AMY MACDONALD
19.07.2018
Junge Garde
Dresden
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
08.09.2018

Można powiedzieć, że pięć koncertów w ramach jednego cyklu płytowego zupełnie wystarczy, nawet w przypadku najznamienitszych wykonawców na żywo. Co jednak jeśli wszystkie z owych pięciu koncertów odbyły się pod dachem, a artysta zapowiada jeszcze jeden leg na świeżym powietrzu? W dodatku artysta, dla którego letnie koncerty plenerowe (w tym zarówno duże, festiwalowe, jak i mniejsze, indywidualne imprezy) są równie naturalnym środowiskiem scenicznym, jak koncerty halowe i klubowe? Oczywiście odpowiedź może być tylko jedna: należy wybrać się na szósty koncert.

Tym bardziej, jeśli się danego artysty w takim settingu jeszcze nie widziało. A ponieważ na koncerty Amy Macdonald zacząłem się wybierać dopiero w cyklu płytowym Under Stars, nie złożyło się jeszcze, abym mógł sprawdzić na własne oczy i uszy, jak ta artystka sprawdza się w wydaniu plenerowym. Po licznych pro-shotach wiszących choćby na youtube nie miałem wątpliwości, że sprawdza się znakomicie, ale jednak taką wiedzę należy zawsze zweryfikować empirycznie!

Ze wględów geograficznych tym razem padło na wygodne logistycznie Drezno i bardzo sympatyczne venue Junge Garde - nieduży amfiteatr położony w środku parku. Coś, z czego Niemcy są znani, przynajmniej ci wschodni. Venue świetnie sprawdziło się dwa lata temu, gdzie w zacnym towarzystwie doświadczałem tu koncertu Deep Purple. Byłem więc przekonany, że venue sprawdzi się znakomicie także na Amy. Tym razem miałem zamiar spędzić gig na niewielkiej płycie pod sceną.

Owa obecność pod sceną, jak i moja obecność na gigu w ogóle stanęła jednak pod znakiem zapytania i to wielokrotnie. Na 48 godzin przed wydarzeniem zaczęły piętrzyć się dosyć istotne przeciwwskazania do wyjazdu. Ten wyjazd jest jednak znakomitym przykładem na to, że czasem wystarczy determinacja, silna wola i umiejętność podejmowania dobrych decyzji. Gdy ostatecznie postanowiliśmy, że jedziemy, nie oznaczało to wcale końca problemów, bowiem trzeba było jeszcze na miejsce dojechać w jednym kawałku... i na czas. A czasu nie było dużo, tak się złożyło.

Dość powiedzieć, że było go wystarczająco pod warunkiem, że podróż przebiegłaby sprawnie i bez opóźnień. Do Drezna jednak "od nas" jedzie się autostradą, a autostrady mają to do siebie, że Polacy lubią po nich jeździć pod prąd i dokonywać innych niebezpiecznych i nierozsądnych czynów. Jaka była przyczyna wypadku tego dnia - niewiem, ale niewiele brakowało, a na gig nie dojechalibyśmy na czas albo w ogóle. Na szczęście szybko podjęta decyzja o skorzystaniu z objazdu wygodnie zaczynającego się na wysokości, na jakiej zmuszeni zostaliśmy do zatrzymania się umożliwiła nam dotarcie na miejsce niemal w ostatniej chwili.

