że w Oslo także najprawdopodobniej pójdziemy od strony Jamesa, więc teraz pójdziemy od strony Larsa. Hyhy. Pozostałe strony nie mają raczej zbyt wiele sensu, bo Rob i tak się kręci wszędzie w trakcie Bellz, a Kirk nawet na scenie wygląda na bardzo zmęczonego, więc nie ma sensu oglądać go jeszcze bardziej zmęczonego, gdy odpoczywa.

Podobnie jak na jesiennym odcinku trasy, jedynym supportem był norweski Kvelertak. I chociaż nie zdołał on przekonać mnie do siebie w trakcie trzech gigów na Wyspie, powitałem go na scenie z pewnego rodzaju satysfakcja. Po pierwsze, w mig przywołał we mnie wspaniałą atmosferę gigów w UK. Po drugie, ciężko nie docenić waloru komediowego - jak tu nie uśmiechnąć się, gdy groźny facet z długimi włosami zakłada na głowę wielkiego ptakulca ze świecącymi oczami. Muzyczka momentami także nie wydawała się brzmieć źle (a przynajmniej instrumentalnie, bo wokalnie jest raczej tak sobie), ale jak zwykle support gorzej nagłośniony od gwiazdy wieczoru, nie był w stanie powalić na kolana nawet w tych ciekawszych momentach riffowych. Ale w końcu nie po to tam przyjechaliśmy!

Po Kvelertaku tradycyjnie obserwowaliśmy pracę technicznych, którzy w niebywałym tempie przygotowują scenę dla Metalliki. Jest to atrakcją samą w sobie, zwłaszcza że z każdym koncertem człowiek rozpoznaje coraz więcej twarzy. Wyjątkowo ucieszył mnie widok Sary Lang, która pojawiła się po tej stronie tylko dwa razy, bo namiocik Larsa w trakcie trwania gigu obstawia jej przełożona, Foster. Ucieszył także widok jak zwykle zmęczonego Mike'a Gilliesa, który... przywitał się z kolesiem stojącym w pierwszym rzędzie dokładnie przede mną i dopiero wtedy zorientowałem się, że to ten sam koleś, który stał przede mną także na drugim koncercie w Londynie! Robił mi wówczas niezłą konkurencję w kategorii air drummingu i ostatecznie to jemu przypadła w udziale pałeczka od Larsa, ale stwierdziłem, że w tym musi być jakiś ukryty sens i wkrótce okazało się, iż się nie myliłem!

Niewiele ponad pół godziny później scena była gotowa i wyczekiwaliśmy już ostatecznego sygnału, jakim jest A Long Way to the Top, ale niespodziewanie na scenie pojawiło się dwóch technicznych, w tym perkusyjny, by uderzyć kilka razy w podłogowy tom, zerkając nerwowo w kierunku (jak sądzę) Big Micka. Po chwili konsternacji, najwyraźniej udało się naprawić jakiś drobny defekt techniczny i natychmiast po wystawieniu kciuka w górę, rozbrzmiała charakterystyczna piosenka AC/DC. Jeszcze w trakcie ostatnich jej taktów zgasły główne reflektory i po kilku kolejnych sekundach rozbrzmiało wyczekiwane Ecstasy of Gold. Po raz dwudziesty drugi w moim życiu! Tym razem nie tylko w towarzystwie dwóch spośród moich najlepszych przyjaciół, lecz także obojga rodziców! Wyczekiwany od ponad roku moment nareszcie nadszedł!

W trakcie Ecstasy członkowie zespołu wyłonili się z zaplecza. Kirk i Rob poszli na swoje strony, a James i Lars ustawili się wzdłuż brzegu, przy którym staliśmy. Staliśmy dokładnie na wprost schodków prowadzących na scenę, co pozwoliło nam obserwować wkroczenie na nią dwóch najważniejszych w tym zespole postaci. Jest to majestatyczny moment, warty zobaczenia z takiej odległości. Na początek poleciało tradycyjnie na tej trasie Hardwired. Krótko i na temat, trzy minuty klasycznego thrashu w nowoczesnej odsłonie.

