KATIE MELUA
THE HOUSE
21.05.2010

I'd Love to Kill You
The Flood
A Happy Place
A Moment of Madness
Red Balloons
Tiny Alien
No Fear of Heights
The One I Love Is Gone
Plague of Love
God on the Drums, Devil on the Bass
The House

____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RECENZJA

Kot
04.06.2010

Było trochę perypetii z nowym albumem Katie. Napisanie piosenek od nowa, dwukrotna zmiana producenta... Hype w środowisku był olbrzymi, zwłaszcza w kontekście zapowiadanej zmiany stylu. Ciężko jednak było usłyszeć przed premierą singla coś konkretnego, z wyjątkiem bełkotu Mike'a Batta w rodzaju: "Kilka szczęk opadnie przy tych piosenkach". Wydawało się to bardzo trudnym zadaniem, zwłaszcza w sytuacji Katie - artystki, która po niezwykle udanym drugim albumie padła ofiarą zmęczenia materiału na trzeciej płycie. W końcu jednak jest - The House. Czy skomplikowana historia powstania tego dzieła odbiła się pozytywnie na jego jakości?

I'd Love to Kill You
Zaczyna się dosyć klasycznie. Delikatny głos Katie i gitara akustyczna. Jednak jeśli wsłuchamy się w tekst, okazuje się, że nie jest już tak milusio i cukierkowo, jak niegdyś. Z naszej Gruzinki wypłynęła jej mroczna natura i w taki sposób opowiada o miłości w tej nietuzinkowej piosence. Refreny pozbawione słów mogłyby być irytująco powtarzalne, gdyby nie subtelny, lecz świetnie uzupełniający je podkład instrumentalny w postaci mocno rysującego dół basu i bardzo delikatnych brzmień gitary elektrycznej i sekcji smyczkowej. Cieszy także mały detal: trzeci refren rozpoczyna się ostatnim słowem poprzedzającej go zwrotki, co przy pierwszym słuchaniu przyjemnie zaskakuje. Wykonanie Katie od strony technicznej jest absolutnie doskonałe.
Najlepszy moment: "Under your spell, in HELL".
9/10

The Flood
Pierwszy singiel, który narobił niesamowity apetyt na album na 3 miesiące przed premierą, nadal mocno trzyma swoją pozycję jako jeden z najbardziej spektakularnych utworów na płycie. W pełni pasuje tu słowo "epicki" - to jest właśnie to, czym jest The Flood. Już pierwsze brzmienia orkiestry o mocno wschodnim zabarwieniu zapowiadają utwór o bardzo ciekawym, egzotycznym posmaku. Refreny to istny majstersztyk: melodia rozpoczyna się jedną, mocno przeciągnięta nutą, ale zaśpiewaną z niesamowitą siłą, w dodatku podkreśloną niespotykanym dotąd u Katie pogłosem. Smyczki świetnie uzupełniają tą partię, by ustąpić miejsca Katie, która w drugiej połowie refrenu sięga najpierw bardzo wysokiego rejestru, by zakończyć go z charakterystyczną dla siebie subtelnością. Środkowa, upbeatowa część przynosi zapowiadane zmiany w stylistyce muzycznej, idealnie współgrając z kontekstem lirycznym utworu: "No I'm not afraid of changing/What we own becomes our prison". William Orbit wyraźnie zaznacza swoją obecność, wpuszczając po raz pierwszy do piosenki Katie coś, co wcześniej było praktycznie tabu w jej muzyce: wielościeżkowe wokale. Tutaj - w kluczowym momencie aż 3 różne melodie. Do tego wszystkie instrumenty, łącznie z grającą żywiołowy beat perkusją, nagrane są organicznie, a uzupełniają je delikatne elementy elektroniczne. Jak dla mnie, ta część mogłaby trwać znacznie dłużej.
Najlepszy moment: "Blame, no one is to blame" w upbeatowej części.
10/10

A Happy Place
Jedna z najbardziej postępowych piosenek Katie, która w niejednym wywiadzie podkreślała, że inspirowała ją m.in. muzyka z przyszłości. To tutaj doskonale słychać. Utwór jednak nie jest pozbawiony subtelności wokalnej, za którą kochamy Katie - słychać to zwłaszcza w intensywnych, długich zwrotkach. Bardzo mile zaskakuje mostek, podczas ktorego milknie na moment prawie całe instrumentarium, a po chwili okazuje się, że mimowolnie tupiąca noga zgubiła rytm. Nie zdążymy się nawet do tej zmiany przyzwyczaić, gdy nadchodzi jeden z absolutnie najlepszych momentów na płycie: electro wprowadzające ostatnią zwrotkę. Oprócz tego cieszą nietypowe brzmienia i wielowarstwowe wokale w refrenach. A końcówka to taki ukłon w stronę tych, którzy lubią zabawy częstotliwościami.
Najlepszy moment: electro łączące mostek z trzecią zwrotką.
9/10

