NOW, NOW
23.05.2018
Cassiopeia
Berlin
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
03.06.2018

Po ubiegłorocznym koncercie Now, Now w Londynie nie miałem żadnych wątpliwości, że na kolejny muszę koniecznie się wybrać. Ich występ w malutkim klubie Omeara należał do najbardziej spektakularnych doświadczeń koncertowych całego mojego życia. Atmosfera i energia tego wieczoru były najwyższej miary. Takie koncerty zdarzają się naprawdę bardzo rzadko.

Now, Now sami sobie więc ustawili poprzeczkę naprawdę wysoko, chociaż istotnym elementem tego sukcesu była publiczność, która okazywała im miłość przez cały czas trwania koncertu, nie tylko w trakcie łaskawych braw pomiędzy piosenkami. Wówczas jeszcze nie do końca wiedzieliśmy, kiedy i w jakich okolicznościach znów zobaczymy Now, Now na żywo. Niedługo wcześniej zaczęli wypuszczać single zwiastujące nowy album, ale nadal nie było wiadomo, kiedy ów album się ukaże.

Ostatecznie trzeci długogrający krążek w karierze Now, Now zapowiedziano na 18 maja, a premierzy towarzyszyły koncerty w Europie, w tym kilka w UK i kilka na kontynencie. Wśród nich nie zabrakło Berlina, a ponieważ w międzyczasie zmieniłem lokalizację mojej rezydentury, tam było mi bliżej, niż do Londynu. Zaledwie 5 dni po oficjalnej premierze Saved udaliśmy się więc do małego berlińskiego klubu Cassiopeia, gdzie Brad, Cacie i dwóch nowych koncertowych kolegów zaprezentowało się z nowym materiałem.

Na miejscu zjawiliśmy się w trakcie trwania występu supportu, co pozwoliło natychmiast wdrożyć się w muzyczny klimat. A ten sączył się z tego miejsca obficie. Cassiopeia ma niszowy, artystyczny klimat, który skojarzył mi się z ulubionymi londyńskimi klubo-pubami, w których w ciągu minionych 4 lat podziwiałem wielu spośród ulubionych artystów na żywo. Klimat udzielił mi się natychmiat i poczułęm nieodpartą potrzebę celebracji w postaci zakupienia napoju chłodząco-gazowanego z zieloną etykietą, na której widniał znany każdemu napis rozpoczynający się na literę 'H'.

W doskonałej atmosferze ustawiłem się blisko sceny w strategicznym punkcie, który pozwolił mi na komfortowe obserwowanie nie tylko Cacie, ale i Brada. W Omearze z uwagi na nietypową konstrukcję sceny i kształt pomieszczenia obserwowanie perkusisty miałem odrobinę utrudnione. Tym razem nie chciałem popełnić tego samego błędu, tym bardziej że Brad to równorzędny członek zespołu, a jego niebanalny styl gry na perkusji zwrócił moją uwagę już podczas koncertu w Berlinie, na którym 9 lat temu miałem okazję zapoznać się z zespołem (wówczas pod nazwą Now, Now Every Children) po raz pierwszy na żywo.

Klub był tak mały, że scena nawet nie miała swojego zaplecza. To oznacza, że muzycy musieli wchodzić na nią od środka, uprzednio przechodząc przez tył pomieszczenia między publicznością. Prawdziwy underground, którego nie spotyka się zbyt często na koncertach innych niż te, które gra się samemu :) Set rozpoczął się od Yours, czyli najciekawszej piosenki spośród singli z nowego albumu wypuszczonych przed jego premierą. Świetnie bujająca piosenka, niepozorny, ale wymagający beat na perkusji i niespieszna, taneczna aura. Ten utwór najlepiej ilustruje nowy styl, który zespół przyjął na okoliczności tego albumu i jest jego najdoskonalszą inkarnacją.

