AMY MACDONALD
24.03.2017
MTP2
Poznań
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
18.04.2017

Decyzja o tym, że mój pierwszy koncert Amy Macdonald, który odbył się w Londynie w listopadzie ubiegłego roku, nie będzie ostatnim, zapadła jeszcze zanim artystka zdążyła zejść ze sceny. Mimo mojej niedoskonałej znajomości jej repertuaru, jej doskonały pod każdym względem występ urzekł mnie na tyle, że nie miałem wątpliwości, że muszę wybrać się także do świeżo zapowiedzianego koncertu w Royal Albert Hall. Nie wiedziałem wówczas jeszcze, że w ramach trasy po Europie Amy wpadnie do Poznania, a ponieważ to "po sąsiedzku", nie mogło naszej reprezentacji zabraknąć i tam :)

Tym bardziej, że ze względu na gabaryty venue - halę MTP2 - była szansa na powtórkę z niezwykłego, nieco intymnego koncertu Amy w Islington Assembly Hall. Był to jeden z dwóch eksluzywnych, klubowych występów w ramach rozgrzewki przed premierą nowego albumu i właściwej trasy go promującej. Na wyspach Macdonald jest jednak znacznie bardziej popularna, niż w Polsce, a do tego były to jej pierwsze regularne koncerty w tym kraju (dzień wcześniej Amy wystąpiła także w Warszawie).

W MTP2 zgromadziła się może podobna ilość osób, co w Islington Assembly Hall (które było rzecz jasna wyprzedane), ale aura venue była nieco inna. Po wejściu do środka naszym oczom ukazał się segment gastronomiczno-piwny, z charakterystycznymi drewnianymi, piknikowymi ławkami, które kojarzą się raczej z imprezami o wątpliwej reputacji typu juwenalia. Po drodze rozwieszono nieco "dziurawą" płachtę, oddzielając w ten sposób segment gastronomiczny od scenicznego. Ponieważ nie było problemu, by wnieść sobie z tego pierwszego do drugiego plastikowy kubeczek z piwem, w myśl dobrej tradycyji tak też uczyniłem. Przyjemność ta kosztowała mnie 10 zł - czyli 2 funty. 10 zł to wydaje się trochę dużo, ale z drugiej strony w Londynie na koncercie nie da się kupić piwa za 2 funty.

Cały akapit należy się Newtonowi Faulknerowi, któremu przypadł zaszczyt otwierania wieczoru dla Amy na tej trasie. Jak jest z supportami, wiadomo - na ogół to nudny występ, którego nie chce się oglądać i słuchać i trzeba się przez niego przemęczyć, jeśli chce się mieć dobre miejsca podczas występu artysty, na którego bilety się kupiło. A miejsca mieliśmy dobre - podobnie jak w Islington Assembly Hall - był to centralny punkt pierwszych kilku rzędów, dokładnie na wprost mikrofonu Amy. Newton okazał się bardzo uzdolnionym muzykiem i wokalistą. Z pomocą fantastycznie brzmiącej gitary akustycznej, a także kilku prostych efektów m.in. w postaci beatboksa, czy prostych sampli perkusyjnych odgrywanych przy pomocy nogi.

A jednak będzie jeszcze jeden akapit. To naprawdę dobrze świadczy o Newtonie! Pochwalić go trzeba za urozmaicenie piosenek niestandardowymi technikami gry na gitarze - muzyk pokazał, że jest niezwykle sprawnym i kreatywnym instrumentalistą. Ale to dopiero wykonane na sam koniec Bohemian Rhapsody wywołało najbardziej ożywione owacje. Newton doskonale poradził sobie z całym utworem, bardziej sprawnie aranżując i odgrywając nawet jego środkową część! Mierzyć się z tak wielkim dziełem nie jest łatwo i Faulkner wyszedł z tarapatów obronną ręką, ostatecznie podgrzewając atmosferę przed występem gwiazdy wieczoru.

Wreszcie na scenie pojawiła się Amy wraz z zespołem i niby wszystko było świetnie, a jednak coś było nie tak. Z koncertu w Londynie zapamiętałem ją jako muzyka stale uśmiechniętego, nie mogącego ustać spokojnie, o rozbieganym wzroku, stale nawiązującego kontakt wzrokowy z fanami. Tymczasem Amy po wyjściu na scenę w Poznaniu zdawała się być niebywale skupiona, poważna, wręcz zmęczona i przez większość czasu wpatrywała się w podłogę. Coś było nie tak i zakładałem, że musiało coś nie grać z odsłuchami, w końcu bardzo często zdarza się, że podczas pierwszych kilku utworów konieczne są korekty miksu.

Szybko okazało się jednak, że to wcale nie o to chodzi. Amy słynie ze swojego poczucia humoru i tego wieczoru w Poznaniu pokazała, że potrafi być także uszczypliwa. O ile w Londynie liczne przemowy między piosenkami składały się głównie z zabawnych anegdotek z jej kariery i dowcipnymi dialogami z publicznością, tak tutaj artystka nie żałowała sobie złośliwych docinków w jej kierunku. Z początku trochę nie rozumiałem, skąd to się bierze, w końcu nasze rzędy i ludzie dookoła wydawali się świetnie bawić od pierwszych chwil (chociaż nawet w pierwszym rzędzie było kilka absolutnych "słupów soli"). Ale wystarczyło obrócić się za siebie, by zobaczyć las... no właśnie, po prostu las, bo na pewno nie można tego nazwać żywymi ludźmi, a tym bardziej fanami muzyki na żywo! Jak można przyjść na tak pozytywny i żywiołowy koncert i nawet nie kiwać rytmicznie głową, jest dla mnie nie do pojęcia.