Po Hardwired bez żadnej przerwy Atlas, czyli mój zdecydowany faworyt z ostatniego albumu. Jeden z tych kawałków, które nawet po zakończeniu trasy WorldWired powinny regularnie pojawiać się w koncertowym repertuarze. Jest soczysty, mięsisty, dosyć szybki, a zarazem świetnie gruwiący. Na żywo sprawdza się po prostu znakomicie. Mimo dosyć skomplikowanych partii perkusji, Lars czuje się w nim już na tyle pewnie, że śmiało szuka kontaktu wzrokowego z publiką. A ponieważ ma zwyczaj patrzenia głównie przez swoje lewe ramię, ze względu na inicjalne ułożenie perkusji na scenie, spoglądał w naszą stronę. A u nas nawet sporo się działo, bo utworzyliśmy taką grupkę żywo reagującą na to, co się działo na scenie. Przykuło to Larsa uwagę kilka razy i dzięki temu to właśnie w Atlasie zdarzyło się coś, dzięki czemu koncert ten dostał się do czołówki na mojej osobistej liście najlepszych gigów w kategorii "najlepszy kontakt z muzykami".

Zaraz na początku drugiej zwrotki Lars spojrzał w naszym kierunku, a ponieważ spędzałem ten czas aktywnie, jego wzrok zakleszczył się z moim na dłuższą chwilę i przez całą zwrotkę darliśmy do siebie japy i wymienialiśmy dzikie spojrzenia i małpie miny :) Był to piękny moment i choćby tylko dla niego cały wyjazd do Pragi miał sens. Takiego kontaktu z Larsem podczas koncertu jeszcze nie miałem i nawet pamiętne combo w postaci Sad But True + One z Birmingham nie może się z nim równać.

Ale to nie był koniec! Kolejny w setliście jest Seek, na którym Lars nie musząc skupiać się na idealnym odegraniu swoich partii także śmiało poszukiwał kontaktu wzrokowego z fanami. Na pierwszej zwrotce trochę się rozglądał i już podczas ostatniego wersu zdawał się przypomnieć sobie o naszym spocie, bo jakby z miejsca spojrzał w moim kierunku, co pozwoliło mi ponownie poświrować do niego pawiana. Nasza wymiana energii była tak elektryzująca, że już nawet nie odwracał wzroku uderzając w talerze i w pewnym momencie chyba za bardzo się skoncentrował na tych wygłupach, bo w połowie pre-chorusa uderzyło mu się w werbel trochę nie w tym miejscu i natychmiast odwrócił się z powrotem skupiając się na grze :)

Po Seeku przyszła pora na pierwszy, najciekawszy slot rotacyjny. W Londynie w tym miejscu usłyszeliśmy Never i Lepera, a w Birmingham po raz pierwszy od wielu lat Straw. Moja analiza setlist granych w Pradze wykazała, że przypadnie nam w udziale Leper i tak też było. Przyjąłem ten fakt z zadowoleniem, bo jest to kawał świetnego, mięsistego klasyka, który zawsze fantastycznie wypada na żywo.

Piąty slot to ballada w rotacji i tutaj jeszcze ta naiwna część mnie oczekiwała cudu w postaci The Unforgiven II. Piosenkę tę i Pragę łączy dramatyczna historia, po szczegóły odsyłam do relacji z koncertu By Request z Pragi z 2014 roku i festiwalowego gigu z Gelsenkirchen z 2015 roku. W każdym razie, jeśli gdziekolwiek miałby ten kawałek być zagrany na tej trasie, to właśnie w Pradze, a ponieważ całkiem niedawno wróciło pierwsze The Unforgiven, delikatnie się łudziłem. A jak nie The Unforgiven II, to wypadał The Day That Never Comes - drugi kawałek, który przegrał ze St. Angerem w Vote of the Day 4 lata temu i nie był jeszcze nigdy zagrany w Pradze. A jednak Lars "oszukał" i poleciało Sanitarium. Prawdopodobnie dlatego, że ze wszystkich ballad rotujących się w tym slocie, ten jest najmniej obciążający wokalnie dla Jamesa. Cóż, to wciąż kawał świetnego metallikowego klasyka.

Następnie wracamy do nowego albumu i nie mogło zabraknąć Now That We're Dead, oczywiście rozszerzone o mini doodle perkusyjne wszystkich czterech członków zespołu. Trzeba przyznać, że praska publiczność całkiem żywiołowo uczestniczyła w okrzykach "hey!" w tej partii utworu, a nie zawsze się to zdarza. Ciągłej ewolucji ulega także mini solo Jamesa na werbelku. Sympatyczny moment pozwalający zobaczyć członków zespołu w nieco innych rolach niż przez resztę koncertu. Ten fragment wyjątkowo spodobał się także mojej mamie!

