HEY
16.12.2017
Tipsport Arena
Praga
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
23.12.2017

Na koncert Sary Brightman polowałem od ładnych paru lat. Słynna sopranistka posiada liczne grono fanów w mojej muzykalnej rodzinie. Mimo że na codzień słucham raczej innej muzyki, jej twórczość nigdy nie była mi obca. Przyznać muszę, że chociaż nie jestem wielkim fanem opery, głos Sary zawsze koił moje nerwy, zamiast je drażnić, jak to na ogół dzieje się przy słuchaniu głosów operowych.

W rodzinnej płytowej biblioteczce znaleźć można oryginalne wydania wszystkich albumów Sary i zawsze imponowało mi, w jak udany sposób potrafiła ona połączyć pozornie odległe światy szeroko pojmowanej muzyki klasycznej i nowoczesnego popu. Doskonała okazja do zobaczenia jej na żywo nadarzyła się nareszcie, gdy zapowiedziano trasę koncertową pod szyldem Royal Christmas Gala, na której Sarah była "główną atrakcją".

Nie była jednak jedyną atrakcją, a więc na jej pojawienie się trzeba było poczekać do drugiej części koncertu. Obie trwały po 1 godzinę i 10 minut, a oddzielała je 20-minutowa przerwa. Pierwszą część potraktowałem więc jako swego rodzaju "support", chociaż w tego typu imprezie wygląda to nieco inaczej niż na tradycyjnym gigu, kiedy artyści po kolei występują ze swoimi własnymi repertuarami. Tutaj myślą przewodnią były święta Bożego Narodzenia i szeroko pojmowana muzyka świąteczna wypełniła większość prezentowanego tego wieczoru repertuaru.

Swoistymi "gospodarzami" wieczoru była niemiecka grupa muzyczna Gregorian, słynąca z aranżowania popularnych utworów różnych gatunków na modłę chorałów gregoriańskich. Otworzyli oni imprezę wykonując kilka utworów z najnowszego albumu, Holy Chants. W kilku utworach na scenie gościnnie pojawiła się także młodsza siostra Sary, Amelia Brightman. Wokalistom przez cały czas towarzyszyła także The Royal Symphony Orchestra oraz klasyczny zespół złożony z klawiszowca, gitarzysty, basisty i perkusisty.

Role solistów w tej części koncertu przypadły ponoć znanym w pewnych kręgach tenorom. Byli to kolejno: Mario Frangoulis z Grecji, Narcis z Rumunii (który zebrał najgorętsze owacje w tej części koncertu) oraz Fernando Varela z Puerto Rico. Ten ostatni próbował zareklamować swój kraj, cytując fragment największego przeboju tegorocznego lata, co wywołało oczywiście ogólny ubaw wśród publiczności i błogie oklaski. Moja dłoń jednak zamiast uderzać rytmicznie o drugą, uderzyła raz w czoło.

Na szczęście były także ciekawsze momenty. Osobiście najbardziej zapadł mi w pamięci występ solowy młodziutkiej Rosjanki Alisy Sadikowej, która oczarowała wspaniałym popisem na harfie. Jest to intrygujący instrument o bardzo specyficznym, kojącym brzmieniu i z wielką przyjemnością wysłuchałem po raz pierwszy na żywo wirtuozerskiego występu solowego przy jego użyciu.

Wreszcie, na samym początku drugiej części, na scenie pojawiła się wyczekiwana Sarah. Otworzyła swój set spektakularnie - powalającą wersją Ave Maria. Fantastycznie było nareszcie usłyszeć ten utwór na żywo w prawdopodobnie najlepszym wykonaniu na planecie.

Dopiero, gdy na scenie pojawiła się Sarah, uruchomiono pełną oprawę koncertu. Gra świateł była stonowana, ale doprawdy imponująca i fantastycznie współgrała z muzyką. Siedzieliśmy dokładnie na środku hali i symetryczny widok na scenę znakomicie podkreślił wrażenia wizualne. Nad sceną wisiały dekoracyjne żyrandole, które podczas wybranych utworów dynamicznie zmieniały położenie i układały się w różne kształty, nieco podobnie jak sześciany na obecnej trasie Metalliki.

Nagłośnienie i brzmienie także zrobiły na mnie spore wrażenie. Nie łatwo jest prawidłowo miksować koncert o takiej ilości instrumentów i wokalistów, w dodatku ze stale zmieniającym się składem. Tymczasem selektywność stała na bardzo wysokim poziomie, wokale nigdy nie były przysłonięte instrumentami, te z kolei dało się zawsze bez problemu odróżnić i nawet wychwycić różne smaczki. Dynamika i brzmienie były bardzo satysfakcjonujące.

Po Ave Maria Sarah wygłosiła jedno z bardzo niewielu tego wieczoru przemówień i zapowiedziała kolejny utwór - będące częścią Requiem Pie Jesu, którego swoją wersję napisał specjalnie dla niej Andrew Lloyd Webber. Sarah wykonała ten utwór w duecie z Narcisem. Dalej już było tradycyjnie, kolędowo - Silent Night zabrzmiało bardzo klasycznie, ale są utwory, których nie powinno się na siłę zmieniać i ta klasyczna kolęda zdecydowanie do nich należy.

Pierwszą część jej występu zakończyła La Luna, gdzie adekwatnie na ekranie w tle pojawił się wielki księżyc. Niestety, jej występ nie trwał w sposób ciągły i przerywany był różnymi "atrakcjami". Choć na ogół sympatyczne, to jednak wolałbym, aby miejsce dla nich przeznaczono w poszerzonej pierwszej części, a w drugiej skupiono się na Sarze, tak aby zapewnić widzom możliwość pełnej immersji w jej magiczny występ.