A to dlatego, że zjawiwszy się na miejscu dosyć późno, napotkaliśmy na kolejną istotną trudność w postaci konieczności znalezienia miejsca do zaparkowania w sytuacji, gdzie nie za bardzo jest gdzie zaparkować. Jakoś dwa lata temu na Purple'ach udało się to znacznie łatwiej, ale też przybyliśmy na miejsce wcześniej. Junge Garde nie ma dedykowanego parkingu dla widzów. Trzeba ratować się strefami parkowania wzdłuż pobliskich ulic i na terenie osiedla mieszkaniowego. Dobre pół godziny krążyłem po okolicy, zanim podjąłem nieco karkołomną decyzję o postawieniu samochodu w taki sposób, że niemal jego połowa zachodziła na wjazd na posesję. Dawało to uzasadnione obawy o zablokowanie owego wjazdu i odholowanie pojazdu, ale w tym momencie liczyło się tylko to, aby zdążyć na gig. Szczęśliwie jednak chwilę później na teren posesji wjechał sympatyczny Niemiec-emeryt, który z uśmiechem pokiwał głową że wszystko gra i że można zostawić w ten sposób samochód. Nie pozostało nic innego, jak udać się na gig ze spokojną głową i delektować się wspaniałym wieczorem pełnym najwyższej jakości muzyki na żywo.

Pozostało jeszcze w box office odebrać photo passa, gdyż moja kompania zjawiła się w Junge Garde nie tylko dla rozrywki, ale także z misją. Na miejscu okazało się, że zjawiliśmy się dosłownie 5 minut przed planowaną zbiórką fotografów. Chwila spóźnienia i oportunicja by przepadła. Po rozdzieleniu się, udałem się w kierunku bramek dla publiczności, by wejść na teren venue. Szczęśliwie udało mi się bez żadnych problemów przemycić butelkę z wodą, a dzień był to za zachodnią granicą dosyć ciepły, wieczór także. Możliwość trzymania przy sobie życiodajnej butelki z wodą stwarza więc niezwykle pożądane, dodatkowe poczucie komfortu.

Spokojnym krokiem zszedłem po dosyć mocno zaludnionych schodach amfiteatru, by ustawić się w dogodnym miejscu na niewielkim parkiecie. Szczęśliwie, większość niezbyt młodych Niemiaszków preferowała raczyć się zacnością gigu w pozycjach siedzących i na płycie wcale nie było jeszcze tłoczno. Nie przepychałem się. Miałem już niebywałe szczęście obserwować Amy z odległości 1 metra na żywo (w londyńskim klubiku Omeara), tym razem więc zależało mi przede wszystkim na optymalnym odbiorze dźwięku i jego wysokich walorów produkcyjnych. Strategicznie więc ustawiłem się dokładnie na wprost centralnego mikrofonu na scenie należącego do Amy i miałem znakomity pogląd na całą scenę i resztę muzyków. Jakieś 15 minut później koncert się rozpoczął!

Koncert rozpoczął się, podobnie jak każdy w tym cyklu płytowym, od otwierającego najnowszy album Under Stars, tytułowego utworu. Jedna z bardziej udanych kompozycji na płycie, dobrze sprawdza się w roli otwieracza, stopniowo "rozruszywając" publiczność. Dalej grane wcześniej w drugim slocie Don't Tell Me That It's Over zostało pominięte i Amy przeszła od razu do żywiołowego Spark. Następnie Amy nieco pospiesznie zaczęła grać Mr Rock & Roll, ale to jeszcze nie był ten moment w setliście. Sytuację skwitowała żartem, serdecznym śmiechem i zgodnie z setem wykonała Youth of Today. Uwielbiam, gdy Amy gra na żywo kawałki z pierwszej płyty. Mają one w sobie niepowtarzalny dramatyzm, którego nie udało jej się odtworzyć na żadnej kolejnej płycie. Zawsze gdy o tym myślę, zadziwia mnie, że tak młoda artystka stworzyła tak poruszającą muzykę.

Potem już zgodnie z setem przyszła pora na wyczekiwane Mr Rock & Roll. Nadal moja ulubiona piosenka i sądząc po reakcji publiczności nie tylko moja. Na koncertach w UK to zawsze był ten moment, kiedy wszyscy się ostatecznie podrywali z miejsc i na dobre rozkręcała się "impreza". Nie inaczej było pod gołym niebem w Dreźnie, gdzie składająca się w dużej części z osób starszych publiczność rozkręcała się powoli, ale - że tak powiem - "skutecznie".

