VARIUS MANX
09.07.2016
Planty Zamkowe
Ząbkowice Śląskie
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
26.07.2016

3 miesiące minęły od koncertu Varius Manx we Wrocławiu, na którym po raz pierwszy zobaczyłem ten zespoł na żywo i to w dodatku od razu z Kasią Stankiewicz. Było to polskie wydarzenie muzyczne o ogromnej randze, ponieważ zespół należy do tych nielicznych polskich grup, które bardzo lubię, ale nigdy wcześniej nie pomyślałbym, że dane mi będzie zobaczyć ich w takim składzie. Na szczęście pojawił się genialny pomysł, by zrobić coś wyjątkowego z okazji zbliżającego się 25-lecia zespołu i chyba tylko obecność Anity Lipnickiej mogłaby przebić to, co się teraz dzieje.

Koncert we Wrocławiu bym pierwszym rozpoczynającym mini trasę po klubach i zarazem pierwszym pełnoprawnym koncertem Kasi z Varius Manx po latach. W związku z tym zdarzyły się na nim pewne niesnaski, nie wszystko było zgrane, nie zawsze Kasia była rozśpiewana, kolejność utworów była dosyć chaotyczna. Po koncercie zaś stwierdziłem, że fajnie byłoby ich jeszcze zobaczyć na żywo w tym składzie, bo nie wiadomo ile to potrwa, a sami muzycy w wywiadach podkreślają, że nie snują na razie dalekosiężnych planów. Taka okazja nadarzyła się dokładnie 3 miesiące po koncercie w Starym Klasztorze - zespół bowiem w ramach licznych letnich koncertów na wszelakich "dniach wsi" wystąpił także w Ząbkowicach Śląskich na Dni Krzywej Wieży.

Ciekaw byłem, jak wypadnie ten koncert w porównaniu z poprzednim. Po trzech miesiącach Variusi z pewnością doszlifowali muzyczną stronę występów. Ponadto ciekaw byłem niezmiernie, jak zespół z Kasią sprawdzą się na plenerowej, darmowej imprezie w małym polskim miasteczku, bo wiadomo że z atmosferą na takich imprezach może być bardzo różnie. A nawet na biletowanym koncercie w klubie ludziom ciężko się było rozkręcić i przekonać do śmiałej zabawy w rytm ich ulubionych utworów.

Impreza odbyła się na Plantach Zamkowych i chociaż miejsce ma w sobie wyjątkową atmosferę i jest bardzo urokliwe, nie byłem przekonany, czy na pewno nadaje się na niebiletowaną imprezę masową. Ludzi było zdecydowanie więcej, niż była w stanie ze spokojem pomieścić ograniczona murami zamkowymi przestrzeń, a ludzi przyciągała nie tylko scena muzyczna, ale także karuzela i inne atrakcje, oczywiście z obowiązkowymi kebabem i piwem na czele. Na szczęście sektor przy scenie był oddzielony barierkami i solidną porcją ochrony, co skutecznie odstraszało ludzi, którzy nie potrafili rozstać się ze swoimi kubkami wypełnionymi pyszną, żółtawą cieczą. Dzięki temu panowały ten niesamowite luzy aż do rozpoczęcia występu Varius Manx.

Gdy zjawiliśmy się na miejscu, trwał akurat występ supportu. Pozwoliło to ocenić jakość nagłośnienia i dostosować filtry w stoperach do ogólnych poziomów głośności. Jak to zwykle bywa na takich imprezach, postawiono na mocno wyeksponowane, dominujące niskie częstotliwości i wysoką amplifikację całości w myśl zasady "im głośniej, tym fajniej". Mimo to, nagłośnienie wypadło korzystnie, ponieważ selektywność, dynamika i barwy poszczególnych instrumentów wypadły naprawdę nieźle. A nieco szkodliwe częstotliwości dało się świetnie skorygować stoperami i ogólny odbiór muzyczny stał na relatywnie satysfakcjonującym poziomie.

Zespół wypadł dużo lepiej niż 3 miesiące wcześniej. Kasia już zdecydowanie bardziej przyzwyczajona do starego, dawno nie śpiewanego repertuaru - nie zdarzały się jej już momenty zagubienia. Pozwoliło to skupić się wokalistce na energicznym, pełnym emocji "performęsie", nie zabrakło także nadal spontanicznych (!), uroczych i pełnych ciepła przemówień między kawałkami, mających na celu przede wszystkim okazywanie wdzięczności przybyłym słuchaczom. Cały koncert miał zdecydowanie lepszy flow, także dzięki drobnym zmianom w repertuarze.

Mimo że znów rozpoczęto od dosyć zamulającego A Prisoner, potem było zdecydowanie lepiej. Pierwsza połowa koncertu wyglądała bardzo podobnie do tej z trasy klubowej, z tą różnicą, że z jakiegoś powodu pozbyto się utworów Tokyo i Najmniejsze państwo świata (zbrodnia! Toż to najlepszy utwór z okresu Kasi Stankiewicz...). Poza tym, aż do instrumentalnego Elfa repertuar wyglądał dokładnie tak samo.

