KATIE MELUA
25.07.2017
Cadogan Hall
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
02.08.2017

Przed napisaniem relacji z niniejszego koncertu, postanowiłem przypomnieć sobie co napisałem na temat mojego pierwszego koncertu Katie, od którego minęło niemal dokładnie 8 lat. 12 lipca 2009 wybrałem się na przedziwny festiwal do Gdańska w szczytowym momencie fascynacji Ketevanikiem. Koncert wywarł na mnie tak kolosalne wrażenie, że za napisanie tekstu zabrałem się o 9.00 rano, zaraz po powrocie z nocnej podróży busem z Gdańska do Wrocławia. Mimo zmęczenia, tekst jest jedną z dłuższych moich relacji i tryskają z niej emocje. Takich muzycznych uniesień nie zapomina się do końca życia.

Katie znalazła się w gronie moich ulubionych artystów, ale jakoś z jej koncertami często było mi nie po drodze. Rozminąłem się z nią np. jesienią zeszłego roku, kiedy promowała swój najnowszy album In Winter. Gdy więc wśród artystów, którym specjalne koncerty zorganizował w Londynie Amazon pojawiła się Katie, nie pozostało mi nic innego, jak poprosić kolegę posiadającego subskrypcję Prime, by użyczył mi swojego konta i tak oto zarezerwowałem sobie i mojemu towarzyszowi doskonałe, centralne miejsca w pierwszym rzędzie, gwarantujące optymalne doznania nie tylko dźwiękowe, ale i wizualne.

Koncert odbył się Cadogan Hall, byłym kościele przerobionym na halę koncertową o pojemności 950 siedzień. Koncerty Katie (bo były dwa, dzień po dniu) reklamowane były więc jako okazja do zobaczenia jej w intymnym wydaniu i tak rzeczywiście było. Chociaż Union Chapel, w którym widziałem ją ostatnio, 3 lata temu w Londynie, jest jeszcze mniejsze. Ale tamten koncert był częścią Simplified Tour, której ideą było zaliczenie małych venues.

Trzeba przyznać, że już od przejścia progu Cadogan Hall dało się wyczuć wyjątkowe podejście Amazona do organizacji koncertów. Przynajmniej od samego początku człowiek miał wrażenie, że dostaje to, za co zapłacił, bo bilety nie należały do najtańszych. Przywitała nas więc "recepcja" z barem, a w ramach odebranych "biletów" (tych w klasycznej formie nie przewidziano; zamiast tego należało się zameldować u pani z listą gości) otrzymaliśmy kopertę z wysokiej jakości kartami z zapisanymi na nich naszymi miejscówkami, plastikowe plakietki na smyczach z nadrukowanymi życzeniami od Katie, a niektórzy nosili tajemnicze niebieskie koperty, które niezmiennie przykuwały naszą uwagę. Korzystając z faktu, że do rozpoczęcia mieliśmy jeszcze godzinę, poszliśmy do baru uraczyć się wyśmienitym London Pride i przy jego pomocy wprawiliśmy się w dobre nastroje przed wielką muzyczną ucztą.

Katie pojawiła się na scenie w towarzystwie w większości nowego zespołu. Z "dawnych lat" ostał się jedynie przesympatyczny Tim Harries na basie. Poza tym wspierali ją na scenie Paul Sayer na gitarze, Mark Edwards na klawiszach i Simon Lea na perkusji. Ciężko było odżałować nieobecność kultowego Henry'ego Spinettiego, ale Simon poradził sobie świetnie, prezentując pełne zaangażowanie i znakomite wyczucie groove'u.

Występy w Londynie były częścią bardzo małego runu po Europie. Istniała więc możliwość sprawdzenia repertuaru, ale postanowiłem tego nie czynić, aby nie spojlować sobie niespodzianek. A tych, jak zwykle w setliście Katie, było bardzo dużo.