Dalej setlista również przebiegała zgodnie z tym, co grane było na głównym odcinku trasy na wiosnę ubiegłego roku. Podobnie więc jak na koncertach w Poznaniu i Royal Albert Hall, usłyszeliśmy Dream On, Slow It Down, podczas którego Amy zwyczajowo zachęciła publiczność do wspólnego śpiewu i znakomitą, akustyczną wersję 4th of July. Wzniosły nastrój utrzymał się przy poruszającym Leap of Faith, które zostało włączone do repertuaru po serii akustycznych koncertów latem i jesienią ubiegłego roku.

Następnie Amy wróciła do bardziej żywiołowego repertuaru i zapodała kolejną powalającą piosenkę z pierwszego albumu, Poison Prince. Ciężko sobie wyobrazić jakikolwiek jej koncert bez tego obowiązkowego punktu. Sympatycznie wypada także na żywo nowy Automatic, ale to jednak nie jest ten sam kaliber, co materiał z This Is the Life. Z kolei bardzo energetycznie robi się przy wybitnie imprezowym Love Love z A Curious Thing - albumu, z którego Amy generalnie gra najmniej piosenek. Tutaj cały zespół ma pole do popisu i jest to taki klasyczny, taneczny rock 'n' roll w najlepszym wydaniu.

Po tej niezwykłej porcji pozytywnej energii Amy zaśpiewała jedyny tego wieczoru nowy utwór. Było nim Woman of the World, które podobno można usłyszeć na nowym filmie Disney'a Patrick. Z jednej strony fajnie, że pojawiło się coś nowego, z drugiej strony piosenka nie powala niczym szczególnym. A zastąpiła w secie moją ulubioną kompozycję z Under Stars - The Rise & Fall, którą w dodatku słyszałem jak dotąd na żywo zaledwie 3 razy (tak wiem, brzmi to nieco absurdalnie, bo to znaczy, że utwór był grany dokładnie na 50% koncertów, na których byłem).

Zbliżamy się do końca głównego setu, a to oznacza kolejną porcję klasyków ze wcześniejszych albumów Amy. Na początek średnio zachwycające Run, a potem oczywiście przegenialny moment w postaci This Is the Life. Z jednej strony to najbardziej rozpoznawalna piosenka Amy, a z drugiej - cóż, w pełni zasłużenie. To po prostu znakomita kompozycja, która na żywo po prostu powala. Tutaj impreza osiągnęła punkt szczytowy. Całe Junge Garde poderwało się do gibania na boki i wspólnego śpiewania z panią Macdonald. Główny set zakończyło monumentalne Life in a Beautiful Light, przy którym było już niemal zupełnie ciemno i można było bez przeszkód podziwiać wyrafinowaną grę świateł na scenie.

Oczywiście nie mogło obyć się bez tradycyjnych bisów. Wywoływana entuzjastycznymi owacjami Amy pojawiła się na scenie ponownie, by przy akompaniamencie jedynie własnej gitary wykonać przejmujące Prepare to Fall. Wszyscy słuchali w zadumie. Potem na scenę wrócił zespół by wykonać Down By the Water. Za każdym razem ta ballada "wchodzi" mi coraz bardziej. Na żywo zyskuje niesamowitej głębi i nawet nie brakuje Juliet Roberts, która śpiewała na wersji albumowej. Jest to świetny kawałek do wspólnego śpiewania dla publiczności, ze względu na swój prosty refren, którego można nauczyć się już przy pierwszym odsłuchaniu piosenki. Publiczność zebrana w Junge Garde śpiewała całkiem ambitnie, a i ja sobie podśpiewywałem, przy okazji starając się śpiewać w tonacji harmonicznej. Dzięki stoperom dobrze słyszałem swój własny głos, a dzięki dobremu nagłośnieniu i miksowi dobrze słyszałem wokale dobiegające ze sceny. Każdy refren starałem się śpiewać sobie innym głosem. Fajna zabawa!