A Moment of Madness
Majstersztyk. Gdyby nie wysoka jakość pozostałych utworów, możnaby wracać do tego albumu tylko dla tej chwili szaleństwa. Tutaj najwyraźniej rysuje się także wspominana przez Katie w wywiadach inspiracja muzyką z przeszłości. Rzecz zrobiona z niesamowitym smakiem i precyzją. Katie panuje nad swoim głosem jak nigdy wcześniej. Do tego wybornie przygotowane instrumentarium i... niegrzeczny tekst. I to, co tygryski lubią najbardziej, czyli diabeł tkwiący w szczegółach: mostek znów wybija nas zmianą rytmu, ale za to dla jakiej melodii... Katie zaś inteligentnie droczy się z nami: "I don't want to get what I want/But I'm willing to try".
Najlepszy moment: mostek zaskakujący zmianą tempa.
10/10

Red Balloons
Na pozór typowa Meluowa "kołysanka". Ale jak się dobrze wsłuchać słychać kolejne nowości. Przede wszystkim harmonie wokalne na otwierającym i zamykającym piosenkę... mruczeniu. Progresja melodii w refrenie jest bardzo ładna, wpada w ucho i jest skonstruowana całkiem inteligentnie. Minimalistyczne instrumentarium stopniowo dodaje więcej przestrzeni utworowi z każdą pętlą, chociaż i tak bujamy w obłokach od pierwszych sekund. Mostek przynosi tak pożądaną zmianę melodii i przełamanie rytmu. Nawet najbardziej zestresowany neurotyk przy tym utworze uspokoi się i zrelaksuje.
Najlepszy moment: prawie wyszeptane ostatnie "Will they burst or drift into arms".
9/10

Tiny Alien
Kolejna niespodzianka na albumie - piosenka jedyna w swoim rodzaju, urocza, ciepła, intrygująca i w przyjemny sposób kołacząca się w głowie nawet po zakończeniu słuchania albumu. Wydaje się, że została napisana i nagrana z wielką lekkością. Intryguje warstwa liryczna okryta pozornie fascynacją Katie kosmosem. Refreny wpadają w ucho prostą, ale bezpretensjonalną melodią. Wisienką na torcie jest zabawne zakończenie, w którym głos Katie niemal zamienia się w jakiś "kosmiczny" dźwięk.
Najlepszy moment: zamykające utwór wokalizy.
8/10

No Fear of Heights
Pierwsza z piosenek napisana wyłącznie przez Katie - trzyma wysoki poziom, chociaż na tle tak znakomitego albumu wypada odrobinę słabiej. Spełnia jednak to, czego przede wszystkim oczekuję od muzyki Katie - relaksuje. Piosenka sobie "płynie" w onirycznej atmosferze i maluje w moim umyśle piękne widoki. W sam raz do posłuchania podczas lotu samolotem w słoneczny dzień.
7/10

The One I Love Is Gone
Jedyny na płycie cover, znany z wykonań na żywo podczas ubiegłorocznej, letniej trasy koncertowej. Wersja studyjna różni się znacznie od wyżej wspomnianej. Interpretacja muzyczna Katie jest tu intrygująca, bardziej "zaciągająca". Pasuje do charakteru utworu, chociaż brakuje momentu, w którym Katie sięgała chyba końcówki swojej skali, wykonując tą piosenkę na żywo. Dlatego warto sięgnąć po obie wersje i wybrać swoją ulubioną. Zwłaszcza, że wyśmienite solo na klawiszach zostało tu zastąpione dosyć minimalistycznym gitarowym.
Najlepszy moment: "High on a mountainside".
8/10

Plague of Love
Pierwsze skojarzenie po usłyszeniu refrenu: czy to piosenka z Jamesa Bonda? Na całe szczęście - nie! Jest znacznie lepsza! Spokojniejsze zwrotki znakomicie przeplatają się z skocznymi refrenami. Beat dobrze gruwi, po raz pierwszy przy Katie ciężko usiedzieć, tylko mimowolnie porusza się bioderkami. Ponownie mamy bogato zaaranżowane instrumentarium i znakomicie zrealizowane harmonie wokalne, zwłaszcza w ostatnich przeciągnięciach refrenu. Ponownie, utwór kończy się zbyt szybko.
Najlepszy moment: harmonie wokalne w końcówce utworu.
9/10

God on the Drums, Devil on the Bass
W każdym stadzie musi znaleźć się brzydkie kaczątko. Po pierwszym przesłuchaniu tego utworu nie za bardzo wiadomo, co sobie myśleć. Najbardziej intrygujący tytuł na trackliście przynosi największe rozczarowanie. Zaskakująco, przy kolejnych odsłuchaniach okazuje się, że przycisk skip wcale nie jest w użyciu, a Bóg na tych bębnach do spóły z Diabłem na basie nawet dobrze gruwią. No i Katie wyraźnie miała radochę nagrywając... to coś. Aczkolwiek dosyć chaotycznie nagromadzenie dziwnych dźwięków jest nadal bardzo ciężkostrawne, a przesadna powtarzalność tytułowej frazy w tekście monotonna.
5/10

