HEY CHARLIE
07.06.2017
Sebright Arms
London
____________________

GALERIA

____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
08.06.2017

Powrót na "stare śmieci" do pubu Sebright Arms po 4 latach i 1 tygodniu miał znaczenie niemal symboliczne - to tam, 1 czerwca 2013 roku, gościłem na moim pierwszym koncercie na Wyspach jako "mieszkaniec", a nie "turysta". A grała tam wówczas Anna Phoebe, co także dało początek pięknej i owocnej znajomości, która trwa do dziś. Tym razem jednak wybrałem się do Sebright Arms na koncert Hey Charlie - świeżo odkrytego lokalnego zespołu, który supportował Yonakę.

Hey Charlie odkryłem, gdy Charli XCX zakończyła cykl promocyjny albumu Sucker. Nie jest żadną tajemnicą, że ogromną sympatią darzyłem jej ówczesną perkusistkę, Debbie Knox-Hewson, która po zakończeniu przez Charli cyklu Sucker i rozmontowaniu świetnego zespołu, rozglądała się za nową "fuchą". Niedługo później Debbie zapowiedziała, że dołącza do Hey Charlie - zabawne podobieństwo nazw jest czysto przypadkowe! Dodałem więc sobie profile zespołu na wszystkich możliwych portalach społecznościowych, czekając na zapowiedź jakiegoś gigu.

Zapowiedzi się nie doczekałem, a jakiś czas później okazało się, że drogi Debbie i Hey Charlie w niewyjaśnionych okolicznościach się rozeszły. Jednak nadal obserwowałem zespół na portalach społecznościowych i opublikowany w pewnym momencie kilkusekundowy fragment koncertu przykuł moją uwagę - to brzmiało całkiem ciekawie! Spodziewałem się bardziej zwyczajowego, minimalistycznego i niezainspirowanego pitupitu w stylu indie, jakiego teraz pełno. Tymczasem usłyszałem organiczny gitarowy rock z krwi i kości z zaczepnymi, "dziewczeńskimi" wokalami. Mimo braku Debbie, czekałem dalej na wieści z zamiarem wybrania się na jakiś lokalny koncert w Londynie.

Przygotowanie zespołu do prezentowalnej formy zajęło dziewczynom trochę czasu. Grały czasem małe rozgrzewkowe koncerty w pubach, jednak nie były one anonsowane z wyprzedzeniem, co uniemożliwiło wybranie się na takowy. Uznałem, że najwidoczniej Hey Charlie nie jest jeszcze gotowe, by w sposób "oficjalny" pokazać się światu. Ten stan rzeczy zmienił się, gdy raptem miesiąc temu zespół wypuścił wreszcie pierwszy singiel i towarzyszący mu teledysk. Gig w Sebright Arms był pierwszym zapowiedzianym z wyprzedzeniem występem w Londynie, nie mogłem więc przepuścić takiej okazji i na własne uszy i oczy przekonać się, czy rzeczywiście warto było czekać.

Zacznę więc może od przedstawienia zespołu :) Po prawej, na gitarze basowej i wokalu - Sophie Scott. Dziewczyna cztery lata temu przygotowywała się do rozpoczęcia solowej kariery, ale po poznaniu Lizz zdecydowała się na uformowanie klasycznego zespołu rockowego. Z dużą i ciężką gitarą basową niewiasta radzi sobie doskonale, zapewniając precyzyjnie zgraną z perkusją rytmiczną podstawę każdej kompozycji Hey Charlie. Bas nie jest tu jedynie wypełnieniem; to równorzędny z gitarą instrument który otwiera i pcha do przodu większość piosenek. Sophie bardzo sprawnie posługuje się palcami, zapewniając miękki, głęboki, a zarazem wyrazisty dźwięk swojemu instrumentowi. Jej bardzo wysoki, wręcz "słodki" głos jest czymś, co z miejsca wyróżnia brzmienie zespołu.