Zaczęło się klasycznie, od If You Were a Sailboat. To stara, dobra Katie ze swojego najlepszego okresu, jakim były pierwsze cztery albumy. Miło było przypomnieć sobie tego klasyka, zwłaszcza że zabrakło go na poprzednim gigu w Union Chapel. Potem jednak zaczeły się niespodzianki w postaci ciekawie dobranych coverów - oto bowiem Katie zaprezentowała swoją wersję Wonderful Life z repertuaru Blacka. Piosenka, którą zna każdy kto urodził się nie później niż w latach 80-tych, bo w końcówce tej dekady obecna była wszędzie i do dziś gości na imprezach tanecznych. Muszę przyznać, że nieco zdziwił mnie ten wybór, bo piosenka nie pasuje za bardzo do Katie. Mimo to wokalistka poradziła sobie oczywiście świetnie.

Po tym nieco dziwnym coverze Katie cofnęła się do samych początków kariery, zapodając swój "własny" cover z pierwszego albumu: Crawling Up a Hill. Atmosfera od razu się rozgrzała, a nieco ospała dotąd publika ożywiła się. Melua pozostała przy Call Off the Search przez dłuższą chwilę, by wykonać rzadziej graną piosenkę z tego albumu, Belfast (Penguins and Cats). Był to pierwszy raz, gdy mogłem to arcydzieło usłyszeć na żywo. Nareszcie! Nie mogło też oczywiście zabraknąć pierwszego wielkiego hitu Katie w postaci The Closest Thing to Crazy. Zawsze dobrze usłyszeć nieśmiertelnego klasyka.

Następnie przyszła pora na kolejny cover, nieśmiertelny klask Louisa Armstronga czyli wykonywany przez Katie wielokrotnie It's a Wonderful World. Miło było usłyszeć ten piękny kawałek muzyki nareszcie na żywo w jej wykonaniu, bo jak dotąd mi się to nie udało, chociaż utwór ten towarzyszy Katie niemal od początku kariery.

Nie mogło w setliście zabraknąć silnej reprezentacji z ostatniego albumu, In Winter. Ze względu na jego specyfikę, a także brak chóru na tej trasie, wybór piosenek był raczej oczywisty. Na pierwszy ogień poleciało więc Plane Song, poprzedzone jedną z rozlicznych tego wieczoru anegdotek na temat inspiracji do jej napisania.

Następnie Katie zaprezentowała jeden z nowych coverów na tej trasie. Po raz kolejny sięgnęła do klasyki amerykańskiej muzyki popularnej, tym razem wybierając 5-10-15 Hours z repertuaru Elli Mae Morse. Trzeba przyznać, że Katie w takim delikatnym, a zarazem nieco skocznym materiale prezentuje się zawsze wybornie. Swoje pole do popisu miał także klawiszowiec Mark, który z niebywałą wprawą obsługiwał tego wieczoru aż trzy instrumenty na raz, z wyczuciem wypełniając przestrzeń dźwiękową subtelnym tłem lub celną wstawką, w zależności od potrzeby.

Kolejny utwór był najwspanialszą niespodzianką wieczoru: Piece By Piece, od zawsze moja ulubiona piosenka w repertuarze Katie, której nie słyszałem na żywo od 2009 roku! Może trochę trudno w to uwierzyć, bo to także jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów Katie, ale ta lubi zmieniać często swój repertuar i dodawać nowe piosenki, więc obecność wielu spośród jej hitów nigdy nie jest oczywista. Tego wieczoru zabrakło nawet Spider's Web! Wracając jednak do Piece By Piece, to był także dopiero drugi raz (!), gdy usłyszałem na żywo wykonanie tego utworu w wersji full band! Jedyne wcześniejsze było na wspomnianym wcześniej pierwszym moim koncercie w Gdańsku, nawet kilka tygodni później bowiem Katie wykonywała już ten utwór w wersji solo! Co jednak znacznie odbiera mu magii, bowiem instrumentalizacja jest tu doprawdy znakomita i zostawia szerokie pole do popisu instrumentalistom. Do pełni szczęścia brakowało tylko purpurowego Les Paula, którym Katie czarowała w 2009 roku, ale akustyk, podobnie jak w wersji studyjnej, także sprawdza się tutaj świetnie. Pochwalić należy pozostałych muzyków, z wyczuciem wzbogacających aranżację swoimi wstawkami, zwłaszcza hipnotyzujące klawisze.

