STEVEN WILSON
12.07.2018
Hala Stulecia
Wrocław
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
25.08.2018

Steven Wilson to jeden z tych artystów, na koncert których wybierałem się już od lat, ale jakoś nigdy się "nie złożyło". Swego czasu zasłuchiwałem się namiętnie w kilku utworach Porcupine Tree, a i obok solowych wyczynów Wilsona nigdy nie przechodziłem obojętnie. Gdy więc wreszcie tak się "złożyło", że pojawiła się doskonała okazja, by zobaczyć wreszcie Stevena na żywo 12 lipca we wrocławskiej Hali Stulecia, długo się nie namyślałem.

Tematowi venue muszę jednak poświęcić nieco więcej miejsca. Hala Stulecia była bowiem dziwacznie nietrafionym miejscem na ten koncert. Ideą Stevena przyświecającą mu przy trasie promującej najnowszy album, To the Bone, było granie w nieco mniejszych salach, tak by zapewnić widzom mniejszą odległość od sceny, lepszy kontakt z muzykami i poczucie uczestnictwa w koncercie, jednocześnie nie zapominając o spektakularnej oprawie.

Na środku hali postawiono więc krzesełka, dzieląc je na kilka niewielkich sektorów, pozostawiając ogromne połacie wolnej przestrzeni nie tylko po bokach, ale i z tyłu - pomiędzy miejscami siedzącymi na płycie, a tylnymi trybunami, na które także sprzedawano bilety! W dodatku wszystkie bilety były siedzące, a więc wspomniana wolna przestrzeń pozostała pusta przez cały czas trwania gigu. Z kolei widownia, siedząca na trybunach była naprawdę daleko od sceny, jak na dużym koncercie halowym, chociaż widzieli przed sobą mnóstwo niezagospodarowanej przestrzeni. Doprawdy, przedziwne rozwiązanie i nawet sam Steven nawiązał do tego w trakcie koncertu ze sceny, podkreślając, że to "nie do końca zależało od niego". Intrygujące stwierdzenie z ust kogoś, kto zdaje się bardzo dbać o to, by mieć całkowitą kreatywną kontrolę nad każdym aspektem swojego własnego show.

Gdy już nadziwiliśmy się przedziwnym układem miejsc siedzących, zajęliśmy te nasze, które były bardzo przyjemne - był to pierwszy rząd drugiego sektora, zapewniający optymalne wrażenia wizualne i możliwość docenienia nietypowej oprawy koncertu. Tutaj bowiem najciekawsza sztuczka polegała na tym, że przed sceną powieszono przezroczystą płachtę, której prawie nie było widać, a na której w odpowiednich momentach wyświetlane były różne animacje lub materiały filmowe. Prosty, acz niezwykle efektowny pomysł, który nadał scenie niezwykłej przestrzenności. Często bowiem na płachcie i na sporym ekranie w tle wyświetlane były różne rzeczy, które wzajemnie się uzupełniały.

Tak było chociażby w niezwykle klimatycznym intrze, które z miejsca przypadło mi do gustu i zapamiętałem je jako jedno z najciekawszych wprowadzeń do koncertu, jakich miałem przyjemność doświadczyć. Otóż posłużono się prostym pomysłem, opierającym się na wyświetlaniu różnych haseł nazywających postawowe wartości i emocje znane każdemu człowiekowi, takie jak 'prawda', 'rodzina', 'współczucie', 'bezpieczeństwo' itd. Hasłom tym towarzyszyły proste ilustracje, obrazujące najbardziej oczywiste skojarzenia, które zapewne wskazałaby większość ludzi zapytana o takowe. Całości przygrywała beztroska, staromodna muzyczka. Początek był nieco sielankowy, a prezentowane hasła budziły pozytywne lub neutralne skojarzenia. Ot, słowo 'miłość' i obrazek przedstawiający bobasa śpiącego w objęciach rodzica. Oglądamy sobie coś takiego i rośnie w nas poczucie komfortu i miłych skojarzeń.