Po lewej, na gitarze elektrycznej i wokalu - Lizz Steichen. To "druga połowa" Hey Charlie, wypełniająca średnie i wysokie częstotliwości masywnym, przesterowanym brzmieniem, wyjętym wprost z grunge'owych nagrań lat 90-tych. Grane przez nią riffy bywają nieprzewidywalne i w ciekawy sposób uzupełniają się z zagrywkami basu. Nie ma tu może wysublimowanych wstawek na miarę Carmen Vandenberg, ale też nie tego należy szukać u Hey Charlie. Głos Lizz jest nieco niższy niż Sophie, dzięki czemu ich wokale na koncercie świetnie się uzupełniają.

Pośrodku, na perkusji - Lauren O'Donnell Anderson. Pierwsze, co ciśnie mi się na usta - cóź, to nie Debbie. Ale ocenianie jej przez ten pryzmat byłoby niesprawiedliwe. Zresztą, dziewczyny mają co najmniej jedną wspólną cechę - obie mają za sobą solidne szkolenie w BIMM. Lauren jest bardzo solidną i kreatywną perkusistką. Twardo osadzony beat, precyzyjnie egzekwowane pauzy, świetne operowanie dynamiką, solidne zgranie z basem i smakowite, techniczne wstawki. Potrafi z wyczuciem wstawić przyjemny, nieregularny beat osadzony na ride w połowie zwrotki, wzbogadzając dynamikę utworu.

W trakcie półgodzinnego setu dziewczyny zaprezentowały ok. 8-9 autorskich kompozycji. Ciężko zaszufladkować ich styl i bardzo dobrze - o to chodzi w muzyce. Instrumentalnie to mocno inspirowany dokonaniami sceny grunge lat 90-tych solidny, skoczny, momentami ciężki rock. Nie ma tu żadnej elektroniki, brzmieniowo nic nie sugeruje, że mamy rok 2017 i mówię to w najlepszym możliwym sensie. Dziewczyny doskonale rozumieją dekadę, w której się urodziły i celebrują ją w bardzo autentyczny sposób. W utworach znaleźć można między innymi riffy mocno inspirowane Nirvaną i nie brzmią one ani trochę słabiej, niż na kultowym albumie Nevermind.

Same kompozycje i ich aranżacje bardzo pozytywnie zaskakują. Różnią się od siebie w sposób wyrazisty, każda jest w innym tempie, a często dochodzi także do jego zaskakującej zmiany w obrębie tej samej piosenki. I mówię tu o prawdziwych zmianach tempa - zwykłe zmiany podziału rytmicznego są bowiem na porządku dziennym, a do tego dochodzą ekscytujące i dynamiczne zmiany tempa, ubarwiające przykładowo środkową część oddzielającą drugą od trzeciej zwrotki. Zespół umiejętnie operuje także pauzami i biorąc pod uwagę, że w teorii gra najprostszą odmianę rocka i piosenki trwają 3-4 minuty, bogactwo aranżacyjne i różnorodność tematów na tak wczesnym etapie kariery robią ogromne wrażenie.

Wokale to element zdecydowanie wyróźniający Hey Charlie w gąszczu młodych zespołów. W kontraście z mrocznymi, ciężkimi riffami są bowiem bardzo melodyjne, wpadają w ucho i śpiewane są bardzo wysokimi głosami. Kojarzą się zdecydowanie bardziej z muzyką pop. Głosy Sophie i Lizz są bardzo różne, a do tego by podkreślić tę różnicę, wokal Sophie przepuszczony jest przez kilka efektów, co dobrze brzmi w trakcie piosenek, ale na czas spontanicznych wypowiedzi do mikrofonu między piosenkami efekty te powinny być wyłączone, bo nie brzmi to najlepiej i utrudnia zrozumienie tego, co mówią jeszcze nieco mało charyzmatyczne frontmanki.