Po Dead przyszła pora na rotujący się utwór z HTSD. ManUNkind, po zaledwie dwóch wykonaniach, został zapomniany, a to zostawiło nas z możliwościami w postaci Dream No More i Confusion (lub, ewentualnie, premiery niegranego jeszcze wcześniej kawałka: Am I Savage?, Here Comes Revenge lub Murder One). Tym razem, ku mojemu zadowoleniu, padło na Dream. I chociaż trafił mi się już po raz trzeci, bo zagrali go także w Londynie #1 i Birmingham, przyjąłem ten wybór z otwartymi ramionami. Ten ciężki jak walec, iście sabbathowy zgniatacz brzmi na żywo po prostu powalająco. Zabrzmiał tak nawet pod sceną, z miejsca, w którym akustyka nie wyświadcza zespołowi przysług. Powtórzę się, ale Dream mógłby na stałe zastąpić Sad But True.

Potem chwila oddechu dla wszystkich z wyjątkiem Roba, który z radością wykonał poprzedzające Bellz, wesołe intro na basie z okrzykami "hey!". Bellz stało się stałym elementem setlisty na tej trasie i nawet mi to aż tak bardzo nie przeszkadza. Świetnie pobudza publikę do zabawy po tym, jak raczej w skupieniu wysłuchuje poprzedzającego kawałka z HTSD. Tutaj podczas pierwszej zwrotki James podszedł do naszego mikrofonu i udało się nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Miał także miejsce zabawny moment, w którym na chwilę oderwał ręce od gitary, by (najwyraźniej) przedrzeźnić fana gestem air drummingu. W ogóle James jak zwykle dał popis swojego zwichrowanego poczucia humoru, a także czegoś, co wyglądało na delikatną chuśtawkę nastrojów. Nie zawsze wydawał się być w najlepszym z możliwych humorów, ale były też momenty szczerej radości na jego twarzy.

Po Bellz króciutkie doodle Kirka, a po chwili James został na scenie sam, by zainaugurować w pojedynkę kolejny miażdżący utwór z ostatniego płyty - Halo on Fire. Całkiem zasłużenie został on stałym elementem setlisty. Mnogość różnych, ale świetnie połączonych ze sobą partii sprawdza się na gigu znakomicie. Okazało się też, że przez te (ponad) pół roku utrwaliły mi się teksty nowych piosenek i większość z nich znam już na pamięć. W wyniku tego faktu wtórowałem Jamesowi w każdym słowie wyśpiewanym w tej piosence. A nie jest to dla niego łatwa piosenka. Na partię "Too dark to sleep/Can't slip away" podszedł do mikrofonu na wprost nas i to pozwoliło mi zaobserwować, jak bolesny grymas na jego twarzy zdradza, że zaśpiewanie tej dosyć wysokiej w rejestrze części sprawiło mu sporo wysiłku.

Końcowa partia z powtarzającym się "Hello darkness, say goodbye" to zaś czysta radość. Tutaj spokojni i powściągliwi na ogół Czesi ponownie stanęli na wysokości zadania. Chóralnie, bez zachęty, odśpiewali partie gitarowe "łooooo...", podobnie jak wymienione przed chwilą słowa powtarzane przez Jamesa. To jeden z najlepszych koncertowych momentów na nowym albumie, pozwalający na wielopłaszczyznową partycypację fanów.

Po Halo James przedstawił członków zespołu, a na scenie, dokładnie na wprost nas, pojawił się... statyw na nuty! Rzeczy, której nie widziałem na scenie Metalliki chyba od czasów S&M. Zbliżało się doodle Roba i Kirka, a James poinformował, że będzie zabawa. Byłem bardzo ciekaw, co to będzie. Od jakiegoś już czasu chłopaki wykonywali luźne wersje piosenek lokalnych artystów, skutecznie angażując rozbawioną publiczność do wspólnego śpiewania. W Pradze jednak przeszli sami siebie, wykonali bowiem pełną wersję klasycznej czeskiej piosenki Jožin z Bažin! Było to tym bardziej niezwykłe, bowiem Rob stanął na wysokości zadania i nie tylko zaśpiewał cały tekst po czesku, ale też własnoustnie imitował głos śmiesznego instrumentu-pierdziawki, zwanej kazoo. Nagranie z tego wykonania z miejsca stało się hitem internetu, a obserwowanie tego wykonania dokładnie na wprost nas było niezapomnianym przeżyciem. Nie muszę chyba wspominać, że obecni na gigu Czesi zareagowali euforycznie! Piękny, wesoły gest ze strony Roba i Kirka.