Z czasem zaczynają pojawiać się hasła negatywne, takie jak 'nienawiść', któremu towarzyszy ilustracja przedstawiająca członków Ku Klux Klanu. Pozytywne emocje pomału mieszane są z negatywnymi, ale skojarzenia nadal są dosyć oczywiste i bezpośrednie. Po pewnym czasie hasła i obrazki zaczynają się powtarzać, ale połączone są w inne niż dotąd pary. Na obrazek przedstawiający siedzibę scjentologów nałożono słowo 'nauka', a nie 'fikcja', jak wcześniej. Sielankową muzyczkę stopniowo wypiera mroczne, ambientowe tło dźwiękowe. Nasz mózg otrzymuje nietypowe pary skojarzeń, nad którymi automatycznie zaczyna się zastanawiać. Tempo zmiany obrazków narasta i zanim zdążymy wyciągnąć wnioski, na scenie pojawiają się muzycy i zaczyna się koncert!

Gig otworzyło podwójne combo z nowego albumu w postaci Nowhere Now i Pariah. Partie wokalne Ninet Tayeb, która wzięła udział w nagraniu studyjnym, zostały puszczone z taśmy, a jej wizerunek pojawił się na ekranie. Następnie Steven cofnął się nieco w czasie i zaprezentował Home Invasion i Regret #9 ze swojego poprzedniego albumu, Hand. Cannot. Erase. z 2015 roku. Już wraz z tym pierwszym pojawił się element specyficznej psychodelii, charakterystycznej dla muzyki Stevena. Świetnie zabrzmiał staroszkolnie brzmiący motyw klawiszowy w punkt odegrany przez Adama Holzmana.

Fani Porcupine Tree długo nie musieli czekać na materiał macierzystej formacji Wilsona. Steven wykonał The Creator Has a Mastertape z wydanego w 2002 roku albumu In Absentia. Utwór powalił mrocznym klimatem i specyficznym brzmieniem. Sekcja rytmiczna Craig Blundell + Nick Beggs zgrana doskonale. Powolnie narastające napięcie i eksplozja mocnego riffu. Jeden z tych kawałków, które zyskują zupełnie nowy wymiar na żywo. Następnie usłyszeliśmy kolejne dwa utwory z To the Bone: Refuge i People Who Eat Darkness.

Na zakończenie pierwszej części koncertu zespół zaprezentował kilkunastominutową wersję kolosa Ancenstral. Wykonanie to w niespotykany wcześniej sposób połączyło brud ciężkiego, staroszkolnego gitarowego grania ze specyficznym, psychodelicznym transem powtarzającej się, instrumentalnej partii.

Po tym zapewne wyczerpującym dla muzyków spektakularnym zakończeniu pierwszego setu nastąpiła 15-minutowa przerwa, w czasie której podeszliśmy pod scenę, by z bliska przyjrzeć się instrumentom i układowi sceny. Z tej perspektywy dziwny układ krzesełek w hali wyglądał jeszcze dziwniej, a co dopiero musiało być ze sceny.

Nadmienić trzeba, że przez całą pierwszą połowę ludzie rzeczywiście siedzieli. Ktoś tam w przednich rzędach próbował rozkręcić imprezę, ale się nie udało. Ochrona kazała ludziom siadać na swoich miejscach. W pewnym momencie ci z trybun podeszli na dół i stali za ostatnim rzędem miejsc siedzących, nikomu nie zasłaniając, ale rygorystyczna ochrona ich wyprosiła. Wydawało się, że pod względem żywej atmosfery rockowego koncertu, ten wieczór jest stracony. Nic bardziej mylnego!

Wróciliśmy na swoje miejsca i druga połowa zaczęła się dosyć punktualnie po 15 minutach. Nie wszyscy jeszcze zdążyli wrócić z sikania i uzupełniania zawartości alkoholu w organizmie. Drugi set Steven otworzył drugą tego wieczoru piosenką Porcupine Tree, Don't Hate Me z albumu Stupid Dream z 1999 roku. W jego trakcie na ekranie wyświetlały się bardzo gustowne widokówki z Londynu, które wywołały we mnie silne poczucie nostalgii.