Następnie przyszedł czas na drugi na tej trasie nowy cover, tym razem Night in the City z repertuaru Joni Mitchell. Głos Katie ponownie znakomicie się sprawdził w tym gnającym przed siebie, atmosferycznym utworze. Na kolejny własny utwór do zagrania, Ketevanik wybrał The Cry of the Lone Wolf. Ponownie nieco zdziwił mnie ten wybór, gdyż na niezbyt udanej płycie Secret Symphony jest kilka zdecydowanie lepszych utworów, w dodatku ten był zagrany także na moim ostatnim koncercie Katie w Union Chapel.

Chciałoby się usłyszeć jakiś Meluowy hicior, tymczasem Katie zapodała kolejny cover, tym razem Piece of My Heart Ermy Franklin. Trzeba przyznać, że ten ze wszystkich coverów tego wieczoru wypadł zdecydowanie najlepiej. Jego dynamika i energiczne przejścia z bujających zwrotek do eksplodujących refrenów po raz kolejny rozbudziły nieco ospałą publiczność. W dodatku głos Katie wydaje się być stworzony do śpiewania tego typu refrenów. Bardzo sympatyczną solówkę na gitarze zapodał Paul, którego Katie zresztą bardzo chwaliła sobie tego wieczoru ze sceny.

Dalej Katie wróciła do swojego repertuaru, tym razem z I Will Be There, czyli jednym z najbardziej mdłych i nijakich piosenek w całej jej dyskografii. To był "powrót w złym stylu", zanim okazało się, że na wydanym w 2013 roku albumie Ketevan jest kilka znacznie lepszych piosenek, żeby wspomnieć o Sailing Ships from Heaven, Shiver and Shake czy Where Does the Ocean Go? Nic z tych rzeczy, wybrano to coś, nie pomogła nawet anegdotka że utwór po raz pierwszy został wykonany dla królowej Elżuni.

Potem było ciut lepiej, Ketevanik bowiem wrócił do repertuaru z In Winter, a to można jej wybaczyć, wszak jest to najnowszy album. Zaśpiewała więc wiodący singiel Dreams on Fire, który wprawdzie nie jest specjalnie odkrywczy, ale na pewno wypada znacznie lepiej niż to okropne I Will Be There. Ale jeszcze lepiej wypadło No Fear of Heights z uwielbianego przeze mnie The House, tym razem w zupełnie nowej aranżacji i instrumentalizacji na cały zespół, łącznie z perkusją!

To jednak nie koniec niespodzianek - czas na Thank You, Stars! To jeden ze zdecydowanie moich ulubionych utworów z płyty Piece By Piece, przywodzący na myśl wspaniałe wspomnienia z pierwszych koncertów Katie, na których byłem w 2009 roku. Piękna piosenka, na szczęście w aranżacji bardzo zbliżonej do pierwotnej wersji, z fantastyczną, delikatną wokalizą w ostatnim refrenie. Ciary na całym kręgosłupie!

Katie wróciła po raz ostatni do In Winter z najładniejszym utworem na tej płycie i zarazem chyba najbardziej uroczym teledyskiem, jaki kiedykolwiek stworzono do jakiejkolwiek piosenki: Perfect World. Delikatny głos Katie wynosi przekaz tej kompozycji na zupełnie inny poziom. W dodatku, perfekcyjnie odtworzony na żywo - całkiem słusznie umieszczono go w końcówce głównego setu, bo robi powalające wrażenie.

Zbliżając się do zakończenia głównego setu, nie mogło zabraknąć największego hitu: Nine Million Bicycles. A na sam koniec kolejny cover - As Long As I Live, czyli prawdziwa erupcja energii i tradycyjnie, solówek instrumentalistów. Katie już wprawdzie nie kicała tak dziko na scenie, jak za dawnych czasów, ale pozytywna, taneczna energia sączyła się z niej całymi wiadrami.