Spore zmiany nastąpiły w drugiej połowie. Pozbyto się obydwu utworów będących bonusami do wydanej w 2000 roku składanki: Najlepszy z dobrych i Wolni w niewoli (czyli, powiedzmy sobie szczerze, tych niekoniecznie najciekawszych utworów z repertuaru Varius Manx). Zamiast tego, pojawiły się dwa inne utwory. Pierwszym z nich był Maj (widoczny także na setliście kwietniowego koncertu, z jakiegoś powodu nie został jednak wówczas wykonany) - jedyna tego wieczoru piosenka z czasów post-Stankiewiczowych. Nie przez przypadek właśnie ten utwór został wybrany na ten, do którego na scenę zaprasza się osoby z publiczności. Na początku Kasia pochwaliła się, że ma talent do wynajdywania w tłumie osób, które okazują się świetnie śpiewać. No cóż, tym razem się nie udało...

Na scenę zaproszone zostały cztery koleżanki, z których trzy chyba nie do końca zdawały sobie sprawę z tego, co się dzieje. Z kolei ta jedna, która miała śpiewać, najwyraźniej nie miała pojęcia, którą ma śpiewać piosenkę. Sytuację próbowała ratować rozczarowana tą żenującą sytuacją Kasia, wskazując, w których momentach wchodzić i co śpiewać, ale i to niewiele pomagało babuszkom najwyraźnie znajdujących się w jakimś wymiarze alternatywnym. Ten komediowy moment wprowadził nieco uśmiechu na naszych mordach, ale z ulgą przyjęliśmy widok niewiast schodzących ze sceny i pozostawiających mikrofon w rękach Kasi.

Drugą piosenką niewykonaną na koncercie we Wrocławiu była Ameryka - czyli pierwszy po przerwie singiel nagrany ponownie z Kasią dla uczczenia 25-lecia. Bardzo jej zabrakło na poprzednim koncercie (była już wówczas nagrana i nawet miała premierę bodajże w jakiejś telewizji śniadaniowej). To Varius Manx w starym dobrym stylu, doskonała pop-rockowa piosenka z ujmującą, natychmiast wpadającą w ucho linią melodyczną i nieco melancholijnym nastroju. Ameryka wypadła na koncercie bardzo przyjemnie, chociaż na żywo Kasia nie zawsze radzi sobie z dołami w zwrotkach i ogólnie brzmienie w zwrotkach było bardzo zamulone i nie do końca pasowało do wokalu. Mimo to, fajnie było usłyszeć tę piosenkę na żywo. Prosimy o więcej!

Poza tym zrezygnowano z przydługiego segmentu akustycznego w drugiej połowie, podczas którego wykonywano piosenki, które później powtarzano w wersji z całym zespołem. Tak było wówczas np. z Orła cień. Tym razem Orła wykonano raz - na zakończenie głównego setu, a w ramach żartu nieco przedłużono piosenkę o instrumentalną kodę w humorystycznym stylu. I to wypadło o wiele ciekawiej, niż dwa osobne, utrzymane w różnej stylistyce wykonania tej samej piosenki. Chociaż i tym razem nie obeszło się bez powtarzania, bo zespół wywołany na drugi bis wykonał ponownie Pocałuj noc. A można było przecież wykonać jedną z czterech piosenek, które wyleciały z listy lub jeszcze coś innego.

Mój ulubiony moment nastąpił jednak jeszcze w pierwszej połowie - były to dwie najlepsze moim zdaniem piosenki w repertuarze Varius Manx jeszcze z okresu Anity Lipnickiej - Zabij mnie i Oszukam czas. Ta pierwsza wypadła korzystnie ze względu na większą moc w dźwięku i lepiej wyeksponowaną gitarę elektryczną (chociaż ja nadal dodałbym tym refrenom więcej pazura). Z kolei coraz bardziej przyzwyczajam się do współczesnej aranżacji tego drugiego utworu. Zdecydowanie wolniejsze tempo działa na korzyść tej bardzo lirycznej ballady i nadaje zacności pięknej progresji akordów w refrenach. W tym tempie piosenka świetnie "płynie" i buja na boki. Brakuje nieco tych śladów połamanego rytmu z oryginału, ale ogólnie to mógłbym słuchać przez cały koncert tylko tego utworu wykonywanego 18 razy pod rząd. Zresztą, jak powiedziała sama Kasia zaraz po nim: "To są dopiero ładne piosenki, co? Mogę je chwalić bo sama ich nie napisałam". Ucieszyła także zagrana i brzmiąca zgodnie z oryginałem najlepsza solówka gitarowa, która kiedykolwiek przyozdobiła album Varius Manx. I tylko jedna rzecz mogłaby się wydarzyć, by uczynić ten moment jeszcze lepszym - na scenie mogłaby pojawić się Anita Lipnicka. Może kiedyś?

Pozytywnie zaskoczyło zachowanie Ząbkowiczan i innych przybyszy. Ciekaw byłem, jak publiczność złożona w dużej mierze z przypadkowych i/lub mocno pijanych osób przyjmie taki spokojny, liryczny i bardzo refleksyjny koncert. Na początku grupka "fajnych" kolesi próbowała coś tam do Kasi wykrzykiwać między utworami, ale szybko im się znudziło. Ludzie w wieku od lat 5 do 55 słuchali w skupieniu, bujali się na boki, a im bliżej końca, tym odważniej śpiewali - zwłaszcza takie utwory jak Pocałuj noc czy Piosenka księżycowa. Kasia jak zwykle nie mogła nasycić się tą magiczną atmosferą i trzeba przyznać, że było niezwykle sympatycznie. Był to jeden z lepszych koncertów na letnich "dniach wsi", a na kilku już byłem, w przeróżnych miastach.

Czekam z niecierpliwością na kolejne dokonania zespołu z Kasią na wokalu i że posłucha tego, co zakrzyknął do niej między utworami jeden ze "Zbyszków": "zostań z nimi!"

 

blog comments powered by Disqus