Już od pierwszego kawałka było wiadomo jednak, że powtórki atmosfery z Londynu nie będzie. Po pierwsze, publiczność, chociaż serdeczna, zachowywała się znacznie bardziej zachowawczo. Osób, które faktycznie znały zespół i repertuar była garstka i jak nietrudno się domyślić, okupowali wraz z nami pierwsze rzędy. Miałem jednak wrażenie, że podobnie jak my, większość z nich to byli także przyjezdni. Była na przykład dziewczyna obecna na ostatni Parahoy'u - zdecydowanie nie Niemka. Na inny vibe koncertu spory wpływ miała też wyraźna niedyspozycja Cacie. Wyglądała na przemęczoną lub wręcz chorą, a jej problemy z głosem (czasem musiała przerywać wyśpiewywanie danej frazy, by kaszlnąć) zdawały się jedynie potwierdzać. No cóż, to przecież tylko ludzie i im także może zdarzyć się gorszy dzień. A skoro taki przydarzył się nawet Jamesowi w Oslo, to tym bardziej mógł przydarzyć się KC w Berlinie.

Drugim utworem było Wolf, czyli piosenka sięgająca jeszcze czasów trasy z Paramore w 2009 roku. To wówczas usłyszeliśmy ją po raz pierwszy na żywo (aczkolwiek we wczesnej, znacznie różniącej się od finalnej, wersji) i z miejsca się w niej zakochaliśmy. Chciałoby się rzec, to "stare, dobre Now, Nowy" i w obliczu ogólnie niechętnie sięgających do płyty Cars muzyków, zdaje się to stwierdzenie być jak najbardziej na miejscu.

Swoją drogą to dosyć ciekawe, że stosunkowo młody zespół, który ma na swoim koncie "zaledwie" 3 pełnoprawne albumy, przeszedł już tak daleką drogę i tak radykalnie zmienił styl, że granie tych starych piosenek w ich pierwotnych formach byłoby już mocno nienaturalne. Chociaż ja chętnie usłyszałbym na żywo takie piosenki jak Not One, But Two czy Everyone You Know, raczej nie pasowałyby one do obecnego repertuaru. Zwłaszcza w swoich pierwotnych wersjach i w tym świetle nie dziwię się Bradowi i Cacie, że rzadko wracają do tamtych utworów na obecnych gigach.

Wracając jednak do współczesności. Po Wolf pojawiły się kolejne piosenki z Thread, w postaci Lucie, Too i Separate Rooms. Uległy one dość znacznemu odświeżeniu stylistycznemu, ale Now, Now od dawna lubią bawić się aranżacjami. Sporym zmianom uległo także Cars - jedyny tego wieczoru utwór ze wspomnianej przeze mnie debiutanckiej płyty pod tym samym tytułem!! Cieszę się bardzo, że chociaż jedna stara piosenka została przemycona przez Brada i Cacie do repertuaru. Ogólnie ramy kompozycji pozostały te same - a więc linie melodyczne wokalu Cacie i charakterystyczny beat grany przez Brada na perkusji, ale tło instrumentalne uległo znacznej przemianie - doszły m.in. nieco dziwne i nie pasujące kosmiczne dźwięki grane na syntezatorze przez jednego z dwóch nowych giermków w zespole. Co do tych dźwięków miałem mieszane uczucia, ale z drugiej strony klasyczne brzmienie znane z albumu również nie pasowałoby do koncertu. Najważniejsze, że esencja utworu pozostała bez zmian i chociaż Cacie nieco męczyła się z wysokimi partiami wokalu, podołała wyzwaniu znakomicie.

Następnie przyszła pora na porcję nowych piosenek z Saved. Na początek Can't Help Myself, jedna z ciekawszych kompozycji, o niespiesznym tempie i nieco onirycznej melodyce. Dalej usłyszeliśmy nieco niezapamiętywalne Knowme, którego powtarzalne frazy nieco męczą na dłuższą metę. Ale po nim przyszła pora na prawdziwą perełkę. A jest nią tytułowe Saved, czyli największa perełka na albumie. Zwróciłem na nią uwagę już za pierwszym przesłuchaniem, ale z każdym kolejnym ta wyjątkowa kompozycja tylko zyskuje. Bardzo byłem ciekaw, jak wypadnie na żywo i jej wykonanie mnie nie rozczarowało. A nie jest to łatwa do zaśpiewania piosenka, jednak Cacie mimo niedyspozycji gardłowej oddała jej sprawiedliwość. Saved ma jedną z najlepszych progresji melodii w zwrotkach, jakie kiedykolwiek słyszałem nie tylko u Now, Now, ale w muzyce w ogóle.