W czasie krótkiej przerwy, artystka była wywoływana na scenę gromkimi brawami publiczności, która zdawała się już całkiem rozbudzić po tej energetycznej dawce klasycznego rock and rolla. Na zakończenie usłyszeliśmy Diamonds Are Forever z repertuaru Shirley Bassey i na sam koniec, zupełnie klasycznie, I Cried for You wykonane solo przez Katie i jej gitarę. Klasycznie piękny moment i jeden z najlepszych utworów Katie.

Ketevanik pożegnany został przez publiczność w Cadogan Hall gromkimi owacjami na stojąco. Oczywiście w pełni zasłużenie - Katie zawsze daje fantastyczne koncerty, a tego wieczoru była w absolutnie perfekcyjnej formie wokalnej, zupełnie jak wtedy, gdy 8 lat temu zobaczyłem ją po raz pierwszy. To taki koncert, na którym, mimo obecności znakomitych muzyków towarzyszących, głos zajmuje centralny punkt i wypełnia 80% przestrzeni. Zaledwie pozostałe 20% należy do niezmiernie utalentowanych muzyków, ale to wokal ciągnie wszystko do przodu i sprawia, że uczestniczymy w czymś wyjątkowym.

Miło było posłuchać wokalistki, która brzmi na żywo tak dobrze, jak na albumach, a często nawet lepiej, dzięki dodawaniu rozmaitych niuansów i udoskonaleniom starych utworów, którym poddawane są na przestrzeni lat. Ciężko wspomina się w tej sytuacji chociażby niedawny koncert PVRIS, którego liderka Lynn, nadal zupełnie nie radzi sobie ze śpiewaniem na żywo. Dobrze chociaż, że są nadal artyści, którzy poważnie traktują koncerty i skupiają się przede wszystkim na dopracowaniu warstwy muzycznej, a nie widowiskowym show. Spośród koncertów, na których bywałem ostatnio, tylko Amy Macdonald zdaje się prezentować podobny poziom muzykalności i perfekcjonizmu na scenie. Jednak Katie ma w sobie ten kosmiczny pierwiastek wyjątkowości, który sprawia, że nikt nie jest w stanie strącić jej z piedestału.

W tej sytuacji aż trochę głupio jest mi narzekać na repertuar, ale z perspektywy kogoś, kto bywa na gigach Katie raz na kilka lat, chętniej zobaczyłbym w repertuarze więcej jej klasycznych utworów, których ma na albumach naprawdę dużo. Nawet na tych nieco słabszych, nowszych albumach jak Secret Symphony czy Ketevan znalazłoby się kilka lepszych propozycji, niż te, które zaprezentowano. The Cry of the Lone Wolf wymieniłbym na chociażby Moonshine, a I Will Be There mogłoby zastąpić Shiver and Shake. Zabrakło też wielu świetnych klasyków ze starszych płyt. Klasyczne covery są mile widziane, ale chyba u artystki obecnej na scenie od 15 lat i mającej na koncie 7 udanych albumów, trochę ich jednak zbyt wiele na koncertach.

Tym niemniej cieszę się niezmiernie, że mogłem znów usłyszeć na żywo Piece By Piece i Thank You, Stars. To zupełnie wystarczy, a i sama Katie, od lat niezmiennie uśmiechnięta, urocza, delikatna, subtelna i absolutnie czarująca - mogłaby wyjść na scenę i 20 razy zaśpiewać tę samą piosenkę, a i tak warto by było kupić bilet i ją zobaczyć.

Poprzednie koncerty Katie Melua:

12.07.2009 KATIE MELUA Plac Zebrań Ludowych, Gdańsk  
31.07.2009 KATIE MELUA Nordlanshallen, Bodø, Norwegia  
25.05.2011 KATIE MELUA Arena, Poznań        
27.05.2011 KATIE MELUA Hala Orbita, Wrocław        
13.04.2014 KATIE MELUA Union Chapel, London, UK R  

 

blog comments powered by Disqus