Ale tak właśnie było. Pozwoliło to poznać Amy z nieco innej strony, a absolutnym hitem wieczoru był komentarz na temat wychodzenia do toalety. Kotary dzielące sektor sceniczony od sektora gastronomicznego umożliwiały Amy obserwowanie ze sceny, jak ludzie masowo wychodzą do toalet. "Obserwowanie jak wychodzicie do toalety jest naprawdę nieprzyjemne. Nie możecie się powstrzymać?" O ile usłyszenie tak bezpośrednio złośliwych komentarzy w stronę publiczności było bezcennym przeżyciem, tak jednocześnie było mi trochę wstyd, że na pierwszą poważną wizytę Amy w Polsce zgotowano jej tak chłodne powitanie.

Na szczęście nie miało to wpływu na poziom muzyczny koncertu. Tu jak zawsze było w pełni profesjonalnie i poprzeczka ustawiona wysoko na poprzednim koncercie została podtrzymana. Wokal Amy doskonały jak na albumach, fantastycznie zgrany i muzykalny zespół, dobre brzmienie mimo nienajlepszych warunków akustycznych (z tyłu musiało brzmieć znacznie gorzej). Publiczność rozkręcała się stopniowo coraz bardziej na tych znanych i żywiołowych kawałkach, ale jak to się mówi, szału nie było bardzo długo i dopiero pod koniec koncertu atmosfera rozkręciła się naprawdę solidnie.

Nieco zmieniona została setlista względem tej z listopada. Już imponujące i satysfakcjonujące 18 kawałków rozrosło się do 21. Nieco zmieniła się także kolejność i tak np. zamiast The Rise & Fall, gig otworzyło tytułowe Under Stars z nowej płyty. I chociaż w mojej opinii lepiej radziło sobie w tej roli Rise (które w ogóle jest moim ulubionym kawałkiem na płycie), Under Stars też dało radę. Przyjemna, dosyć mocna, ale nieskomplikowana piosenka w średnim tempie, która zapewne pozwala się odpowiednio rozgrzać zarówno Amy, jak i muzykom.

W środku spore roszady, chociaż pozostało kilka stałych, mocnych punktów setu, takich jak Spark czy Mr. Rock & Roll. Z setlisty wyleciało This Pretty Face, a pojawiły się cztery inne utwory: oprócz wspomnianego Under Stars, pojawiło się także świetnie brzmiące na żywo Youth of Today z pierwszej płyty, piękna ballada Never Too Late z nowej płyty odegrana jedynie przy akompaniamencie pianina i energiczny cover The Doobie Brothers w postaci Listen to the Music.

Na mnie największe wrażenie wywarły przede wszystkim dwa największe hity z pierwszej płyty, czyli Mr. Rock & Roll i This Is the Life, które chyba już zawsze pozostaną najbardziej udanymi i rozpoznawalnymi piosenkami w repertuarze Amy. Ten pierwszy, jako że pojawia się w secie dosyć wcześnie, to pierwszy kawałek, który naprawdę porywa publiczność. Ten drugi pojawia się krótko przed przerwą bisową, ale jest tak uniwersalny, że równie dobrze mógłby otwierać koncert, zamykać główny set, lub w ogóle być ostatnim bisem.

Uchowała się także akustyczna wersja 4th of July, która niezmiennie mnie zachwyca. To znakomity przykład minimalistycznej, acz genialnej aranżacji i instrumentalizacji. Subtelne dźwięki akordeonu i mandoliny nadają tej bardzo w końcu amerykańskiej piosence wyjątkowego smaczku. Wespół z mocnym, wiodącym wokalem Amy, tworzy to absolutnie powalającą, pełną przestrzeni i dynamiki całość. To właśnie nazywam muzykalnością - forma nie przerasta treści, a zamiast tego pięknie jej służy.

Podczas tych energetycznych piosenek wychodzi jednak drugie dno repertuaru Amy - piosenki, które na albumach brzmią gładko i "przyjemnie", na koncertach zyskują prawdziwie rockowego sznytu. Doskonałym przykładem jest chociażby Love Love, przy którym ciężko ustać spokojnie i podczas którego cały zespół dostaje niesamowitego powera. Podobnie jest podczas zamykającego główny set Life in a Beautiful Light, czy zamykającego całość, jedynego w swoim rodzaju, poruszającego Let's Start a Band.

Amy nie rozczarowała, dostarczyła znakomity show na wysokim poziomie - dokładnie to, czego można od niej za każdym razem oczekiwać, bez względu na okoliczności. Te, mimo że nieco tym razem trochę niesprzyjające, nie powściągnęły jej od dostarczenia fanom muzycznego doświadczenia na najwyższym poziomie. Ale momentami ewidentnie było ciężko, a pod koniec nawet jej basiście puściły nerwy, kiedy podczas Let's Start a Band kilka drętwych osób w pierwszym rzędzie nie mrugnęło nawet okiem. I nie, wiek nie ma tu nic do rzeczy, co pięknie udowodniła pierwszorzędnie bawiąca się grupka seniorów dwa tygodnie później w Royal Albert Hall, ale o tym w kolejnej relacji.

blog comments powered by Disqus