No właśnie, frontmanki, bo po obejrzeniu i wysłuchaniu występu cieżko ocenić, kto jest liderem formacji. Początkowo wydawało mi sie, że Sophie (jej osobowość i aura zdecydowanie wybijają się na tle koleżanek), ale dziewczyny zdają się dzielić obowiązki wokalne między siebie po równo. Obie także mają kilka momentów, w których śpiewają solo i te momenty zdają się być dobrze dobrane zważywszy na różne walory wokalne obu pań. Poza tym jest trochę zaczepnego skandowania, trochę próbowania się w harmoniach - ale tutaj do perfekcji jeszcze trochę brakuje. Zdarza się, że dziewczyny nie trafią w dźwięk, czasem też trochę się "rozjadą" rytmicznie, ale biorąc pod uwagę, że to przecież wciąż młody i debiutujący na scenach zespół, jest naprawdę nieźle.

Mamy więc autentyczny, organiczny rock, który w ciekawy sposób łączy brudną, ciężką muzykę gitarową, kojarzącą się raczej z "twardymi" facetami i na wskroś żeńskie, delikatne wokale. Swoją dziewczeńskość zespół podkreśla także konsekwentnie budowanym wizerunkiem scenicznym - Hey Charlie na scenie zawsze pojawia się w takich samych kostiumach, kojarzących się ze strojami amerykańskich cheerleaderek - białe, krótkie spódniczki, czerwone bluzeczki i czarne podkolanówki. W zestawieniu z twardym brzmieniem wygląda to obłędnie, do tego ze sceny wylewa się energia - długie blond włosy latają na lewo i prawo, a między członkiniami w trakcie grania dostrzec można prawdziwą chemię, profesjonalną muzykalność i zwyczajną, szczerą radość z grania muzyki na żywo.

Z jednej strony mamy więc do czynienia z debiutem, który dopiero stawia pierwsze kroki na małych scenach brytyjskich klubów. Z drugiej strony Hey Charlie to projekt przygotowywany od paru lat i składający się z muzyków, którzy już żółtodziobami nie są. Teraz przyszła czas na ofensywę i podbijanie muzycznego świata, w którym tradycyjna muzyka gitarowa zdaje się schodzić na coraz dalszy plan, ustępując miejsca komputerom, elektronicznym beatom i rapującym murzynom. Miło widzieć estetycznie prezentujące się dziewczyny, które idą pod prąd i nadal wierzą w coś, co już dawno wyszło z mody.

Na zakończenie setu Sophie, Lizz i Lauren wykonały swój pierwszy singiel, będący zarazem jedynym opublikowanym dotąd kawałkiem - Hey. Zabrzmiał on na żywo znacznie potężniej, niż na nienajlepiej wyprodukowanym nagraniu studyjnym. Oglądając ich występ pomyślałem sobie, że gdybym był łowcą talentów w jakiejś dużej wytwórni, natychmiast podpisałbym z nimi wieloletni kontrakt płytowy i rzucił w nich garścią banknotów, by wyprodukować im dobry album z dobrym producentem. A producentowi podpowiedziałbym, aby ich do granic swoich możliwości w obu kierunkach - niech pojawi się w ich repertuarze coś skrajnie szybkiego, krzykliwego i punkowego, a z drugiej strony zaeksperymentujmy z czystym brzmieniem, zróbmy coś na wzór ballady. Liczę na to, że Hey Charlie nadal będzie poszerzać swoje horyzonty i wzbogacać brzmienie, bo już teraz jest pod tym względem naprawdę obiecująco.

Warto śledzić ich karierę - ja wróżę formacji świetlaną przyszłość. Zresztą, już dziś, raptem dzień po supportującym występie w Sebright Arms, dowiedziałem się, że pod koniec miesiąca zespół zagra także headlinowy gig w tym samym klubie, gdzie na pewno mnie nie zabraknie. A ponadto dołączył do festiwalowego line-upu na British Summer Time w Hyde Parku, gdzie będzie jednym z supportów Green Day'a. Kariera Hey Charlie już więc nabiera wiatru w skrzydła - a jeszcze w tym roku ma się także ukazać co najmniej EPka z kolejnymi piosenkami. Mam nadzieję, że będzie lepiej wyprodukowana i będzie lepiej odzwierciedlać brzmienie zespołu na żywo.

blog comments powered by Disqus