Po Józku z Bagien przyszła pora na poświęcenie chwili Cliffowi, w postaci wykonanej przez Roba Anasthesii. Reszta zespołu ma tutaj dłuższą chwilę wytchnienia, a po chwili wraca na scenę z nowym zapasem energii, by wykonać piosenkę w slocie coverowym. Tym razem padło na Am I Evil?, które pechowo trafiłem także na ostatnim gigu w Birmingham. Ale było to dopiero drugie wykonanie na żywo, jakiego miałem przyjemność doświadczyć, więc nie wygląda to źle w statystykach.

Po coverze nadszedł czas na slot rotacyjny hitów "mniejszej wagi": Fuel, Creep, albo Memory. Dwa pierwsze były grane w Pradze wielokrotnie na przestrzeni lat, więc padło na... Fuela. No cóż, naprawdę liczyłem na Memory, ale może w Oslo. Po Fuelu zaś rozbrzmiał tradycyjnie Moth, podczas którego nad sceną oczywiście latały drony - efekt ten nadal robi spore wrażenie!

Przed Sad But True miało miejsce coś niezwykłego. Standardowo na tej trasie ma miejsce dłuższa pogadanka Jamesa z publicznością i na ogół szuka on najmłodszej osoby w pierwszych rzędach, aby wspomnieć o tym, jak to fajnie, że nowa generacja fanów przychodzi na koncerty itd. Tym razem było jednak inaczej - James zwrócił uwagę na to, że na ich koncerty przychodzą także osoby starsze i że go to wzrusza. Jakże pasowało to do akurat tego gigu :)

Po standardowej porcji hitów w postaci Sad, One i Mastera (z przedłużoną końcówką, w której następuje pierwsze pożegnanie Jamesa z publicznością i skandowanie "hey!"), przyszła pora na kilka minut odpoczynku, z których chętnie skorzystali chyba nie tylko członkowie zespołu, ale też fani, którzy przez cały gig czynnie uczestniczyli w czynnościach gigowych! Ja przez ostatnie piosenki trochę oszczędzałem energię, bo chciałem jej pozostałości zużyć na zbliżającym się Spit Out the Bone!

Wprawdzie w pierwszym bisowym slocie może także pojawić się jeden ze starszych thrasherów (Battery, Fight, Blackened, Damage), ale generalnie zasada jest taka, że od czasu debiutu w Londynie #2, na każdym pierwszym koncercie w danym kraju, jest grany Spit. W Pradze więc nie mogło być inaczej i przyjąłem ten fakt z radością, bo to absolutny kolos, który powala na żywo. Tym razem, ze znajomością całego tekstu, postanowiłem bez zahamowań oddać się intensywnemu uczestnictwu w tym wykonaniu i odstawiłem najbardziej intensywny headbanging od czasu Metal Militia w Gelsenkirchen w 2015 roku :) Przez moment już myślałem, że mi odpadnie głowa i w sumie jakoś specjalnie by mi to nie przeszkadzało, ale jednak niestety została na swoim miejscu i trzeba się dalej męczyć :)

Zanim to jednak nastąpi, zostały jeszcze dwie piosenki - spokojny Nothing i eksplozywny Sandman. Fajerwerki pięknie odpaliły się w wybranych momentach utworu, a pył z pirotechniki osiadł m.in. na fanach w pierwszym rzędzie. Lars więc czym prędzej zszedł ze sceny, by chwycić za miotełkę i zaczął odkurzać fanów i inne urządzenia. Moment ten został uwieczniony na filmiku i trafił na Instagrama Larsa, gdzie można się również dopatrzyć mojej głowy :)