Przyszedł czas na kulminacyjny moment koncertu, na który bardzo czekałem. Wszystkie piosenki, które mogłby zamknąć gig były już zagrane, z wyjątkiem jednej... Nieobecnej na dwóch ostatnich występach (tych akustycznych) Let's Start a Band. Cóż za niedopatrzenie! Jeden z absolutnie, bezwzględnie najlepszych utworów w repertuarze Amy został pominięty na tamtym legu. Bardzo brakowało mi tej piosenki. Ostatni raz usłyszałem ją na żywo na pamiętnym gigu w Royal Albert Hall, od którego minął już ponad rok! I chociaż Amy ma dosyć przewidywalne setlisty, celowo nie sprawdzałem, co było grywane na obecnym legu, żeby sobie nie zepsuć niespodzianki, na tyle na ile to możliwe... Gdy rozbrzmiały pierwsze dźwięki Let's Start a Band, towarzyszyły mi emocje z pogranicza wzruszenia i triumfu. Amy Macdonald w najlepszym wydaniu! Publiczność ostatecznie dała się porwać w stopniowo narastającej atmosferze prowadzącej do wybuchowego finału! Koncert zakończył się we wspaniałym stylu, a głośnym owacjom nie było końca.

Jak zwykle w przypadku Amy, spektakularna zawartość muzyczna to nie była jedyna atrakcja tego wieczoru. Amy niezmiennie czarowała osobowością i swoim charakterystycznym poczuciem humoru ze sceny. Część przekomarzanek z publicznością staje się po pewnym czasie dosyć powtarzalna - Amy lubi np. czynić uszczypliwe uwagi jednocześnie w kierunku publiki, jak i siebie samej, komentując że jej akcent jest trudny do zrozumienia i stąd czasem dosyć powściągliwie ludzie reagują na to, co mówi między utworami. Ale tym razem największym hitem była odważna wypowiedź dotycząca porażających sukcesów niemieckiej reprezentacji na tegorocznych Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej. Porównała tutaj Niemców do jej własnych Szkotów, którzy w tym roku nawet nie wzięli udziali w turnieju. Nie szczędziła przy tym cierpkich słów odnośnie obu drużyn, oczywiście z przymrużeniem oka. Powiedziała, że tym razem Niemcy byli tak samo "scheisse", jak Szkocja. Kudos dla Amy, trzeba mieć jaja by tak powiedzieć ze sceny. No ale to, że Amy to babka z jajami, wiemy nie od dziś :)

Tak oto zakończył się kolejny upojny wieczór muzyczny w towarzystwie wielkiej znakomitości, jaką jest Amy Macdonald. To już moja szósta relacja z jej gigu i mam wrażenie, że za każdym razem piszę to samo. Kończą mi się słowa, by zachwalać jej sceniczny majestat. Ale ona po prostu jest tego warta. To bezwzględny top topów live. A przy okazji dowód, że można w dzisiejszych czasach robić dobry koncert w 100% zagrany przy użyciu organicznych instrumentów, bez przesadnie wymyślnej produkcji. Mam nadzieję, że Amy już planuje nowe nagranie i że w kolejnym cyklu płytowym będę mógł zobaczyć ją ponownie co najmniej sześć razy.

Poprzednie koncerty Amy Macdonald:

21.11.2016 AMY MACDONALD Islington Assembly Hall, London, UK R  
24.03.2017 AMY MACDONALD MTP2, Poznań, POL R  
03.04.2017 AMY MACDONALD Royal Albert Hall, London, UK R  
29.08.2017 AMY MACDONALD Omeara, London, UK R  
08.11.2017 AMY MACDONALD St John at Hackney Church, London, UK R  

blog comments powered by Disqus

000webhost logo