Pierwszy przerywnik był zresztą najsympatyczniejszy i okazał się jednym z najbardziej pamiętnych momentów całego wieczoru. Oto po zejściu Sary ze sceny najpierw pojawił się zespół baletowy z Londynu i zatańczył Dziadka do Orzechów. Ale nie to było najciekawsze. Po chwili zgasły reflektory i członkowie chóru Gregorian pojawili się na samym środku płyty hali, między rzędami krzeseł, tuż przy sektorze, w którym siedzieliśmy!

Wykonali oni w wersji acapella dwa świąteczny utwory - Gaudete i Ding Dong. Byli tak blisko, że mogliśmy słuchać dźwięków dobywających się akustycznie z ich gardeł, a nie z monitorów nagłośnieniowych. Wypadło to bardzo przekonująco i było zdecydowanie najciekawszym wyjściem Gregorian, którzy lubią też się nieco powygłupiać i odrobinę zepsuć iluzję, jakoby byli prawdziwym chórem gregoriańskim.

Tak stało się na przykład chwilę później, gdy na scenie pojawili się Szkoci wykonując In Dulci Jubilo na modłę celtycką. Był to moment, w którym gala niebezpiecznie zahaczyła o granicę między koncertem a cyrkiem, ale całość wypadła ponownie bardzo sympatycznie i ożywiła bardzo skupioną chwilę wcześniej publikę.

Wreszcie na scenę wróciła Sarah, przebrana tym razem w czerwoną suknię, by wykonać Arrival z wydanego w 2008 roku albumu A Winter Symphony. Świąteczny klimat kontynuowany był w tradycyjnej piosence sezonowej, I Believe in Father Christmas.

Po chwili przyszła jednak pora na gwódź programu - a było nią wykonane w duecie z Mario Frangoulisem, obowiązkowe Phantom of the Opera, czyli główny motyw ze słynnego musicalu, który swojego czasu przyniósł Sarze największy rozgłos. Wykonane z wielkim rozmachem, a wręcz rockowym jajem przez zespół i orkiestrę. Sarah oczywiście wspięła się na wokalne wyżyny i zaprezentowała absolutnie bezbłędny poziom, również w końcowych wokalizach. Także oprawę odpalono "na pełny gwizdek" - żyrandole "tańczyły" przed każdą zwrotką, a w tle wystartowały dymne dmuchawy. Muszę przyznać, że miało to ręce i nogi i absolutnie porwało spokojną praską publiczność, która nagrodziła występ owacjami na stojąco.

Główny set zamknięło obowiązkowe Time to Say Goodbye, ale to oczywiście jeszcze nie było pożegnanie, bo czekał nas całkiem obfity segment bisowy. Pozwolono jednak publiczności przez kilka minut wywoływać artystów z powrotem na scenę gromkimi brawami, do czego zresztą nie trzeba było ich przekonywać.

Segment bisowy Gregorian wraz z Amelią Brightman otworzyli kolejnym klasykiem w postaci Fairytale of New York. Następnie na scenie pojawiła się ponownie po raz trzeci przebrana Sarah i uraczyła publiczność Hymnem, wykonanym z gościnnym udziałem Gregorian, którzy nawet zagrali na gitarach. Ot, takie gregoriańskie Thanks Jimi. Ale o Hey Joe się nie pokusili.

Kolejna przerwa oklaskowa i na ostatni bis Sarah wraz z chórem wykonała wzniosłe Amazing Grace. Na sam koniec zaś na scenie pojawili się ponownie wszyscy trzej tenorzy, by wraz z Sarah wykonać Happy Christmas, podczas którego praska Tipsport Arena rozświetliła się dziesiątkami światełek. I to był wielki finał, po którym przy owacjach na stojąco artyści ukłonili się publiczności i wręczono im kwiaty.

Wspaniale było wreszcie zobaczyć, a przede wszystkim posłuchać Sary na żywo. Trochę jednak mało było Sary w Sarze - bo nawet druga część zdecydowanie zbyt często przerywana była występami innych artystów. Oczywiście fajnie było liznąć szeroko rozumianej kultury - dla wielu zgromadzonych w Arenie było to zapewne pierwsze zetknięcie chociażby z baletem, w tym dla mnie. Życzyłbym sobie jednak, by więcej miejsca przeznaczono na występy Sary i pozwolono jej głębiej sięgnąć do bardzo bogatej dyskografii. Na to jednak będę musiał poczekać na jej solowy koncert, który - mam nadzieję - nadejdzie.

Tymczasem Royal Christmas Gala spełniła swoją rolę - sprawiła, że nie żałowałem tej wyprawy i całkiem skutecznie wprawiła mnie w nastrój świąteczny, co z roku na rok staje się coraz trudniejszym wyzwaniem. Kiedyś wystarczyło mi wybrać się do Kościoła Uniwersyteckiego we Wrocławiu, gdzie mój dziadek był przez 50 lat organistą i posłuchać w jego wykonaniu dowolnej kolędy. Ten wieczór dał mi namiastkę emocji, który towarzyszyły mi w dzieciństwie, gdy z odległości kilkunastu metrów słuchałem monumentalnego barokowego instrumentu, który sprawiał, że moje wnętrzności wibrowały.

Przy okazji koncert ten, jako ostatni w roku 2017, spiął go nieoczekiwaną klamrą - w praskiej Tipsport Arenie byłem także na moim pierwszym gigu w tym roku, na Green Dayu. Czy jest jeszcze ktoś, kto w tym samym roku usłyszał na żywo zarówno Basket Case, jak i Nessun Dormę?

 

blog comments powered by Disqus

000webhost logo