Tymczasem przy tradycyjnym, pożegnalnym rzucaniu kostek nastąpił kolejny przełomowy moment tego już niebywale pamiętnego wieczoru. Otóż, każdy kto mnie choć trochę zna, wie, że nie jestem łapaczem. Nie umiem złapać ani kluczy, które ktoś mi rzuci z odległości dwóch metrów, ani tym bardziej małej kostki gitarowej rzuconej w tłum fanów, którzy w amoku rzucają się na siebie by złapać rzeczone kostki, jakby miały uratować im życie. Kiedyś, w Oslo, udało mi się podnieść jedną z ziemi, po tym jak upadła dokładnie między moje nogi, ale kolejną dostałem w zęby i złapał ją ktoś inny. Rok temu w Londynie towarzysz Fixxxer zlitował się nad moim marnym losem i przekazał mi w geście litości jedną z trzystu, które jemu udało się, jak zwykle, bez problemu złapać. Tymczasem tym razem, tego wieczoru w Pradze... Kirk rzucił w naszą stronę garść kostek i... Jedną z nich złapałem, w dodatku w powietrzu!!! Tak, moja pierwsza kostka złapana na koncercie Metalliki. Osiągnięcie odblokowane - 100G. Aby przypieczętować sukces, drugą kostkę udało mi się podnieść z podłogi, podobnie jak w Oslo 4 lata temu. Ups, 6 lat temu. Hee...

Ale to nie koniec historii o sukcesach i pozyskanych pamiątkach. Gdy chłopaki schodzili po raz ostatni ze sceny - schodkami, przy których staliśmy, Kirk, Rob i Lars już skupieni próbowali jak najszybciej oddalić się z terenu hali i zniknąć za kulisami. Ale James w nagłym przypływie dobrego humoru szczerzył kły do fanów i nadal zdawał się być skory do wygłupów. Gdy więc gdy jako ostatni zszedł ze sceny, wychyliłem się z otwartą łapą do niego i krzyknąłem jego imię, a w odpowiedzi ten pacnął mnie w łapę, niniejszym po raz drugi przybijając mi piątkę!

Zakrzyknąłem piskliwym, gejowskim głosikiem małej dziewczynki w geście radości, po czym, zgodnie z wcześniejszym planem, udaliśmy się pod stanowisko Big Micka, by wyżydzić setlistę. Udało się nie tylko zgarnąć piękną setlistę do kolekcji, ale też wymienić serdeczności z jak zwykle przesympatycznym do granic Mickiem. W pełni usatysfakcjonowani i spełnieni, opuściliśmy praską halę O2, po czym czekało nas jeszcze ponad godzinne czekanie w korku przy wyjeździe z parkingu piętrowego, ale to doprawdy drobnostka - dominowało bowiem uczucie spełnienia z kolejnego pięknego gigu Met, na którym działy się istne fajerwerki!

Był to mój dwudziesty drugi koncert i z punktu widzenia weterana setlista może nie była najbardziej wyjątkowa, nawet w ramach obecnej trasy. Ale nie o to chodzi w WorldWired. Chodzi o interakcje, o otoczkę, o atmosferę, o bliskość, o spotkania, o uczucie uczestniczenia w czymś większym i ważniejszym. Pod tym względem ta trasa nie ma sobie równych i człowiek szybko zapomina o tym, że rotacja w setlistach nie jest tak zaawansowana, jak chociażby na World Magnetic. Ale na to przyjdzie czas, gdy czekając kolejną dekadę na kolejny album, będziemy jeździć na festiwale. Wtedy przyjdzie czas na grzebanie naprawdę głęboko w katalogu, jak na pamiętnym gigu w 2015 roku. Teraz jest czas na konkursy na najgłupszą minę z Larsem, przybijanie piątek z Jamesem, klepanie po ramieniu Roba, łapanie kostek Kirka, serdeczności z Big Mickiem, obserwowanie pracy technicznych itd.

Trochę zbiera mi się na smutek, gdy myślę sobie, że za niecały miesiąc czeka mnie ostatni rozdział tej przygody. Swoje ** (piip! cenzura) urodziny spędzę bowiem pod sceną w Oslo. Czyli w najlepszy możliwy sposób i nie zamieniłbym tego na nic innego - a jednak, będzie to prawdopodobnie moje pożegnanie z trasą WorldWired i kto wie... Oby nie była to już ostatnia okazja do zobaczenia Metalliki na koncercie halowym.

blog comments powered by Disqus

 

000webhost logo