Twisted
Kolejne ciekawe zestawienie inspiracji muzyką przyszłości i przeszłości. Najwięcej słyszę tu lat 80-tych, chociaż z drugiej strony ciężko byłoby usłyszeć wówczas nagranie tak dobrze brzmiące. Powtarzalny często refren "Baby I'm twisted" może wydawać się zbyt infantylny, ale jeśli przeanalizujemy go szerzej w kontekście znaczenia piosenki, okaże się, że Katie ma święte prawo być zakręcona. Bo kto by nie był. Orbit znów pokazuje pazur i efekt jest bardzo interesujący.
Najlepszy moment: przyjemne brzmienie gitary elektrycznej w końcówce.
8/10

The House
Brak mi słów, by opisać tytułowy utwór. Cóż za cudowne zakończenie wspaniałej płyty. Druga z kompozycji napisanych wyłącznie przez Katie. Nigdy żaden utwór nie wprowadzał mnie w tak specyficzny nastrój i nie rysował tak skutecznie w wyobraźni imaginacji treści przekazywanych w tekście. Dosyć zagadkowych, trzeba przyznać. Do tego doskonale dostarczonego przez Katie: w "Why did you climb that last stair?" wręcz słychać zawód i rozgoryczenie. Słuchacz staje się tu wręcz drugim podmiotem lirycznym, uczestnikiem narracji. Nie mogę sobie przypomnieć, by wcześniej jakakolwiek piosenka jakiegokolwiek wykonawcy w tak aktywny sposób angażowała mnie emocjonalnie. Od strony technicznej także nie można tu niczego zarzucić: Katie popisuje się skalą głosu (i brzmi przejmująco dojrzale w niskiej tonacji), a smaczki brzmieniowe są jak najlepsze przyprawy na i tak perfekcyjnej potrawie: inteligentnie użyte flażolety, mistyczne chórki wsparte masywnymi uderzeniami basu i niepokojące, przeciągnięte dźwieki gitary elektrycznej i inne klimatyczne efekty, za którymi zapewne stoi pan Orbit. Ten utwór nie powinien się tak szybko kończyć i jest to główny powód, dla którego po przesłuchaniu całości albumu rzadko powstrzymuję się od jeszcze kilkukrotnego przesłuchania ostatniej ścieżki. Absolutne arcydzieło.
Najlepszy moment: ledwo słyszalny dźwięk, przypominający skrzypienie starych, drewnianych drzwi. Można sie lekko zaniepokoić, gdy usłyszy się to pierwszy raz, w dodatku siedząc samemu w ciemnym pokoju.
10/10

Tak oto otrzymaliśmy niezwykle silnego pretendenta do miana płyty roku 2010. A już na pewno najlepszą jak dotąd płytę Katie. Już po pierwszym przesłuchaniu kojarzyłem każdy z charakterystycznych, zapadających w pamięć utworów. Poza tym rzadko zdarza się, bym wielokrotnie wracał do premierowej formy przesłuchania (pełna koncentracja ze słuchawkami na uszach w ciemnym pokoju). To album zaskakująco zróżnicowany i spójny zarazem. Dopiero na The House powiodła się moim zdaniem koncepcja, która przyświecała także podczas nagrywania Pictures. The House byłoby świetnym soundtrackiem do filmu. Tym bardziej, że w dużej mierze Katie odchodzi tutaj od słodkich, cukierowych melodii i treści, do których nas przyzwyczaiła. Nawet o relacji damsko-męskiej opowiada w sposób mroczny (I'd Love to Kill You) lub niegrzeczny (A Moment of Madness). Muzycznie także jest to zaskakujące i dojrzałe dzieło, pomimo wyraźnie popowych wpływów. Trzeba jednak osiągnąć pewien poziom dojrzałości artystycznej, by zdecydować się ze śmiałością na taki krok. Katie wreszcie zerwała się ze smyczy Mike'a Batta i przeczuwam, że dopiero się rozkręca. Ten album nie spełnia oczekiwań, ale je przewyższa. Pokazuje, że Katie posiada intrygującą osobowość, którą stara się wyrazić w swoich działaniach artystycznych. To nagranie wydaje się być jedynie zapowiedzią tego, co usłyszymy jeszcze od niej w przyszłości. Jestem przekonany, że tkwi w tej Gruzince olbrzymi potencjał i najlepszy album ma ona dopiero przed sobą. Tym niemniej otrzymaliśmy płytę, która jest dla mnie w tej chwili w pełni satysfakcjonująca. Dom, do którego zaprasza nas Katie, ma 12 drzwi, za którymi czeka 12 zupełnie innych historii, innych przeżyć, innych nastrojów. Co więcej, uwielbiam być gościem w tym domu.

9,5/10

 

blog comments powered by Disqus