W przerwie przed kolejnym utworem Steven po raz kolejny nawiązał do niezręczności siedzącego koncertu, ale na okoliczność kolejnej piosenki zachęcił ludzi do powstania z krzesełek i odważnej ekspresji emocji za pomocą swobodnych ruchów całego ciała. Muzycy zaczęli grać nieco "rozrywkowe" Permanating z To the Bone, podczas którego ludzie zaczęli nieśmiało podchodzić pod samą scenę. W końcu i my dołączyliśmy do nich i tak oto resztę gigu spędziliśmy na środku pod samą sceną. Mimo nie najgorszych miejsc siedzących, różnica we wrażeniach i poczuciu uczestnictwa w koncercie była kolosalna. To było jak dwa zupełnie różne doświadczenia!

Ochrona na początku próbowała z tym walczyć, ale się poddała, bo ludzie ich kompletnie ignorowali. Pod koniec już nawet aparatów/telefonów ludziom nie zasłaniali, jak to czynili wcześniej.

Steven i reszta muzyków też zdawali się być zadowoleni ze znacznie żywszej reakcji publiczności i reszta gigu przebiegła w sympatycznej, bardzo swobodnej atmosferze. Kolejnym utworem było Song of I z To the Bone, ponownie ze świetnymi wizualizacjami - na przezroczystej płachcie wiszącej przed sceną wyświetlono przyjemnie wywijajacą pannę. Fajny efekt, nawet obserwowany bezpośrednio spod sceny! Po chwili Steven znów powrócił do repertuaru Porcupine Tree, tym razem w postaci Lazarus z wydanego w 2005 roku albumu Deadwing.

Następnie Steven zaprezentował kolejne trzy utwory z To the Bone: Detonation, The Same Asylum as Before i bardzo dekadenckie Song of Unborn. Następnie sięgnął do wydanej w 2016 roku EPki 4 ½ i mocnego, instrumentalnego Vermillioncore. Główny set zakończył się zaś utworem Porcupine Tree zatytułowanym Sleep Together z albumu Fear of a Blank Planet z 2007 roku.

To oczywiście nie był koniec koncertu. Steven początkowo wrócił na scenę sam, by wykonać akustyczne wersje utworów Blackfield (z repertuaru innego zespołu Stevena o tej samej nazwie co tytuł piosenki) i Postcard z Grace for Drowning. Następnie koledzy dołączyli do artysty i razem wykonali The Sound of Muzak, kolejną piosenkę Porcupine Tree z In Absentia, i na koniec The Raven That Refused to Sing z trzeciego albumu solowego Wilsona pod tym samym tytułem (And Other Stories).

Tym razem był to koniec gigu, który trwał w sumie 3 godziny i 10 minut. Po odjęciu 15-minutowej przerwy rozdzielającej pierwszy i drugi set główny, pozostawia nas to z bardzo imponującymi 2 godzinami i 55 minutami, podczas których relatywnie mało było gadania i przerw - większość tego czasu wypełniła muzyka grana na żywo przez zespół na scenie. Imponujące!

Mój pierwszy gig Stevena powalił mnie na łopatki. To był, zgodnie z plakatem, prawdziwy Evening with Steven Wilson. Czułem się absolutnie usatysfakcjonowany solidną porcją muzyki, którą mi tego wieczoru zaserwowano. Inni artyści powinni brać przykład! Na tle takich występów, to wstyd grać godzinę i brać podobne pieniądze za bilet! Niestety, nie każdym aspektem tego dopracowanego show mogłem się cieszyć na 100%. Wizualnie było ok, ale dźwiękowo - już nie. Nie pomógł nawet dźwięk kwadrofoniczny - akustyka Hali, w większości zresztą pustej, kompletnie położyła brzmienie. A szkoda, bo muzyka do prostych nie należy, pełno w niej smaczków instrumentalnych i brzmieniowych, no i w takich warunkach zwyczajnie nie sposób się tym wszystkim delektować. No cóż, to wystarczająco dobry powód, by wybrać się na Stevena w przyszłości jeszcze raz!

blog comments powered by Disqus

 

000webhost logo