Po chwilowym powrocie do Thread z powolnym Prehistoric przyszła pora na kolejną porcję nowości: Window, a potem po kolei single czyli taneczny MJ (który jest trochę zbyt podobny do Yours), AZ i chyba najbardziej przypominające "stare" Now, Nowy SGL. Po tej dawce bardzo solidnych kompozycji zespół autentycznie zszedł ze sceny, przeciskając się przez fanów, ale ci mimo mniejszego niż w Londynie entuzjazmu, skutecznie wywołali ich z powrotem na scenę na bisy.

Segment bisowy zaczął się od Dead Oaks, które Cacie zawsze wykonuje solo, akompaniując sobie na gitarze. Zawsze patrzę na nią z zachwytem, bo ten pozornie prosty utworek wymaga od niej pełnego skupienia i znakomitej kontroli oddechu. Po odśpiewaniu przez nią partii wokalnej z nieśmiałym udziałem publiczności próbowałem zachęcić ich do klaskania w rytm kończącej partii gitary, ale zanim zdążyli podchwycić, utwór się skończył. No cóż, kolejny dowód na to, że daleko im było do euforycznej, londyńskiej publiczności z Omeary.

Przedostatnim utworem było But I Do, podobnie w mocno przearanżowanej wersji, bardziej pasującej stylistycznie do obecnych, bardziej elektroniczno-ambientowych poczynań zespołu. Muszę przyznać, że niezwykle umiejętnie operują oni brzmieniem i ich przestrzenie dźwiękowe pełne są subtelności i wrażliwości, którą nie każdy artysta posiada. Podoba mi się to, że dają swojej muzyce oddychać, zamiast pchać do niej jak najwięcej ozdobników i przeszkadzajek, co często czyni te utwory niestrawnymi mieszkankami zbyt wielu stylów i elementów (na Ciebie i Twoją fontannę patrzę, Halsey).

Ukoronowaniem wieczoru był utwór Thread, którym zespół już od dłuższego czasu kończy koncerty (lub zamyka główny set). Słuszne zakończenie wzniosłego wieczoru, chociaż przy tych utworach brakuje Jess, która w końcu miała istotny wkład w komponowanie (w Lucie, Too zaśpiewała przecież całą zwrotkę, którą teraz na żywo wykonuje KC).

Był to jak dotąd najdłuższy koncert Now, Now, jaki miałem przyjemność podziwiać - 16 piosenek, czyli o jedną więcej, niż w ubiegłym roku w Londynie. Chociaż zabrakło School Friends, które było na setliście, ale zostało z niej wykreślone - chyba najpiękniejszy utwór z Threads. Ciekawe dlaczego, wiem że Cacie miała problemy wokalne, ale School Friends wcale nie wydaje się być trudny do zaśpiewania na tle takiego chociażby Cars. Nawet publika w pewnym momencie zaczęła wypytywać o ten utwór wiedząc, że powinien zostać zagrany, co wywołało pewną konsternację wśród Brada i Cacie.

Nie zmienia to faktu, że wieczór ten był wyjątkowo udany i fantastycznie było zobaczyć Brada i Cacie na żywo ponownie. To wspaniali ludzie, wrażliwi i utalentowani muzycy posiadający rządką umiejętność perfekcyjnego lokowania emocji w piosenkach i na koncertach. Po gigu zza kulis wyłonił się Brad, z którym nie omieszkałem się przywitać, wymienić serdeczności i wykonać pamiątkową fotografię. Przesympatyczny gość, któremu zawsze wspaniale uścisnąć grabę i pogratulować sukcesów artystycznych.

blog comments powered by Disqus

 

000webhost logo